Lech Kaczyński – bohater Gruzji

Jeden z gruzińskich hoteli, grudzień 2010 roku. W obszernym pokoju
spełniającym rolę recepcji i salki komputerowej, naprzeciw wejścia nad regałem z
książkami niewielki ołtarzyk. Obok świętych obrazków w samym środku duże zdjęcie
pary prezydenckiej: śp. Lecha i Marii Kaczyńskich. Nad Lechem czarny, a nad
Marią biały różaniec. I słowa recepcjonistki: "To prezydent Polski Lech
Kaczyński – bohater narodowy Gruzji, i jego żona Maria".

Likwidacja wiz do większości krajów świata, łatwość w poruszaniu się, dostępność
noclegu i różnorakie ułatwienia zachęcają do wędrówek. Turystyka stała się ważną
dziedziną gospodarki w wielu krajach, co niestety sprawia, że podróże są
przedsięwzięciem coraz bardziej kosztownym. Nawet w najbiedniejszych krajach
Azji między bajki można włożyć opowieści o noclegu za 2, 3 dolary. Najgorzej
jest tam, gdzie w ogóle nie ma hoteli lub jest ich niewiele. Do takich należą
kraje byłego ZSRS. W dodatku w większości z nich wprowadzono wizy dla obywateli
z państw Unii Europejskiej. Wyjątkiem jest tutaj Gruzja. Jednak niepewna
sytuacja polityczna i brak odpowiedniej bazy noclegowej sprawiają, że ten
ciekawy kraj położony w tej samej odległości od Polski co Hiszpania wydaje się
równie egzotyczny jak Sri Lanka czy Filipiny. O tym, że warto odwiedzić Gruzję,
przekonałem się kilka miesięcy temu, kiedy właśnie tam postanowiłem przeżyć
święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok.
To prawda, że okres przedświąteczny nie sprzyja wizytom w urzędach, placówkach
dyplomatycznych czy w domach prywatnych. Organizację pobytu i zwiedzania
utrudnia brak map, folderów, przewodników, zimowa pora, krótki dzień i
temperatura daleka od komfortu termicznego! Zdany więc byłem na siebie, własną
inwencję i szczęście, a tego mi nigdy nie brakowało! Liczyłem na serdeczne i
gościnne przyjęcie, i nie zawiodłem się. Najpierw zaskoczył mnie celnik w
pociągu z Erewania do Tbilisi, który spojrzał na polski paszport i natychmiast
podał rękę, życząc miłego pobytu w jego kraju. Kilka godzin później przyjmowała
mnie Irina Dżaparidze w swoim Guest House.
W obszernym pokoju spełniającym rolę recepcji i salki komputerowej, naprzeciw
wejścia nad regałem z książkami znajdował niewielki ołtarzyk. Obok świętych
obrazków i rzeźb w samym środku było duże zdjęcie pary prezydenckiej: śp. Lecha
i Marii Kaczyńskich. Nad Lechem wisiał czarny, a nad Marią biały różaniec.
Nim zdążyłem się przedstawić, urocza Gruzinka, widząc moje zainteresowanie
zdjęciem, powiedziała: "To prezydent Polski Lech Kaczyński – bohater narodowy
Gruzji, i jego żona Maria. On jeden miał odwagę, by zebrać przywódców państw
Europy Środkowej i przeciwstawić się agresji Rosji na Gruzję!".
Po czym dodała: "Sandra E. Roelofs, Holenderka, żona Micheila Saakaszwilego,
powiedziała: "Lech Kaczyński – nazwałabym go sumieniem Europy, sumieniem Unii
Europejskiej. Zawsze bronił gruzińskich interesów. Udowodnił i pokazał, jak jest
odważnym człowiekiem. Przyjazd do Tbilisi w czasie rosyjskiej inwazji w sierpniu
2008 r. wymagał prawdziwego męstwa!"".
To było pierwsze moje spotkanie z Gruzją!

Polskie ślady w Gruzji
Polonia gruzińska należy do najstarszych na świecie. Już w 1794 r. na tzw.
ciepłą Syberię zesłano polskich żołnierzy z ziem I i II rozbioru usiłujących
wziąć udział w Powstaniu Kościuszkowskim. Ich los podzielili Polacy – jeńcy
wojsk napoleońskich, a później powstańcy listopadowi i styczniowi. Często
wcielano ich do wojska carskiego w wojnach przeciw Czeczenii, Północnemu
Kaukazowi, Dagestanowi. Dla wielu z nich był to osobisty dramat. Ci, którzy
mieli możliwość, korzystali z dymisji. Warto jednak przypomnieć, że sto lat temu
istniało zapotrzebowanie na ludzi mądrych, światłych, wykształconych. Polacy
wyjeżdżali na Syberię, również do Gruzji do pracy. Pod koniec XIX w. co drugi
tamtejszy inżynier, architekt czy lekarz był Polakiem. To głównie Polacy
budowali drogi, kolej zakaukaską, zakładali ogrody, parki. Tu zarabiało się
więcej niż w Polsce. Powstawały tam osady i wioski. Do dziś ok. 60 km od Tbilisi
istnieje polska wieś Gombori! Niemal wszędzie, gdzie przybywali, Polacy budowali
kościoły, później szkoły. "Polskim kościołem" w Tbilisi jest świątynia pw. św.
Piotra i Pawła z początku XX wieku. Wieloletnim proboszczem jest tu ks. Adam
Ochol (a administratorem katedry katolickiej ks. Andrzej). Gdy Gruzja odzyskała
niepodległość, Polska była jednym z pierwszych krajów, który to zaakceptował. W
1921 r. Sowieci zaanektowali Gruzję, czego Polska nie uznała i do wojny
utrzymywała kontakty z rządem emigracyjnym w Paryżu, a w polskiej armii służyło
wielu Gruzinów.
Przeciętny Gruzin wie, gdzie jest Polska, słyszał o Janie Pawle II, o Lechu
Kaczyńskim. Wie, że w XIX i XX w. wielu Polaków związało swe życie z Gruzją, że
są w tym kraju polskie wioski. Czasem potrafią wymienić jakieś nazwisko.
Na cmentarzu Kukijskim pochowanych jest wielu polskich architektów, lekarzy,
inżynierów. Choć cmentarz jest bardzo zaniedbany, zarośnięty, bez wyraźnych
alejek spacerowych, groby otoczone zardzewiałym płotem, to nagrobki pochowanych
tu Polaków dzięki młodzieży z Polskiej Szkoły Sobotniej im. Królowej Jadwigi są
oczyszczone i ozdobione biało-czerwonym proporczykiem. Ogromna sympatia, jaką
darzą dziś Gruzini Polaków, to w dużej mierze zasługa śp. Lecha Kaczyńskiego.
Gruzini nie zapomnieli mu ogromnego zaangażowania w obronie niepodległości ich
kraju. W wielu domach są podobne ołtarzyki jak u Iriny, a wszyscy spotkani
Gruzini z naciskiem podkreślali, że Władimir Putin nie mógł mu tego wybaczyć, że
katastrofa smoleńska była "sowieckim aktem sprawiedliwości" – zamachem.
Świadectwem wdzięczności i pamięci o czynach wielkiego prezydenta jest nadanie
imienia Lecha i Marii Kaczyńskich reprezentacyjnym ulicom w najważniejszych
miastach Gruzji – w Tbilisi i Batumi.

