Kryzysowy scenariusz z przedłużającą się destabilizacją

Z Jerzym Bielewiczem, prezesem Stowarzyszenia „Przejrzysty Rynek”, rozmawia Małgorzata Goss



Międzynarodowy Fundusz walutowy obniżył o 600 mld USD prognozę dotyczącą strat związanych z kryzysem – do 3,4 bln USD. Korekta uzasadniona jest tym, że gospodarka światowa rozwija się prędzej niż się spodziewano dzięki środkom publicznym skierowanym do instytucji finansowych i gospodarek. Czy rzeczywiście wychodzimy na prostą?

– Ależ wręcz przeciwnie. To, co pani przedstawiła, to komentarz do raportu MFW, bo sam raport nie jest optymistyczny. Przede wszystkim zwraca uwagę, że poprzez pompowanie pieniędzy publicznych do prywatnych instytucji finansowych ryzyko zostało przeniesione z prywatnego sektora finansowego, który znalazł się w kłopotach – mam na myśli Lehman Brothers, AIG i inne – do sektora publicznego. Ratując banki komercyjne, sektor publiczny oraz banki centralne bardzo się zadłużyły. Ekspansja fiskalna i monetarna wyniosła w ciągu niespełna roku 13,5 bln USD. MFW wzywa do ostrożności i stopniowego wycofywania się z ekspansji fiskalnej i monetarnej, ostrzegając, że istnieje ryzyko inflacji oraz dewaluacji walut.

Ostatnio ucichła w Polsce dyskusja o opcjach walutowych. Czy po stronie banków komercyjnych problem dziur w finansach można uznać za rozwiązany?

– Raport MFW jasno mówi, że system bankowy jest wciąż najsłabszym ogniwem, a banki nadal potrzebują kapitału. Do tej pory przyznały się do 1,3 bln USD strat związanych z toksycznymi aktywami, ale – według MFW – będą musiały jeszcze uznać 1,5 bln USD strat do końca 2010 roku. Czyli nie jesteśmy nawet w połowie drogi.

To jest właśnie wymiar zapotrzebowania sektora bankowego na kapitał?

– Nie, bo w tym samym czasie banki będą zarabiały pieniądze, więc aż tyle dodatkowego kapitału nie potrzebują. Jak mogą pozyskać dodatkowy kapitał? Poprzez tzw. quantitative easing, co można przetłumaczyć jako „poluzowanie monetarne”. Polega ono na tym, że banki centralne udzielają bankom komercyjnym nisko oprocentowanych pożyczek (w USA i Wielkiej Brytanii oprocentowanie oscyluje w granicach zera, w Europejskim Banku Centralnym – ok. 1 proc.) oraz pożyczek pod zastaw aktywów bankowych. Tę monetarną formę wsparcia płynności, stosowaną przez banki centralne, należy odróżnić od pomocy fiskalnej kierowanej do banków przez zachodnie rządy, która doprowadziła w praktyce do częściowej nacjonalizacji sektora bankowego w Anglii czy w Niemczech. Poprzez ekspansję fiskalną zadłuża się państwo, a poprzez monetarną – bank centralny. W Polsce NBP także przeprowadził operację typu quantitative easing poprzez wcześniejszy wykup od banków komercyjnych długoterminowych obligacji NBP. Mimo wspomnianych 13,5 mld USD środków publicznych wyasygnowanych łącznie przez wszystkie kraje w ramach ekspansji fiskalnej i monetarnej, sektor bankowy nadal jest zagrożony. Raport MFW stwierdza, że banki nie są w stanie zaspokoić nawet obecnego, słabego popytu na kredyt ze strony gospodarki realnej, bo muszą oszczędzać kapitał i zwiększać płynność. Stawia też otwarte pytanie: czy prywatny sektor przedsiębiorstw wypchnięty z gospodarki zdoła tam wrócić w sytuacji, gdy nie może liczyć na kredyt z kulejącego sektora bankowego?

Wskazywał Pan na trzy główne problemy sektora finansowego, bez rozwiązania których nie może on sprawnie działać, a mianowicie na problem instytucji finansowych, które są „zbyt duże, żeby upaść”, „uśpionych” derywat (tzn. instrumentów pochodnych) ukrytych w pozabilansowych pozycjach banków oraz narastającej dysproporcji między sektorem finansowym a gospodarką realną.

– Rzecz w tym, że sprawy idą dokładnie w odwrotnym kierunku. Instytucje finansowe stały się obecnie jeszcze większe i bardziej wpływowe niż przed kryzysem, ponieważ jedne przejęły aktywa innych, np. Bank of America przejął Merrill Lynch, a w efekcie ich ewentualny upadek groziłby prawdziwą lawiną. Ryzyko dla stabilności systemu wzrosło. Nadal nie rozwiązano też kwestii toksycznych instrumentów pochodnych. Przykładem uśpionych derywat jest sytuacja w AIG – można było obserwować, jak te instrumenty zapadały w miarę pogarszania się sytuacji finansowej na świecie. Podejrzewam, że te 180 mld USD strat AIG powstało głównie za sprawą Lehman Brothers. Lehman Brothers był bankiem inwestycyjnym, a instytucje, które mu pożyczały pieniądze, ubezpieczały się w AIG. Dodatkowo Lehman Brothers wystawiał bardzo dużo kontraktów opcyjnych i derywat. Kiedy jesienią 2008 r. upadł, niezliczone instytucje na świecie, które miały ekspozycje do Lehman Brothers (co wynikało z posiadania przez nie aktywów, które utraciły na wartości w wyniku upadku Lehman), znalazły się w wysoce niepewnej sytuacji. W rezultacie rząd amerykański, w obawie przed załamaniem światowego systemu finansowego, postanowił, że AIG będzie oddawało pieniądze ubezpieczonym zgodnie z kontraktami. W mojej ocenie, gros pieniędzy wpompowanych przez rząd amerykański w AIG poszło na pokrycie strat Lehman Brothers i firm z jego otoczenia. Nawet Pekao SA miało ekspozycję do Lehman Brothers, co publicznie przyznał nasz polski oddział Citibank. Wypłaty AIG na rzecz poszczególnych banków europejskich sięgały kilkunastu miliardów USD. Taki BNP Paribas, Deutsche Bank czy Barclays dostały, poprzez AIG, grube miliardy od amerykańskiego podatnika.

Co się stało w Polsce z naszymi opcjami walutowymi?

– Część z nich, ta, która była już wymagalna, została skonwertowana w dług, tzn. banki podpisały z klientami, którzy nie mogli spłacić swoich zobowiązań z opcji, umowy kredytowe, zamieniając te zobowiązania wymagalne dzisiaj na kredyt spłacany przez np. 5 lat. Co zaś do instrumentów, które jeszcze nie zapadły – pozostają one na razie w „uśpieniu” dzięki przeprowadzonej niedawno zmianie standardów księgowości. Teraz banki nie muszą już w każdym sprawozdaniu finansowym wyceniać ich do rynku, lecz mogą policzyć, ile są warte, dopiero w momencie zapadania.

Wcześniej czy później i tak zapłaci realna gospodarka…

– A na końcu zapłaci podatnik. Zadłużenie budżetowe będzie musiało zostać spłacone, więc czeka nas podniesienie podatków.

Z czego wynika „narastająca dysproporcja pomiędzy sektorem finansów a gospodarką realną”?

– Ma ona swoje źródło w idei „nowego globalnego podziału pracy”. Założono, że kraje rozwinięte dostarczają kapitał i know-how, a kraje rozwijające się – produkują. Nastąpiło przenoszenie realnej gospodarki do Chin, Indii, tam gdzie jest tania siła robocza. Zachodni politycy sądzili, że przy takim podziale uda się zachować makroekonomiczną równowagę, tymczasem okazało się, że w wyniku tych procesów rezerwy walutowe Chin wzrosły do 2,1 bln USD, podczas gdy USA zadłużają się po uszy. Chiny stały się wielkim eksporterem, a inne kraje – importerami, i notują rekordowe deficyty handlowe. Wyobraźmy sobie globalną firmę, z oddziałami na całym świecie i finansami scentralizowanymi w jednym miejscu. Co się w takiej firmie dzieje? Otóż centrala, kierując się rachunkiem ekonomicznym, przekazuje środki do tych oddziałów, gdzie produkcja jest najtańsza, a w tym czasie pozostałe oddziały jeden po drugim padają. W oddziale chińskim ludzie produkują, a w brytyjskim, amerykańskim – tracą pracę.

Szczyt G20 w Pittsburghu usankcjonował nowy układ, dopuszczając do głosu w sprawach globalnej ekonomii takie państwa jak Chiny czy Brazylia. Komentatorzy oceniają, że G8 utraciło pałeczkę na rzecz G20.

– Nie przeceniałbym decyzji w tym zakresie. To propaganda. W rzeczywistości nadal pierwsze skrzypce gra G8, a raczej G7, bez Rosji. Kraje rozwijające się dostały raptem 5 proc. więcej udziału w MFW, przy czym Stany Zjednoczone zachowały prawo weta.

Czy szczyt spełnił nadzieje na bardziej klarowny światowy system finansowy?

– Moim zdaniem nie. Spośród trzech problemów do rozwiązania, o których mówiliśmy, odniósł się tylko do derywat. Zdecydowano, że rynek ten musi zostać uregulowany, a jego regulacją i standaryzacją produktów pochodnych zajmie się nowo powołany Komitet Stabilności Finansowej – Financial Stability Board. Pominięto natomiast milczeniem problem instytucji finansowych zbyt dużych, żeby upaść. Głównym postulatem powinien być powrót do obowiązującego wcześniej w Stanach Zjednoczonych Aktu Glass-Steagall, tj. rozdzielenia bankowości inwestycyjnej od komercyjnej, zakazu łączenia ich w jednej instytucji. Jeśli jedna i ta sama instytucja pożycza pieniądze, robi sekurytyzację (przepakowuje kredyty w pakiety i wydaje na ich bazie obligacje i derywaty) i zajmuje się rynkami walutowymi, dochodzi wówczas do konfliktu interesów i w rezultacie – do nadużyć. Zakaz ten został zniesiony w 1999 r. przez Kongres, pod naciskiem lobby bankowego. Wystarczyło 10 lat, aby wyrosły obecne giganty finansowe skupiające w sobie oba rodzaje działalności, którym rządy muszą pomagać w kłopotach, bo ich upadek zdolny jest zachwiać gospodarką świata. W Pittsburghu nie poruszono też kwestii nierównowagi między sektorem finansowym a gospodarką realną. Jeszcze 20 lat temu banki zarabiały na pożyczaniu pieniędzy, a dziś zarabiają głównie na derywatach. Proporcja starych, klasycznych aktywów, zawartych w bilansach banków, do nowych, zawartych w pozycjach pozabilansowych, w Polsce wynosi już 1 do 3, a w Wielkiej Brytanii w niektórych przypadkach aż 1 do 10. Te pierwsze odpowiadają gospodarce realnej, te drugie – gospodarce wirtualnej, w której pieniądz robi pieniądz metodą czystej spekulacji. W uproszczeniu można zatem powiedzieć, że gospodarka wirtualna wielokrotnie przerosła gospodarkę realną.

Ekonomiści zastanawiają się, czy kryzys przyjmie kształt litery „V”, tj. jednorazowego spadku i odbicia, litery „W” – z podwójną zapaścią, czy też litery „L”, z długą stopą, która symbolizuje wieloletni zastój gospodarczy.

– Ja dodaję do tego jeszcze jeden scenariusz, który nazwałbym scenariuszem „WW”. Podwójne „W” oznacza przedłużającą się destabilizację rynków. Gdy wybuchł kryzys, CIA wydała raport, w którym ostrzegała, że jeśli kryzys się rozwinie, to doprowadzi on do wielokrotnych perturbacji na rynkach finansowych, a nawet do konfliktów lokalnych. W ciągu 2009 r. bezrobocie w USA wzrosło dwukrotnie, z 5 do 10 procent. Tak zdarzyło się tylko raz w historii Stanów Zjednoczonych, a mianowicie w 1930 roku, roku wielkiego kryzysu. Jeśli obecny trend miałby się utrzymać, to jesteśmy w scenariuszu wielkiego kryzysu, który doprowadził po kilku latach do II wojny światowej. Skrót „WW” ma podwójną konotację. W angielskojęzycznych periodykach „WW 2” oznacza „drugą wojnę światową”. Scenariusz „WW” zawiera więc w sobie przestrogę… To, co świat przeżył podczas II wojny światowej, upoważnia nas do poszukiwania rozwiązań, które pozwoliłyby uniknąć takiego ryzyka.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj