Mamy jedną Ziemię

Z prof. Albertem Jacquardem, biologiem, genetykiem, filozofem, członkiem francuskiego Narodowego Komitetu Doradczego do spraw Etyki, byłym wykładowcą na uniwersytetach w Genewie, Paris VI i Katolickim Uniwersytecie w Louvain, rozmawia Franciszek L. Ćwik

W ostatniej swojej pracy zatytułowanej „Le compte ? rebours a-t-il commence” („Czy zaczęło się już odliczanie czasu”) ostrzega Pan ludzkość przed kontynuowaniem dotychczasowego sposobu eksploatacji surowców mineralnych, konsumpcyjnego sposobu życia, rozwoju technologii, które prowadzą jedynie do zniszczenia naszej planety. Dla wielu jednak ludzi, również polityków i ekonomistów, odejście od obecnej filozofii postępu oznacza cofanie się i biedę. Czy Pana apel nie jest wołaniem na puszczy?

– Przez bardzo długi okres swojej historii ludzkość sądziła, że ma wiele czasu i że postęp będzie wciąż służył jej interesom, a ludzie będą coraz bogatsi i piękniejsi. Epoka ta już się skończyła. Mamy bardzo mało czasu, bo kontynuowanie na siłę pracy przeciwko nam samym stwarza ryzyko uczynienia z Ziemi planety, na której żaden z nas nie zechce żyć.

Ludzie lecą w kosmos. Byli na Księżycu. Niebawem pewnie dotrą na Marsa. Być może kiedyś nasza stara Ziemia nie będzie im potrzebna?

– Można fantazjować, ale prawda jest taka, że obiektywnie rzecz biorąc, nawet gdyby istniała Ziemia bis, to nie ma żadnej możliwości dotarcia do niej. Jaką by nie przyjąć miarę, szybkość nie może przekroczyć szybkości światła, dokładniej, fal elektromagnetycznych w próżni. Sama struktura przestrzeni i czasu zakłada, że każda szybkość jest mniejsza od szybkości fal określanej przez literę „c” i bliskiej 300 tys. km na sekundę. Dokonując wysiłku, możemy sobie wyobrazić dystans Ziemi od Słońca, 150 mln km, które pokonuje światło w czasie 8 minut. Ale jeżeli spojrzymy dalej, najbliższa gwiazda, nawet w naszej galaktyce, znajduje się od nas o 4 tys. lat świetlnych. Jeżeli chodzi o nadzieję dotarcia do nas ludzi z kosmosu, to trzeba wiedzieć, że gdyby do nas przybyli, to znajdowaliby się w stanie, w jakim byli kilka tysięcy lat świetlnych temu. To wszystko są marzenia. „Zejdźmy na Ziemię” i zadbajmy o nią dla nas, gdyż jest w niebezpieczeństwie.

Jakie największe zagrożenie przyniósł postęp naukowy?

– Odkrycia kilku teoretyków, na czele z Albertem Einsteinem, sprawiły, że człowiek stał się właścicielem i zarządcą największych sił natury. Dzisiaj szefowie państw, grup terrorystycznych mogą dokonać zniszczenia całej ludzkości, używając atomu.

Bomba atomowa najczęściej ukazywana jest jako środek odstraszający przed agresją. Czy nie może ona spełniać takiej roli?

– Posiadanie broni jądrowej przez wiele krajów stwarza realne zagrożenie jej użycia. Z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że jeżeli tylko jedno państwo zaakceptuje ryzyko sprowokowania katastrofy naturalnej, jaką będzie użycie atomu, to koniec ludzkości będzie mieć miejsce w obecnym tysiącleciu. Jeżeli chodzi o odstraszanie, to atom takim środkiem być nie może. Dobrze obrazują to wspomnienia byłego prezydenta Francji Valéry”ego Giscarda d”Estinga. Opisuje on symulację polegającą na założeniu, że wojska sowieckie zaatakowały Niemcy i zbliżają się do granic Francji. Jako prezydent republiki stanął przed pytaniem, czy użyć w stosunku do nich bomby atomowej. Doszedł do wniosku, że nigdy tego nie zrobi, bo gdyby tak postąpił, to Sowieci wysłaliby swoje bomby atomowe na Francję, co skończyłoby się katastrofą narodową i być może światową. Bomba atomowa nie jest więc żadnym środkiem odstraszającym. Z historii wiadomo, że największe agresje i tyranie mają swój koniec. Użycie przeciw nim bomby atomowej doprowadzi do zagłady ludzkości.

