Nie boję się wyzwań
Z prezydentem Łodzi Jerzym Kropiwnickim, doktorem ekonomii, działaczem „Solidarności” od jej początków, entuzjastą podróży do Ziemi Świętej, rozmawia Mariusz Bober
Dzięki czemu udało się Panu, politykowi kojarzonemu z prawicą, wygrać dwukrotnie wybory na prezydenta miasta, uważanego wcześniej za bastion postkomunistów?
– Widocznie byłem lepszym kandydatem od pozostałych (śmiech).
Mało kto chyba dawał Panu wówczas szanse na wygranie z kandydatem lewicy (popieranym wprost przez Leszka Millera), który jednak nie potrafił wyprowadzić Łodzi z biedy i bezrobocia?
– Właśnie ze względu na taką opinię o mieście zgodziłem się na podjęcie tego wyzwania i kandydowanie na prezydenta, aby to zmienić. Moja wcześniejsza kariera polityczna była – powiedzmy – ogólnopaństwowa, choć miała ona też związek z Łodzią. Uczestniczyłem mianowicie w pracach zespołu przygotowującego program pierwszego (po upadku PRL) prezydenta naszego miasta Grzegorza Palki. Pracowałem też w zespole, który ustalał strategię rozwoju Łodzi. Startując w 2002 r., wykorzystałem zmianę ordynacji wyborczej w wyborach samorządowych na większościową.
Ordynacja większościowa sprawdziła się w polskich warunkach samorządowych?
– Tak, choć wolałbym, by reforma była bardziej konsekwentnie przeprowadzona, bowiem nie tylko w Łodzi, ale także w innych miastach występuje ten problem, że prezydent nie zawsze ma większość w radzie miejskiej, co utrudnia realizację obietnic wyborczych, a ja traktuję je poważnie.
Dlaczego związał się Pan właśnie z Łodzią? Pana rodzina pochodzi z dawnych kresów II Rzeczypospolitej. Pan urodził się w Częstochowie, a studiował w Warszawie…
– Po wydarzeniach w roku 1968, w których brałem udział, nie mogłem zostać na uczelni jako młody pracownik naukowy ani nawet dostać się na studia doktoranckie, mimo że mój promotor ze Szkoły Głównej Handlowej – wtedy nazywała się ona Szkołą Główną Planowania i Statystyki – prof. Górski niezwykle usilnie o to zabiegał. Kiedy to się nie udało, zaproponował mi pracę na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie raz w tygodniu prowadził zajęcia z ekonomii. Moja żona mieszkała w Łodzi, więc wybór był oczywisty.
Co – z perspektywy dwóch kadencji – uważa Pan Prezydent za największe osiągnięcie w Łodzi?
– To zależy, w jakiej sferze. Jeśli weźmiemy pod uwagę wizerunek miasta na zewnątrz, czyli coś, co było jednym z najważniejszych sposobów na zmianę sytuacji Łodzi, jest kilka elementów, kiedyś utrwalonych, a dziś przynajmniej poddanych w wątpliwość. Pierwszy – to właśnie skojarzenie z postkomunistami. Dziś już coraz częściej o Łodzi mówi się jako o miejscu, w którym realizowane są zasady katolickiej nauki społecznej. Jest to miasto, które za moich rządów przeszło długą drogę od SLD i Millera. W tym czasie tytuł honorowego obywatela miasta otrzymał Ojciec Święty Jan Paweł II. Łódź przyjęła też jako patronkę świętą Siostrę Faustynę Kowalską, co dokonało się oczywiście za aprobatą Stolicy Apostolskiej. Udało się więc przywrócić rzeczywisty obraz miasta, a nie ten, który ma źródło w komunistycznej propagandzie. Proszę zauważyć, że wybory z 2002 r., przegrane przez kandydata postkomunistów, odbyły się w szczycie potęgi SLD na szczeblu krajowym. To było jeszcze długo przed wybuchem afery Rywina. Zresztą Leszek Miller przyjeżdżał wtedy chętnie do Łodzi, pokazując się często z ówczesnym prezydentem miasta i kandydatem na kolejną kadencję.
Czemu właśnie wizerunek miasta miał dla Pana tak ogromne znaczenie?
