Miałem propozycję pracy nad autobiografią Wałęsy

Z Pawłem Zyzakiem, autorem książki „Lech Wałęsa – idea i historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy 'Solidarności’ do 1988 roku”, rozmawia Marcin Austyn

Co zdecydowało, że podjął Pan badania nad biografią Lecha Wałęsy obejmującą lata jego młodości?

– Chcę podkreślić, że moja książka nie traktuje wyłącznie o czasach młodości Lecha Wałęsy. Ten rozdział zajmuje zaledwie kilkadziesiąt stron. Opowiada o życiorysie Wałęsy do 1988 roku i dzieli się w kolejności na młodzieńcze lata Wałęsy, jego pobyt w Stoczni Gdańskiej, czas powstawania wolnych związków zawodowych, okres pierwszej „Solidarności”, okres po wprowadzeniu stanu wojennego oraz czas, kiedy zaczęło klarować się porozumienie władz z „Solidarnością”. Jak więc widać, zakres badań jest szerszy.

Wracając do meritum. Moje zainteresowanie Lechem Wałęsą wiązało się z obserwacją jego osoby i konfrontacją mojej wiedzy podręcznikowej o nim z jego wypowiedziami medialnymi, komentarzami na temat aktualnej sytuacji politycznej, społecznej. Przyglądając się Wałęsie, coraz częściej zadawałem sobie pytania, czy człowiek wypowiadający się w taki sposób, posiadający taką a nie inną mentalność, mógł być pionierem zmian w całym bloku komunistycznym, czy – jak on sam o sobie mówi – mógł obalić komunizm.

W końcu na studiach nadarzyła się okazja, by zająć się tym problemem i po pierwsze – zaspokoić własną ciekawość, a po drugie – zrealizować pracę magisterską. Oczywiście na początku pisania pracy magisterskiej nie wiedziałem, że powstanie z niej książka. Ten pomysł zrodził się z czasem, nie bez pomocy mojego promotora prof. Andrzeja Nowaka.


Zakładał Pan, że praca będzie tak obszerna, iż zbierze Pan tak wiele materiałów?


– Prawdę mówiąc, nie. Jednak wraz z zagłębianiem się w temat życia Lecha Wałęsy wzrastało moje zainteresowanie jego osobą. Poznając różnych ludzi, docierałem do kolejnych materiałów i kolejnych informacji. Okazało się, że nie jest aż tak dużo tych, które dotyczą stricte Lecha Wałęsy. Większość skupiała się bowiem na opisie wyobrażeń o sławnym elektryku, jego mitu czy idei. Myślę, że powodem, dla którego ta praca jest tak obszerna, jest też to, że zawarłem w niej bardzo dużo materiału dotychczas zapomnianego i niepublikowanego. Chodzi tu m.in. o 54 relacje, z których 13 było „anonimowych”, bądź dokumenty wytworzone przez bezpiekę, publikowane również przez Lecha Wałęsę.

Prywatnie posiadam adresy informatorów, nazwiska i nagrania z rozmów z nimi. Dziś świadkowie młodości Lecha Wałęsy zdecydowali się ujawnić swoją tożsamość, a wpłynęło na to, jak sądzę, przede wszystkim zachowanie samego Lecha Wałęsy.


Pana praca magisterska jest dziś szeroko komentowana. Recenzje padały z ust osób reprezentujących najwyższe władze państwowe… Spodziewał się Pan tego?


– Szczerze mówiąc – nie na taką skalę. Owszem, spodziewałem się, że zainteresuje się nią sam Lech Wałęsa. Mogłem się tego domyślić, znając jego temperament. Przyznam, że w czasie powstawania pracy liczyłem na to, że on sam pomoże mi wyjaśnić wątpliwości, które pojawiły się po przeanalizowaniu m.in. jego wspomnień. Mam tu na myśli „Drogę nadziei”, pierwszą jego autobiografię, która powstawała w latach osiemdziesiątych.


Próbował Pan kontaktować się z Lechem Wałęsą?


– Oczywiście. Przez kilka miesięcy próbowałem się z nim skontaktować drogą e-mailową, pocztową, telefoniczną. Nawiązałem nawet kontakt z jego współpracownikami. Mogę tu wymienić Piotra Gulczyńskiego i Bartosza Lobę, który koordynował pracę nad najnowszą autobiografią Wałęsy. Ci panowie zaproponowali mi współpracę przy tworzeniu właśnie najnowszej autobiografii Wałęsy. Z przyczyn oczywistych nie zgodziłem się i zrealizowałem swój własny pomysł. Tak nasze kontakty się zakończyły.