Co w związku z tym powinna zrobić Francja?

– Powinna zrezygnować z broni nuklearnej, domagając się od ONZ decyzji zniszczenia arsenału jądrowego i przyjęcia deklaracji pokojowej między wszystkimi narodami, które wyzbyły się tej broni. Francja mogłaby bez hipokryzji zadeklarować się jako twórca pokoju.

Czy sądzi Pan, że jest to realne?

– Do tego powinno dojść, jeżeli chcemy zapobiec katastrofie ludzkości.

Ludzkość stara się wykorzystywać atom do celów pokojowych. Jednym z nich jest rozwój energii nuklearnej. Z Pańskich publikacji wynika, że jest Pan jej zagorzałym przeciwnikiem, a przecież ukazuje się ją jako najbardziej wydajną, bezpieczną i tanią energię. Prezydent Nicolas Sarkozy stara się przekonać kraje Unii Europejskiej, by poszły w ślady Francji i budowały elektrownie atomowe. Co Pan o tym sądzi?

– Tezy o taniości i bezpieczeństwie energii atomowej są jednym wielkim kłamstwem. Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że do jej produkcji potrzebny jest uran. Francja ma tę przewagę nad innymi państwami, że posiada praktycznie monopol na jego wydobywanie w Nigrze. Wraz ze wzrostem zapotrzebowania na ten surowiec jego ceny będą rosły. Podobnie jak z innymi bogactwami naturalnymi możliwości pozyskania uranu są ograniczone. Nieprawdą jest też, że istnieją bezpieczne metody składowania odpadów nuklearnych. Mogą one być relatywnie bezpieczne w perspektywie kilku pokoleń czy stuleci, ale trzeba pamiętać, że ich unieszkodliwienie wymaga często tysięcy, a nawet milionów lat. Mówienie np., że ich składowanie na wielkich głębokościach zapewnia bezpieczeństwo, mija się z prawdą naukową, gdyż wraz z upływem lat woda penetruje wszystko. Nie ma bezpiecznych metod składowania odpadów radioaktywnych. Twierdzę to jako naukowiec i nikt nie może znaleźć argumentów przeciw temu twierdzeniu.

Ale ludzkość stoi przed problemem braku energii. Co może w takim razie zastąpić atom?

– Są ogromne możliwości, które daje nam natura, takie jak: słońce, wiatr, geotermia. Trzeba jedynie woli politycznej, by je wykorzystać. Problem w tym, że obecnie na nasze potrzeby patrzymy w perspektywie kilkudziesięciu, może kilkuset lat, nie niepokojąc się o losy ludzkości za setki czy tysiące lat. Zachowujemy się tak, jakby po nas miał nastąpić koniec świata, i robimy wszystko, by do tego doszło jak najszybciej.

Obecnie świat przeżywa ostry kryzys finansowy. Jakie są, Pana zdaniem, jego przyczyny?

– Banki światowe i towarzystwa ubezpieczeniowe były przekonane, że mogą prowadzić rozgrywki finansowe bez końca, bez oglądania się na rzeczywistość ekonomiczną. Liczono na to, że polityka i zarządzanie przedsiębiorstwami określają przyszłość naszych społeczeństw wokół hasła koniunktura. Dlatego wszelkie metody na obecny kryzys zakładają powrót do niej bez stawiania pytań o jej zgodność z ograniczeniami natury. Ich schemat jest akceptowany, bo w najbliższym czasie zapowiada poprawę. Problem w tym, że koniunktura „dzisiaj” nie oznacza większego rozwoju „jutro”. Mogłoby tak być, gdybyśmy dysponowali dostępnym, nieograniczonym wszechświatem. Wszyscy apologeci zwiększania konsumpcji w krajach, w których życiowe potrzeby zostały więcej niż zaspokojone, są tak samo szkodliwi jak dealerzy narkotyków.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj