Najważniejszy lot w moim życiu
Z mjr. Krzysztofem Dzidą, pilotem 8. Bazy Lotnictwa Transportowego
Kraków-Balice, który latał na maszynach TS-11 Iskra, An-2 i An-26, a obecnie
wykonuje loty na CASA C-295M, rozmawia Marta Ziarnik
Panie Majorze, czy znał Pan osobiście załogę Tu-154M, która zginęła 10
kwietnia pod Smoleńskiem?
– Znałem prawie całą załogę rządowego tupolewa, włącznie ze stewardesami:
Justyną Moniuszko, Natalią Januszko i Basią Maciejczyk. Świat lotniczy nie jest
znów taki wielki.
Jak Pan ich wspomina?
– Byli ode mnie trochę młodsi, a już ich nie ma… Wszyscy, zarówno piloci, jak
i stewardesy, byli pełni życia i werwy, chętni do poznawania świata. Umieli
zachować się w każdej sytuacji i wszędzie. Dziewczyny czasem wykonywały loty w
składzie załogi na samolocie CASA C-295M, pomagając nam, gdy przewoziliśmy
ważniejszych pasażerów. Bardzo dobrze wspominam współpracę z nimi.
W jaki sposób dowiedział się Pan o katastrofie?
– To była sobota, więc byłem tego dnia w domu. Nagle żona, która oglądała
wiadomości, krzyknęła: "Krzysiek, prezydent się rozbił!". Podbiegłem szybko do
telewizora i zobaczyłem te obrazy. Wtedy zapadła cisza. Nie wierzyłem własnym
oczom i uszom. Nie mogło do mnie dotrzeć, że rozbił się samolot z naszym
prezydentem.
Pan przywoził trumny z ciałami z Rosji, czy tylko z Warszawy?
– Nie byłem w Rosji, tylko przewiozłem trumny z ciałami pana prezydenta Lecha
Kaczyńskiego i jego małżonki – Marii, z Warszawy do Krakowa.
Jak to się stało, że to właśnie Pan pilotował samolot, którym para
prezydencka wyruszyła w ostatnią drogę do Krakowa?
– W tamtym okresie było dużo pracy i prawie każdy pilot był w coś zaangażowany.
Powiedziałem więc swojemu przełożonemu, że jeżeli chce, żebym leciał, to proszę
o wyznaczenie mnie do załogi samolotu przewożącego parę prezydencką. Myślę, że
wzięto pod uwagę moje doświadczenie lotnicze i dlatego tak właśnie się stało.
Jaka atmosfera panowała podczas tych szczególnych lotów?
– Nie jest łatwo o tym opowiadać, chociaż od tego momentu minął już rok. Od razu
zaczęły działać emocje, a różne myśli błąkały się po głowie. Wybuch wulkanu na
Islandii spowodował zamknięcie części przestrzeni powietrznej nad Polską, a to
też potęgowało wzrost adrenaliny i niepewności co do wykonania lotu. Dzień przed
planowanym startem wraz z pozostałą załogą przebazowałem samolot z Krakowa do
Warszawy. W dniu startu pogoda była bardzo dobra, było bezchmurne niebo i
świetna widoczność. W normalnych okolicznościach byłby to lot
rekreacyjno-widokowy, ale nie w tym dniu. Podkołowałem samolotem pod terminal
rządowy i wyłączyłem silniki. Nie było żadnych przemówień. Trumny wniesiono na
pokład wojskowego samolotu CASA przy dźwiękach żałobnych melodii Orkiestry
Marynarki Wojennej. Kiedy córka pierwszej pary – pani Marta, weszła na pokład
samolotu, aby pożegnać rodziców, to ze wzruszenia aż przeszył mnie dreszcz. To
był tak podniosły moment, że aż serce mi się ścisnęło, a łzy same poleciały.
Skąd pomysł z gestem pożegnania przez machnięcie skrzydłami?
– Tego dnia prawie nie rozmawialiśmy w załodze. Każdy jednak wiedział, co ma
robić. Po otrzymaniu zgody uruchomiłem silniki i powoli kołowałem. Byliśmy
jedynym samolotem, który poruszał się po Okęciu. Po wkołowaniu na pas startowy
zauważyłem, jak pojazdy straży pożarnej, straży granicznej, obsługi lotniska i
inne stały jako asysta wzdłuż drogi startowej. Gdy byłem już na pasie startowym
i otrzymałem zgodę na start, powoli zacząłem zwiększać moc silników. Chciałem,
aby ten start był wykonany z największą godnością. Delikatnie podniosłem więc
przednie koło i gdy samolot unosił się w powietrzu, a podwozie zaczęło się
chować, dotarło do mnie, że główni pasażerowie tego samolotu nigdy już tu nie
wrócą. Że to jest ich ostatni lot. Wtedy zrodził się pomysł pomachania na
pożegnanie iod razu ten pomysł wprowadziłem w życie.
Co ten gest miał symbolizować? Czy chodziło o pożegnanie pary prezydenckiej,
czy też pożegnanie jej w imieniu Warszawy?
– Przechylanie samolotu ze skrzydła na skrzydło to był gest wykonywany przez
pilotów od dawna. Dokładnie tak, tym lotniczym gestem, chciałem pożegnać parę
prezydencką z Warszawą. To miało być takie "żegnaj, Warszawo" od pary
prezydenckiej.
Nie miał Pan przez to jakichś nieprzyjemności?
– Lot był wykonywany według VFR, czyli zasady lotu z widocznością. Był to manewr
zamierzony i w pełni kontrolowany i nie spotkałem się z procedurą, która
zabrania wykonania takiego gestu. Do dzisiaj nie miałem nieprzyjemności i mam
nadzieję, że tak zostanie.
Były emocje?
– Nie miałem pojęcia, że cały ten start jest filmowany iwywoła takie emocje.
Zrozumiałem to dopiero wtedy, gdy wróciłem do domu iprzeczytałem komentarze na
forach internetowych. Byłem tym bardzo zaskoczony.
To chyba jeden z trudniejszych lotów w Pańskiej 22-letniej karierze pilota?
– To prawda. Wykonałem tysiące startów i lądowań i spędziłem w powietrzu kilka
tysięcy godzin. Pod względem manualnym robiłem już naprawdę trudne loty, ale ten
z 18 kwietnia 2010 roku z pewnością zapamiętam do końca życia.
Dziękuję za rozmowę.