– Ponieważ od tego zależy zainteresowanie inwestorów miastem, zwłaszcza za granicą, gdzie wcześniej postrzegano Łódź jako miasto antysemickie, szowinistyczne i nielubiące obcych. Dziś Łódź jest też lepiej postrzegana na płaszczyźnie gospodarczej, choć początkowo w zmiany nie wierzyli nawet niektórzy mieszkańcy miasta. Pamiętam prognozę opracowaną przez, skądinąd zatroskanych losem Łodzi, profesorów Uniwersytetu Łódzkiego. Według nich, nasze miasto miało pełnić rolę jedynie sypialni Warszawy, a ściślej miało być dla ludzi, którzy dojeżdżali do pracy w stolicy i tam szukali również rozrywki.
Uznał Pan, że to za mało?
– Muszę przyznać, że były też pewne pozytywne zalecenia tego opracowania, np. postulat modernizacji połączeń kolejowych i drogowych między obu miastami. Ale były też negatywne skutki, których nie chciałem zaakceptować. Z tej wizji wynikało mianowicie, że Łódź nie potrzebuje lotniska ani samodzielnej strategii gospodarczej. Nie odrzucam oczywiście koncepcji ścisłej współpracy z Warszawą oraz innymi metropoliami znajdującymi się stosunkowo blisko. Uważałem natomiast, że Łódź musi mieć swoją własną siłę napędową. Nie może być wiecznie miastem upadłego przemysłu włókienniczego.
A dzięki czemu zaczęło podnosić się z upadku? W okresie Pana rządów udało się zmniejszyć bezrobocie z 21 do 7 procent…
– Rzeczywiście początkowo sięgało ono 21 proc., wolałem jednak mówić o tym, iż moje miasto ma 120 tys. ludzi wykształconych i kształcących się, że jest tu również 6 uczelni państwowych i kilkanaście prywatnych, że jest to miasto ludzi ciężko pracujących i ceniących pracę, ludzi niesłychanie przedsiębiorczych, niepoddających się. To dzięki takim ludziom powstały najpierw wielkie bazary, a potem duże, nowoczesne centra handlowe, mieszczące się przy drodze do Piotrkowa Trybunalskiego.
Więc miasto zawdzięcza podniesienie się z upadku samemu sobie, rodzimej przedsiębiorczości?
– Nie tylko. Ważna jest też współpraca zagraniczna oraz inwestycje zagraniczne. Także ja sam skorzystałem z zagranicznych doświadczeń. Miałem dość dobre przygotowanie do walki z bezrobociem i ubóstwem, bo studiowałem handel zagraniczny i spędziłem dość dużo czasu w Instytucie Badania Problemów Ubóstwa na amerykańskim Uniwersytecie Wisconsin. Mogłem tam zobaczyć – dzięki lekturze prac naukowych – w jaki sposób poszczególne obszary wielkich miast upadały i dzięki czemu ewentualnie dźwigały się z problemów, co służyło ich rozwojowi. Dlatego wiedziałem, że jeśli Łódź nie będzie miała lotniska regionalnego, nie ma szans, by mogła marzyć o samodzielnym rozwoju gospodarczym.
Dlaczego akurat lotnisko regionalne jest tak ważne?
– Bowiem jedno z pierwszych pytań, które zadają przedsiębiorcy z zagranicy, to czy można do Łodzi dolecieć samolotem. Gdy obejmowałem władzę w mieście, Łódź miała tylko lotnisko sportowe, na którym okazjonalnie lądowały awionetki. Były co prawda połączenia LOT z Warszawą, ale tylko małymi samolotami. Pamiętam pierwsze spotkanie z ówczesnymi władzami tego lotniska. Gdy spytałem, co trzeba zrobić, by miasto miało duże regionalne lotnisko, usłyszałem, że… nic, bo to niemożliwe. Rozpuściłem więc wici i znalazłem człowieka, który powiedział mi, że trzeba przede wszystkim przedłużyć pas startowy. Zaoferował też pomoc w załatwieniu szybkich połączeń z dużymi miastami europejskimi. Potem zaczęło się wiele kosztownych i wymagających dobrej organizacji działań, dzięki którym po pewnym czasie w naszym mieście wylądowały pierwsze boeingi. Wkrótce potem staliśmy się pierwszym lotniskiem w Polsce, które uzyskało certyfikat Schengen; mamy też jako jeden z niewielu polskich portów najwyższy certyfikat bezpieczeństwa.
Chce Pan zbudować w Łodzi drugą ziemię obiecaną?