Jak Pan weryfikował zebrane relacje? Pytam o tę sprawę, gdyż pojawiały się zarzuty, że mogą to być zwykłe plotki…


– Proszę pamiętać, że pierwszy rozdział mojej pracy nie opiera się na samych relacjach, ale również na wspomnieniach Lecha Wałęsy oraz biogramach. To nieco zapomniane biogramy Jerzego Surdykowskiego („Notatki gdańskie” z 1981 roku), jak i Ewy Berberyusz, również z tego okresu. Korzystałem także z jedynej, do czasu opublikowania mojej książki, biografii Wałęsy autorstwa Rogera Boyesa pt. „Nagi prezydent”. Posługiwałem się ponadto dokumentami, wypowiedziami polityków, którzy znali przeszłość Lecha Wałęsy z przekazów ustnych.

Chcę tu zaznaczyć, że w tych materiałach znajdowały się relacje i były to również relacje anonimowe – zwłaszcza kiedy chodziło o sprawy kontrowersyjne. Przecież Boyes pisał o tym, jak Wałęsa wraz z braćmi chodził na zabawy i wyrywał sztachety z płotów, w wiadomym celu.


Najwięcej zamieszania powstało wokół epizodu pozamałżeńskiego dziecka Lecha Wałęsy…


– Nie wartościuję tego wątku, ale jest on istotny, kiedy chcemy wyjaśnić, dlaczego Lech Wałęsa opuścił swoje strony, dlaczego zerwał z nimi swe kontakty i dlaczego mieszkający tam ludzie żywią niechęć do niego. Można powiedzieć, że był to jeden z tych momentów życia Lecha Wałęsy, który przemożnie zadecydował o jego przyszłości.


Jak przyjął Pan zarzuty dotyczące słabego warsztatu? Słysząc je, miał Pan uczucie, że wypowiadane są przez osoby nieznające książki?


– Najczęściej pojawiały się zarzuty, że ta praca jest słaba warsztatowo, słaba metodologicznie, zawiera relacje anonimowe, co jest niedopuszczalne, że zawiera kolokwializmy. Przy tych zarzutach pojawiały się jednak stwierdzenia: „to jest to, co słyszałem, sam nie czytałem”.

Kiedy obserwuję wypowiedzi komentatorów, to widzę, że niewiele osób, które krytykują książkę, miało ją w rękach, a o przeczytaniu nawet nie wspomnę. Recenzje publicystów kończyły się zazwyczaj na drugim rozdziale książki, a więc tak naprawdę nikt, poza jednym historykiem, nie ocenił tej pracy w całości.


Konsekwencje opublikowania książki są dla Pana dotkliwe…


– Cały czas mam nadzieję, że w sprawie pracy wypowiadać się będą historycy, a jeśli będą to czynić komentatorzy, to po przeczytaniu książki. Wówczas może dojść do merytorycznej dyskusji. Nie chciałbym rozmawiać na tematy poboczne, bo myślę, że już zbyt dużo czasu na nie poświęciliśmy.


Pana praca była pierwszą próbą opisania najwcześniejszych lat życia Lecha Wałęsy…


– Wcześniej ukazała się biografia polityczna Lecha Wałęsy, ale była to biografia napisana przez wspomnianego dziennikarza Rogera Boyesa i nie była pracą naukową. Została oparta na niewielkiej liczbie źródeł, ale sądzę, że jej wartością jest to, że pan Boyes najwyraźniej pojechał w rodzinne strony Lecha Wałęsy i zebrał relacje na jego temat. On także widział, że ten okres stanowi pewną lukę w wiedzy na temat tak znaczącej postaci w historii Polski. On także spróbował nakreślić portret psychologiczny Lecha Wałęsy.


Mając dzisiejsze doświadczenie, napisałby Pan jeszcze raz tę pracę?


– Oczywiście, że tak. Po napisaniu książki posiadam większą wiedzę na temat Wałęsy, skontaktowało się ze mną wiele osób, które zauważyły ciekawe rzeczy w tej publikacji, które mogą wskazywać na pewne prawidłowości. Posiadam też już więcej materiałów, które – gdybym mógł cofnąć czas – chętnie wykorzystałbym w książce. Co do zasadniczych wątków nie mam wątpliwości, że pozostawiłbym je w obecnym kształcie.


Czy powstanie kolejna publikacja uzupełniona o tę wiedzę?


– Na pewno powstanie kolejne wydanie obecnej książki, a w nim znajdą się pewne uzupełnienia. Wyeliminujemy drobne błędy, które musiały się pojawić przy takim ogromie źródeł. Jest to moja pierwsza praca, ale nawet doświadczonym historykom przytrafiają się pewne potknięcia. Z radością przyjmę każdą życzliwą krytykę. Na pewno książka w drugim wydaniu będzie lepsza.


Liczy Pan na współpracę Lecha Wałęsy?


– Cały czas na nią czekam. Wielokrotnie formułowałem chęć spotkania i rozmowy z nim. Nic w tej kwestii się nie zmieniło. Z punktu widzenia badacza życia Lecha Wałęsy wciąż jest to najważniejszy świadek historii, posiadający duży zasób wiedzy i dobrze by się stało, gdyby udało się do tej wiedzy dotrzeć.


Dziękuję za rozmowę.

drukuj