W Tbilisi
Pokój, gdzie zostałem zakwaterowany, nie należał do komfortowych, ale
najważniejsza była panująca atmosfera w tym domu. Traktowano mnie jak członka
rodziny, można było oglądać telewizję, korzystać z internetu i kuchni, gotować
wodę, posiłki itp.
Gruzja to prawosławny kraj, więc święta Bożego Narodzenia obchodzone są dwa
tygodnie później i wypadają tydzień po Nowym Roku. Wigilijny wieczór spędziłem
więc w towarzystwie domowników, z którymi z braku opłatka przyszło łamać się
chlebem. Była ryba, a zamiast siedmiu wigilijnych dań podano lepioszkę
podzieloną na siedem części, podobnie jak u zesłańców na Syberii. Zamiast
wolnego miejsca przy stole, jak każe polska tradycja, umieściłem zdjęcie Lecha i
Marii Kaczyńskich z "ołtarzyka Iriny". O północy kolędą "Wśród nocnej ciszy" w
kościele św. Piotra i Pawła rozpoczęła się Pasterka.
Wielonarodowy, wielokulturowy i wieloreligijny charakter miasta sprawił, że jego
centrum jest mozaiką różnych stylowo domów, pałacyków i świątyń kilku wyznań!
Schodząc w kierunku rzeki Mtkwari (Kury), dotarłem do placu Wachtanga Gorgosala,
króla, który przeniósł stolicę z Mcchety do Tbilisi. Świątynia Matki Bożej
Metechskiej to najważniejszy i najbardziej znany zabytek miasta. Położona jest
na terenie dzielnicy Isin. Obok świątyni na stromej, niedostępnej skalicy,
wysoko nad zwierciadłem rzeki w 1967 r. stanął pomnik króla Wachtanga Gorgasala
na koniu. Zdaje się, że król spogląda na drugi brzeg Kury, gdzie znajdują się
ruiny twierdzy Narikala. Podziwiałem też katedrę Sioni (obecna świątynia
pochodzi z XI/XII wieku, ale pierwsza stała tu już w VI w.).
Monastyr Niebieski i zabytki przy reprezentacyjnej Drodze Rosyjskiej, dziś alei
Rustawelego, Święta Góra (Mtacminda) z pięknie oświetloną w nocy wieżą
telewizyjną na szczycie to symbole miasta. Jak powiedział pewien fiński
dziennikarz: "Odnosi się wrażenie, jakby gwiazdy schodziły spać do Tbilisi".
Pośrodku pl. Swobody, na kolumnie znajduje się pozłacana rzeźba św. Jerzego,
patrona Gruzji (Georgia – inna nazwa kraju, bezpośrednio zapożyczona z greki i
oznaczająca ziemię oddaną w opiekę świętemu Jerzemu). W pobliżu placu gmatwanina
ulic, przy jednej z nich znajduje się okazała bryła katolickiej katedry. Modlący
się wewnątrz Gruzin powitał mnie bardzo ciepło i poprosił sprzątającą kobietę,
by sprawdziła, czy jest ksiądz proboszcz. Po chwili zjawił się ksiądz Andrzej.
Miły i skromny człowiek poczęstował mnie na plebanii kawą i ciastkami. Prosił,
by go nie filmować, nie pisać o nim. Mimo krótkiego zwiedzania nie mogę
zaprzeczyć, że było jak w znanej piosence Sławy Przybylskiej: "Tbiliso urzekło
mnie urodą swą (…) skąpane w blaskach słońca".

Duch Stalina
Trzy obiekty w Gori zwracają uwagę przybywających tu turystów; potężny ostaniec
skalny, budynek urzędu miasta i przytłaczające Muzeum Stalina w środku miasta.
Obok muzeum znajduje się obudowany potężnym "baldachimem" mały domek, w którym
urodził się dyktator, pomalowany na zielono wagon kolejowy, którym Stalin
odbywał dalsze podróże, oraz niewielki pomnik. Inny duży (Stalin w żołnierskim
płaszczu) udało się usunąć pod koniec ubiegłego roku za prezydentury
Saakaszwilego. Na jego miejscu w grudniu 2010 r. stanęła ogromna choinka.
Otwarte w 1937 r. muzeum zawiera wiele pamiątek po Stalinie.

W gruzińskim Watykanie
Około 20 km od Tbilisi nad brzegiem Kury znajduje się Mccheta, dawna stolica
gruzińskiego Królestwa Iberii, jedno z najpiękniejszych miast Gruzji. Pochodząca
z XI w. katedra Sweti Cchoweli (Drzewo Życia) jest patriarchalną świątynią,
siedzibą katolikosa – patriarchy, głowy Kościoła gruzińskiego. Przez wiele
wieków była duchowym centrum kraju. To tu odbywały się uroczystości koronacyjne
królów, chrzty i śluby koronowanych głów. Tu także chowani byli przywódcy narodu
i zwierzchnicy religijni (ponad 10 królów). Przekraczając mury tej prawdziwej
"świątyni historii i kultury", miałem w pamięci słowa poety: "Patrząc na nią,
wierzysz, że Bóg tu jest". Przepych, harmonia i historyczna wymowa wyróżniają ją
z grona wszystkich zabytków Gruzji. Wszystko, co o Gruzji stanowi, tu się
zaczęło!
Zewnętrzne piękno przyjemnie kontrastuje z urodą wnętrza. Świąteczne stroje
wiernych i kapłanów, wibrujące snopy światła wpadającego przez okna od południa,
nagrobki królewskie, resztki starożytnej polichromii, dziesiątki ikon
rozwieszonych na ścianach świątyni i cudowne śpiewy kobiecego chóru
"wprowadziły" turystę z Zachodu w tajemniczy świat orientalnego przepychu. Nawet
spacery wiernych po katedrze, rozmowy, wchodzenie czy wychodzenie ze świątyni
nie zmąciły nastroju wielkiego uniesienia, radości i modlitwy.

Batumi, ech Batumi
Ta piękna melodia z czasów mojej młodości rozsławiona przez zespół Filipinki
przywoływała na myśl bajeczną krainę słynącą nie tylko z urody, ale również z
bogactwa. Gdzieś w pobliskiej Kolchidzie miał szukać skarbów mityczny Jazon.
Batumi to stolica Adżarii, drugie najważniejsze miasto Gruzji, pełne
XIX-wiecznej architektury, ruchliwy port. Jak każde miasto "śródziemnomorskie"
jest trochę inne niż te w głębi lądu. Swoim klimatem i architekturą przypomina
też miasta basenu Morza Karaibskiego. Pełne zabytków, o ciekawej historii,
pięknie położone nad zatoką, otoczone wiecznie zielonymi wzgórzami, co czyni je
miejscem niezwykle atrakcyjnym, a z racji swego położenia dla przybyszów z
innych krajów jest często pierwszym skrawkiem Gruzji czy Zakaukazia. Ktoś, kto
odwiedził to miasto, nigdy o nim nie zapomni.
I oto 29 grudnia 2010 r. o godz. 7.30 pociąg z Tbilisi dotarł do Batumi. Było
całkiem ciemno. Dopiero po godzinie zaświeciło się światło w mieszkaniu Gulnaz
Mikeladze. Wyszła ok. 25-letnia śliczna dziewczyna Sophia – absolwentka
miejscowego uniwersytetu, i zaprosiła do środka. Powitali nas jej rodzice.
Po chwili przygotowano pokój obok kuchni, podano śniadanie zrobione przez
Sophię, a ja, czując "oddech morza", zaraz wyruszyłem na rekonesans. Rozkopana
ul. Lermontowa, sąsiednia droga tłuczniowa i postsowieckie bloki, XX-wieczne
slumsy zrobiły na mnie dość przygnębiające wrażenie. Ale gdy minąłem rozległą
sadzawkę i Pałac Młodzieży, znalazłem się w zupełnie innym mieście; szeroka
aleja spacerowa, starannie utrzymane ozdobne palmy pierzaste i dość ciekawa,
reprezentacyjna architektura – uniwersytet, Hotel Sheraton i wznoszone przy
nabrzeżu wielopiętrowe wieżowce. A w centrum miasta: ratusz, interesujące
zaułki, świątynie, pomniki, port, dworzec kolejowy i bazar orientalny. Jest w
tym mieście synagoga, meczet i nowoczesny kościół katolicki.
W odległości ok. 7 km od portu ulica Sheriff Khimshiashvili zbliża się ku morzu,
po czym przechodzi w szeroką dwupasmową arterię komunikacyjną, łukiem oddala się
na odległość ok. 200 m i dalej biegnie równolegle do brzegu. Przy wjeździe na tę
kilkukilometrową arterię wielka tablica w języku gruzińskim, polskim i
angielskim oznajmia:

Ulica Marii i Lecha Kaczyńskich
Do ulicy przylega szeroki nadmorski bulwar; piękne alejki spacerowe wysadzane
palmami, skwerki, sadzawki, fontanny i pomniki. To podobno najbardziej
reprezentacyjny skrawek wybrzeża w Gruzji. Tak mieszkańcy tego kraju uczcili
pamięć swych bohaterów narodowych – polskiej pary prezydenckiej Lecha i Marii
Kaczyńskich. Zatrzymałem się wzruszony na chwilę, poczułem się dumny, że jestem
Polakiem, ale i zawstydzony postawą milionów mieszkańców mojej Ojczyzny. Gdy żył
ten naprawdę nasz, pierwszy po wojnie polski prezydent, wyśmiewano go, niszczono
jego myśli i wszystko, czego dokonał. Nawet gdy doprowadzono do jego tragicznej
śmierci, pełni nienawiści rządzący nie zdobyli się na chwilę zadumy.

Nie zapomnimy mu tego
W ostatnim dniu 2010 roku od rana lało jak z cebra. Patrzyłem w niebo błagalnym
wzrokiem, ale nic nie wskazywało na to, że pogoda się poprawi. Tymczasem w domu
trwały ostatnie przygotowania do uczty noworocznej. Stół uginał się od różnych
gatunków mięs, napoi, słodyczy, ciast, owoców tropiku, cukierków. Wszystko było
bardzo starannie przybrane kwiatami, jak na wystawie! Trudno było zliczyć i
zapamiętać gruzińskie nazwy tych pyszności.
Traktowano mnie jak członka rodziny. To było fantastyczne! Odwiedzający dziś
Gruzję Polacy witani są z niesłychaną gościnnością i serdecznością. Na bazarze,
w pociągu, autobusie, w hotelu i na ulicy towarzyszyła mi niesłychana
życzliwość. Szef bazaru przy dworcu kolejowym codziennie zapraszał na kieliszek
samogonu, sąsiad w sklepiku na lampkę wina, sprzedawca owoców częstował
smacznymi mandarynkami, córka Iriny w Guest House nigdy nie zapomniała o gorącej
herbacie, gdy zziębnięty wracałem z miasta, a co tu mówić o przyjęciu
noworocznym w Batumi, gdzie naprawdę czułem się jak członek rodziny. Gdy
powiedziałem, że jestem bardzo zażenowany, Sophia odparła: "To, że dzisiaj razem
w radosnym nastroju możemy witać Nowy Rok, jest zasługą waszego wspaniałego
prezydenta!".
A Anna, piękna Gruzinka siedząca obok w autobusie do tureckiego Trabzonu, w
pewnej chwili przerwała rozmowę i powiedziała: "Ten bulwar nosi imię prezydenta
Polski Kaczyńskiego, któremu Gruzja zawdzięcza być może niepodległość. Gdy
Sowieci wkroczyli do Gruzji, gdy milczała cała Europa, Unia Europejska, on jeden
miał odwagę temu się przeciwstawić, przybył do naszego kraju, zebrał przywódców
Europy Środkowej, by zaprotestować przeciw tej agresji – dzielny, odważny
człowiek. Nigdy mu tego nie zapomnimy!".
Z ciężkim sercem
żegnamy Gruzji brzeg,
śpiew twój dźwięczny
jak drogie echo biegł,
dziś gdy oczy przymkniemy,
widzimy znów
obraz ten,
to marzenie naszych snów.
Batumi, ech Batumi…

 

Władysław Grodecki
 


Autor jest przewodnikiem i podróżnikiem, odwiedził wszystkie kontynenty,
poza Antarktydą.

 


Gdy Sowieci wkroczyli do Gruzji, gdy milczała cała Europa, Unia
Europejska, on jeden miał odwagę temu się przeciwstawić, przybył do naszego
kraju, zebrał przywódców Europy Środkowej, by zaprotestować przeciw tej agresji
– dzielny, odważny człowiek. Nigdy mu tego nie zapomnimy!

drukuj