– To, co można ocalić z tej pierwszej „ziemi obiecanej”, a co bardzo mocno zostało w świadomości mieszkańców miasta to – moim zdaniem – jedynie kilka rodzajów specyficznych tkanin używanych w medycynie czy też wykorzystywanych do szycia kamizelek kuloodpornych oraz jakieś segmenty produkcji odzieży. Nie ma natomiast co liczyć na odbudowanie tekstylnej potęgi. Ze wspomnianego okresu powinniśmy na pewno zachować ducha przedsiębiorczości, pęd „do przodu”. Cieszę się też, że w przeciwieństwie do moich poprzedników uporałem się z innym problemem związanym właśnie z historią miasta – ale tą z okresu II wojny światowej. W Łodzi było bowiem drugie co do wielkości żydowskie getto w Polsce, nazywane Litzmannstadt. Trzeba potępić zbrodnie niemieckie, mówiąc wprost ocalałym z tego piekła, że jesteśmy po ich stronie. Myślę, że udało nam się to zrobić, przede wszystkim organizując obchody 60. rocznicy likwidacji getta. Wzięli w nich udział Żydzi ocalali z getta, którzy są najlepszym adresatem naszej deklaracji. Oni wiedzieli, że ich braci nie mordowali mityczni faszyści czy hitlerowcy, pochodzący nie wiadomo z jakiego kraju, tylko po prostu Niemcy.
Pan również zrealizował swoje cele?
– Swoje cele życiowe realizuję cały czas. Jedne udało mi się urzeczywistnić, inne wciąż są jeszcze przede mną.
A czego nie udało się Panu zrobić albo czego Pan żałuje?
– Żałuję, że doba nie ma 48 godzin (śmiech). A poważnie – że zbyt dużo czasu zajęło mi przełamanie stereotypów o Łodzi, by osiągnąć to, co chciałem.
Albo tłumaczenie się z oskarżeń mediów o znieważenie strażnika miejskiego?
– Tak. Ciągle muszę powtarzać to, co odpowiedziałem stacji TVN, że jest stare prawo, które mówi: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Został stworzony fakt medialny, który nie ma pokrycia w rzeczywistości. Trochę jednak obawiałem się, że znajdę się na ostrzu krytyki mediów, gdy podjąłem inicjatywę ustanowienia święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Myślałem wtedy, że ta inicjatywa może budzić sprzeciw najwyżej w gronie sierot po komunizmie, okazało się jednak, że tężeje opór także w innych obszarach.
Zdziwił się Pan, że zasady moralne, religijne, które przyświecały
„Solidarności”, którą Pan współtworzył, i za których realizowanie otrzymał Pan tytuł człowieka roku „Tygodnika Solidarność”, dziś, w wolnym kraju muszą nadal walczyć o swoje miejsce?
– Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że życie gospodarcze to dżungla, bo wyznają darwinizm społeczny. Jeśli życie gospodarcze ma dobrze funkcjonować, niezmiennie powinno się opierać na trwałych, mocnych zasadach. W każdej transakcji, przed którą staje przedsiębiorca, pojawia się sprawa zaufania sprzedawcy do nabywcy i na odwrót. Gdyby tego zaufania nie było, za każdym trzeba byłoby postawić policjanta, a w dodatku mieć jeszcze do niego zaufanie… Owszem, w życiu gospodarczym zdarzają się patologie, ale nie mogłoby ono normalnie funkcjonować, gdyby nie zasada uczciwości. Musi więc być zachowana solidarność w życiu społecznym. Mówię to nie tylko dlatego, że byłem i nadal jestem członkiem NSZZ „Solidarność”, choć zapewne wywarło to wpływ na moje postrzeganie świata. Także urzędu, którym kieruję, nie da się prowadzić, nie uwzględniając faktu, że jest to instytucja, która nie tylko służy innym, ale w której pracują również ludzie realizujący swoje cele życiowe.
Obydwie Pana kadencje prezydenta Łodzi zostaną jednak zapamiętane także jako pełne sporów i konfliktów. Zresztą przeciwnicy zarzucają Panu, że jest Pan niezwykle uparty. Czy z tego wynikały owe spory?
– Nie szukam sporów, ale one mnie znajdują. Wynika to – choć nie chciałbym, żeby zabrzmiało to zbyt patetycznie – z idei rozwoju miasta, dla którego chcę wszystkiego, co najlepsze. Często pomysły, które po zrealizowaniu są chwalone i doceniane, na etapie projektu są ostro zwalczane przez oponentów. Tak było z podjętą przeze mnie decyzją o budowie hali widowiskowo-sportowej, która teraz jako Atlas Arena Łódź jest najnowocześniejszym i największym tego typu obiektem w Polsce. Ostatnio były rozgrywane tam mecze w ramach Mistrzostw Europy w Koszykówce EuroBasket 2009 oraz ME w Piłce Siatkowej Kobiet. Podobnie było też ze strategią rozwoju gospodarczego miasta, które musiało odwrócić się od swojej włókienniczej przeszłości, żeby z 20 proc. bezrobocia przejść na 6,8 procent. Tak było nawet z inicjatywą nadania tytułu Honorowego Obywatela Miasta Łodzi Janowi Pawłowi II, wobec czego też niektórzy radni uznali za stosowne protestować.
Pamięta Pan jakąś szczególną sytuację z okresu sprawowania funkcji prezydenta Łodzi?
– Gdybym chciał spisywać takie sytuacje, pewnie uzbierałoby się tego sporo. Zdarzało się na przykład, że instytucje, które zabiegały o wsparcie kierowanego przeze mnie urzędu, zwracały się do mnie, adresując wniosek do Krzysztofa Panasa czy Krzysztofa Jagiełły [poprzednicy Jerzego Kropiwnickiego na fotelu prezydenta Łodzi – przyp. red.] (śmiech). Bywały też niezwykłe sytuacje, gdy jednak wcale nie było mi do śmiechu.
Co Pan planuje w najbliższym czasie?
– Chciałbym zaplanować to, co jest moim wielkim marzeniem od lat, mianowicie utworzenie transkontynentalnego lotniska między Łodzią a Warszawą. Leży to w najgłębszym interesie mojego miasta, stolicy, a także Polski. Próbowałem o słuszności takiego planu przekonać kolejnych premierów, ministrów odpowiedzialnych za infrastrukturę, ale, niestety, nic z tego nie wynikło. Być może dlatego, że ten pomysł ma silnych przeciwników, zarówno w Polsce, jak też za granicą, m.in. w Niemczech, a także w innych krajach. Jeśli takiego lotniska nie będzie w Polsce to nasi obywatele nadal będą latać za granicę przez Niemcy, Austrię albo Kijów, który aspiruje do roli lotniska transkontynentalnego. A przecież poszczególne miasta bogaciły się i upadały w zależności m.in. od tego, czy znajdowały się na dużych szlakach komunikacyjnych, czy nie. Dziś już nawet najwięksi optymiści nie wierzą w to, że rolę portu międzynarodowego może pełnić Okęcie, bo spada liczba przewozów z tego lotniska. Z połączeń międzykontynentalnych Okęcie właściwie obsługuje tylko Amerykę, gdzie mieszka wielu Polaków.
By spróbować zrealizować te plany, musiałby Pan startować w przyszłym roku na kolejną kadencję. Zrobi Pan to?
– Zdecydowanie nie.
Dlaczego?
– By na to odpowiedzieć, odwołam się do motywów, które przyświecały mi przy ubieganiu się o pierwszą i drugą kadencję. O pierwszą zabiegałem, by wydźwignąć miasto z zapaści. O drugą – by „dopchnąć kolanem” pewne niezałatwione jeszcze sprawy, m.in. zmianę wizerunku miasta, choć przyjaciele ostrzegali mnie, że wchodzę w tak trudną sferę, że jeśli Żydzi mnie nie ukamienują, to chrześcijanie mnie ukrzyżują… (śmiech). Podjąłem jednak to wyzwanie i wiele udało mi się dokonać. Teraz mogę powiedzieć, jak mawiają Anglicy – „enough is enough” [„Co za dużo, to niezdrowo” – przyp. red.].
Co Pan będzie robił?
– Jak zrobię, to powiem (śmiech).
Chyba nie będzie Pan już pisał pamiętników?
– Nie, to już zostawię sobie naprawdę na koniec. Najpierw chciałbym wrócić do mojej pasji i przygotować kolejne książki o Ziemi Świętej. W tzw. kradzionym czasie napisałem dotąd dwie prace na ten temat [„Wędrówki po Ziemi Świętej” i „Pielgrzymka do Ziemi Świętej” – przyp. red.]. Przez minione wakacje udało mi się mocno posunąć prace nad książką o domniemanym miejscu pobytu Rodziny Świętej podczas ucieczki do Egiptu.
Książkę opartą na Pana licznych podróżach?
– Między innymi. Ostatnio zorganizowałem pielgrzymkę do Egiptu, właśnie śladami tych domniemanych miejsc pobytu Świętej Rodziny. Dzięki temu zobaczyłem Egipt, którego normalnie się nie widzi. Turystom pokazuje się zwykle Egipt „A”, w najgorszym wypadku „B”. My widzieliśmy Egipt „C” i „D”, który w obszarze codziennego życia mieszkańców niewiele zmienił się od narodzenia Chrystusa. Zobaczyliśmy również – i było to dla mnie ogromne przeżycie – żywe chrześcijaństwo, i to w swojej bohaterskiej postaci.
Jak się to dziś przejawia? Podobno prześladowania już tam ustały?
– Chrześcijaństwo jest wciąż żywe w Egipcie, bo wiara po dziś dzień czyni tam cuda. A bohaterskie jest przez to, że chrześcijanie przetrzymali prześladowania, których doświadczyli m.in. w czasach Nassera [prezydent Egiptu w latach 1956-1970 – przyp. red.], który był komunistą. Wówczas tamtejsi Koptowie [egipscy chrześcijanie obrządku koptyjskiego – przyp. red.], którzy byli ostro prześladowani, zaczęli sobie tatuować krzyże na rękach. Zaś na domach umieszczali wizerunki świętych albo krzyże. Gdy po raz pierwszy je zobaczyłem, myślałem początkowo, że są to kapliczki, choć były jednocześnie bardzo skromne.
To były wyjazdy rodzinne?
– Nie, akurat ten wyjazd był zorganizowany w gronie przyjaciół i „przyjaciół moich przyjaciół”. Jednak z rodziną także wyjeżdżałem do Ziemi Świętej. Niedawno byliśmy z żoną na takiej pielgrzymce, a na ostatniej wyprawie był syn z moim wnukiem.
Trudno jest przy takim zaangażowaniu w działalność publiczną znaleźć czas dla rodziny?
– Zawsze staram się go znaleźć. Współpracownicy, którzy planują mi czas, wiedzą, że nie zamierzam być lepszy od Pana Boga… to znaczy przynajmniej jeden dzień w tygodniu muszę mieć wolny od jakichkolwiek zobowiązań. Na ogół się to udaje; pilnie tego strzegę.
A jeśli się udaje, jak Pan go spędza? Z rodziną? Wyjazdy za miasto? A może właśnie do miasta?
– Nie, po prostu spędzamy wolne chwile razem w domu. Jak na moje apetyty poznawcze – mam za dużo podróży służbowych (śmiech). Wiązały się one głównie z koniecznością wyjazdów w celu załatwienia spraw istotnych dla naszych przedsiębiorców. Ponadto jestem przedstawicielem Polski w Komitecie Regionów Unii Europejskiej. Jeśli do tego dodamy jeszcze jakieś okazjonalne wyjazdy, np. na ważną konferencję biznesową, albo misje gospodarcze, które organizujemy do miejsc, w których łódzcy przedsiębiorcy mogą nawiązać współpracę gospodarczą… Takie misje były organizowane m.in. do Izraela, Syrii, Libanu, Turcji, Armenii.
Wśród artykułów, których przez lata sporo powstało na Pana temat, można znaleźć też informację, że ciągle jest Pan zakochany w swojej żonie. Jaką ma Pan receptę na udane małżeństwo?
– Mówiłem o tym niedawno młodym ludziom, którzy rozpoczynają swoją przygodę ze studiowaniem w łódzkim uniwersytecie medycznym, że teraz jest dla nich czas na zawieranie przyjaźni, bo po studiach ma się już tylko znajomości… Wtedy też przyznałem się, że już 41 lat żyję w małżeństwie z dziewczyną, którą poznałem na uczelni. To, że drugi człowiek trwa obok nas niezmiennie i cierpliwie – na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom – doceniłem najbardziej w czasie uwięzienia i podczas choroby nowotworowej, którą przeszedłem jeszcze podczas trwania pierwszej kadencji prezydenckiej. Uważam to za wielką, być może nawet największą, wartość udanego związku.
Dziękuję za rozmowę.
