Kresowe miłosierdzie
Podczas spaceru po deptaku w Miami Beach na Florydzie Helena Bibliowicz
usłyszała rozmowę dwóch osób prowadzoną w języku polskim. Zagadnęła
nieznajomych. Okazało się, że rozmówcy nie tylko są Polakami, ale na dodatek
pochodzą z podlaskiego miasteczka Sokółka i znają Antoniego Dochę, miejscowego
lekarza.
Podobnie jak wielu mieszkańców Sokółki i okolic Antoni Docha pochodził z
niedalekiej Grodzieńszczyzny, z której musiał wyjechać w 1945 r., ponieważ nie
wyrzekł się wiary w Boga i miłości do Polski.
Urodził się 15 czerwca 1894 r. w majątku Żukiewicze w parafii Ejsmonty Wielkie,
z ojca Michała i matki Antoniny z Sawoniewskich. Uczył się w męskim gimnazjum w
Grodnie, gdzie – z przeciętnymi ocenami – w 1912 r. zdał maturę. Dwa lata
później wstąpił na wydział matematyczno-fizyczny Cesarskiego Uniwersytetu w
Petersburgu, ale wkrótce został powołany do służby wojskowej w armii carskiej,
którą pełnił w Turkiestańskim Okręgu Wojskowym.
W 1918 r., kiedy trzeba było niepodległość "szablami wyrąbać", podchorąży Antoni
Docha wstąpił do tworzącego się Wojska Polskiego, a konkretnie do Kompanii
Zapasowej Batalionu Radiotelegraficznego. Po jakimś czasie został przeniesiony
do Głównego Szpitala Wojskowego Ujazdowskiego w Warszawie, gdzie służył przez
pierwszą połowę 1920 r., a później do listopada walczył na froncie
polsko-bolszewickim. Po pokonaniu bolszewików zapisał się na Wydział Lekarski
Uniwersytetu Warszawskiego, który ukończył w 1926 roku. Po zdanych egzaminach z
dyplomem lekarskim w kieszeni wrócił w swoje rodzinne strony, aby pracować
zawodowo i społecznie. Tam też ożenił się z "porwaną" jej rodzicom siedemnaście
lat młodszą Janiną Bartoszewiczówną, która również została lekarzem. Razem
prowadzili praktykę, w której – jak doktor Judym – kierowali się przede
wszystkim miłosierdziem.
"Pomogę wam"
Kiedy Helena Bibliowicz usłyszała, że jej rozmówcy znają doktora Dochę, z
wrażenia dech jej zaparło. Od razu przypomniał się jej okrutny czas wojny, kiedy
wraz z przyjaciółką Fannią Frank Lubitch – wbrew radom matki – postanowiły uciec
z likwidowanego w lutym 1943 r. grodzieńskiego getta. Wśród jej znajomych
rozeszła się wówczas informacja, że jest taki "katolicki doktor", który pomaga
eksterminowanym przez Niemców Żydom.
Kiedy dotarły do pobliskiej miejscowości Indura, gdzie znajdował się dom Dochów
oraz założony tam mały szpitalik, próbowały oszukać doktora, mówiąc, że są
polskimi dziewczynkami i szukają pracy. Próba mistyfikacji się nie udała. Doktor
od razu im powiedział, kim są, czego od niego chcą oraz co może spotkać jego
oraz najbliższych, jeśli Niemcy dowiedzą się, że udzielił im schronienia. W
pamięci Heleny utkwiła jego odpowiedź: "Jesteście Żydówkami. Jak was znajdą, to
zabiją was oraz mnie, moją żonę i córki. [Jednak] mam przykazanie od Pana Boga
Wszechmogącego, aby ratować cierpiących Żydów, ale nie wiem, czy mam rację,
robiąc to… Idę do kościoła, wzywam Pana Boga. (…) Decyduję się was ratować.
Jeśli Bóg otoczył was swoją opieką i przywiódł tutaj z getta, a Niemcy was nie
znaleźli, to ja wam pomogę".
Nie wiedziały wówczas, że nie tylko one jako Żydówki znalazły się pod opieką
Dochów. Z Grodna została wyciągnięta i ulokowana w Indurze rodzina kolegi,
również lekarza, dr. Chaima Blumsteina. W swoich zapiskach Docha tak odnotował
akcję ratunkową Blumsteinów: "Miałem kolegę Żyda, doktora Blumsteina w Grodnie.
Prosił mnie o ocalenie mu życia wraz z całą rodziną. Łatwo to powiedzieć, a
jakże trudno wykonać. W razie nieudania się – pewna śmierć. Ale to przecież był
kolega. Wynajęliśmy ciężarowy niemiecki samochód obsługiwany przez kierowcę
Polaka. Położyliśmy na podłodze całą rodzinę doktora Blumsteina. Narzuciliśmy na
nich różnych szmat. Na szmatach umieściliśmy różny sprzęt, przeważnie drewniany
i… pojechaliśmy". Kierowca nie wytrzymał psychicznie tej eskapady i minąwszy
któryś z kolei posterunek niemieckiej żandarmerii, wyrzucił wszystkich z
samochodu, w tym doktora Dochę. Do Indury dotarli na piechotę.
Strach każdego dnia
Za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci, ale Niemcy mordowali nie tylko
"sprawców", lecz także ich sąsiadów, mieszkańców wioski, w której odbywał się
ten "proceder". Nerwy wszystkich zaangażowanych w pomoc musiały być napięte do
granic wytrzymałości, skoro któregoś dnia Janina Dochowa na wieść, że Niemcy
spalili okoliczną wioskę za pomoc Żydom, złapała córki i uciekła w pole. Po
jakimś czasie ochłonęła i wróciła, ale strach towarzyszył jej każdego dnia. Ale
niektóre ataki histerii mogły być groźniejsze w skutkach. Sięgnijmy znów do
zapisków doktora: "(…) coraz więcej ginęło spokojnej ludności, gdyż Niemcy [za
akcje okolicznych oddziałów partyzanckich] mścili się okrutnie. Załamała się
psychicznie nasza gospodyni, dostała ataku nerwowego, zaczęła wrzeszczeć: "A
niech was cholera zabierze, wszystkich razem z waszym doktorem. Nie wytrzymam
już. Pójdę i zamelduję Niemcom, że tu się przechowujecie!". Doktor Blumstein
wraz z synami chwycili ją, związali i zawlekli do schronu pod podłogę, żeby
ochłonęła i przyszła do przytomności. Wytłumaczyłem jej, że już nie pora się
cofać, trzeba za wszelką cenę wytrwać, żeby nie zginąć nam samym".
Doktor był osobą głęboko wierzącą, i to na pewno pomagało w trudnym zadaniu,
jakiego się podjął w imię miłości bliźniego. Jednak i on niekiedy potrafił
okazać gwałtowne emocje. Kiedyś dotarły do niego informacje, że młodzi synowie
kolegi – lekarza z Grodna – zaczynają wychodzić z kryjówki i kręcą się po
okolicy. Wówczas złapał jednego z nich i odezwał się do niego w te słowa: "Jeśli
odważysz się, chłystku jeden, wyjść poza obręb mieszkania, zabiję cię – jak
zwykłego psa". Oczywiście nie miał zamiaru tego zrobić, ale chciał na tyle
przestraszyć chłopca, żeby temu odechciało się eskapad.
Podczas okupacji doktor Docha miał jeszcze jedno "zajęcie". Jako oficer rezerwy
był prawdopodobnie już od 1943 r. szefem służby sanitarnej w obwodzie Armii
Krajowej Grodno Lewy Niemen. Po oderwaniu przez bolszewików ziemi grodzieńskiej
od Polski doktor Docha wraz z żoną i córkami przenieśli się do pobliskiej
Sokółki. Tam objął tę samą funkcję w obwodzie Sokółka Armii Krajowej
Obywatelskiej. Nie zachowały się żadne informacje na ten temat ani w przekazach
rodzinnych, ani też w dokumentach.
W nowym miejscu zamieszkania Docha był aktywnym społecznikiem, m.in. założył
szpital powiatowy. Jego zaangażowanie było widoczne w życiu religijnym
społeczności sokólskiej, a nawet szerzej – podlaskiej. Za zasługi dla lokalnej
społeczności został wyróżniony przez Papieża Pawła VI medalem Pro Ecclesia et
Pontifice. Był znanym w okolicy lekarzem starej daty. Jak bardzo "starej",
przekonywali się jego krewni, kiedy – zgodnie z XIX-wiecznym obyczajem – kazał
całować się w rękę odwiedzającym go nastolatkom. Los nie oszczędził jednak
doktorowi Dosze cierpień. Po wojnie zmarły (jako dzieci) dwie z trzech jego
córek. Została tylko najmłodsza, która poszła w ślady ojca i została lekarzem.
Po wojnie rodzina Dochów utrzymywała z częścią Żydów bliskie i serdeczne
relacje. Helena Bibliowicz odnalazła rodzinę Antoniego Dochy, który zmarł w 1978
r., i odwiedziła ją w Warszawie, gdzie spotkała się z jego żoną Janiną. W
trudnym okresie PRL mogli liczyć na pomoc ocalonych, którzy słali do Polski
paczki z odzieżą i jedzeniem. W latach 80. dr Blumstein proponował nawet, aby
córka jego wybawiciela, Teresa, wraz z mężem i dziećmi wyjechała do USA, gdzie –
z jego pomocą – mogłaby praktykować zawód lekarza. Zostali jednak w Polsce.
W latach 90. uchwałą Rady Miasta Sokółki jednej z ulic miasteczka nadano imię
Antoniego i Janiny Dochów.
Sebastian Bojemski
