Kompromitacja na własne życzenie
Z danych GUS wynika, że 600 tys. dzieci w Polsce w wieku szkolnym żyje w
skrajnym ubóstwie. Z kolei aby otrzymać zasiłek, rodzina nie może przekroczyć
351 zł dochodu na jednego domownika. Stąd przy tak niskim minimum gwałtownie
zmniejsza się liczba uczniów korzystających ze stypendiów socjalnych. Szkoła za
pasem, rodzice muszą więc sobie jakoś radzić z wydatkami na podręczniki i
przybory szkolne, a jakie problemy ma minister edukacji?
Leczy się. A u lekarza, przypadkiem za drzwiami, stał fotoreporter i uwiecznił
pacjentkę w poczekalni i w gabinecie. Dowiadujemy się, że Katarzyna Hall całe
wakacje leczyła kolano – "jak zwykły pacjent". Wybuchł skandal. Chodzi przecież
o czołową polityk Platformy – z gdańskiej listy kandydatów tej partii do Sejmu.
A tu, na okładce tabloidu, bez spodni, eksponuje uda i kolana… Sytuacja
prywatna, można rzec, bardzo intymna.
Zdjęcia zelektryzowały blogosferę. Czy minister zgodziła się, żeby fotoreporter
towarzyszył jej podczas wizyty u lekarza? A jeżeli tak, to dlaczego – pytano.
Rzecznik Ministerstwa Edukacji Narodowej odmawiał komentarza w tej sprawie.
Pełny komizm sytuacji objawił się, gdy podwładni minister zapewniali, że odkryte
nogi ich szefowej były dla nich wielkim zaskoczeniem. – Zawsze chodzi w
spodniach i jej nóg nikt nigdy nie widział – wyjaśniał zażenowany pracownik
resortu. Indagowany rzecznik rządu Paweł Graś ocenił sesję jako: "odważną". Sama
zainteresowana milczała. Koniec kariery? Pytano na portalach. Blogerzy nie mieli
wątpliwości, że była to specjalna aranżacja, czyli zdjęcia zrobione niby
przypadkiem, ale za wiedzą i zgodą osoby fotografowanej, i tak żeby wszystko
wyglądało naturalnie.
"Sesję zdjęciową minister Katarzyny Hall można okrzyknąć najgorszą ustawką roku"
– ocenił jeden z internetowych portali. – Jestem pewien, że to była "ustawka" –
mówił Eryk Mistewicz, konsultant polityczny. – Takim ludziom nie powierza się
poważnych zadań, np. edukacji naszych dzieci – komentował.
Przed minister Hall "ustawki" robiło wielu innych polityków. To niemal ich
codzienna praktyka. Wojciech Olejniczak, jako kandydat SLD do europarlamentu, w
maju 2009 r. wystąpił w tygodniku "Wprost", obnażając tors w głęboko rozpiętej
koszuli. Dziś bywa kojarzony raczej z sesjami do "Playboya" i przestał być
traktowany poważnie. W 2007 r. na okładce "Wprost" wystąpiła posłanka PO Julia
Pitera. Już jako pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją robiła srogą minę w
wielkim kapeluszu na głowie i rewolwerami u boku, upozowana na pierwszego
szeryfa RP. Wywołało to efekt komiczny, gdy okazało się, że wytropiła aferę
"dorszową" na kwotę 8 zł 40 gr i od tamtej pory coraz bardziej przypomina postać
z taniej operetki, choć pewnie nikt nie ma odwagi jej tego oznajmić. W
tabloidach brylował też były premier PiS Kazimierz Marcinkiewicz z młodą
narzeczoną, a później żoną, w różnych sytuacjach – od wizyt w nocnych
restauracjach, po odwiedziny w biurach deweloperskich. I od tamtej pory wywiady
z nim zwykle realizowane są z przymrużeniem oka. Ryszard Kalisz z SLD, jako
przedstawiciel kawiorowej lewicy, najczęściej miał "ustawki" ze swoim jaguarem i
nieznanymi blondynkami u boku. I w tym wypadku, nawet jeśli dziennikarze chcą go
traktować serio, on sam im na to nie pozwala, bo przypomina bardziej postać z
komiksu lub taniej burleski.
Dlaczego politycy kuszeni przez brukowce ulegają im – choć to ich niszczy i
odbiera im do reszty powagę? Ba, nawet sami wkładają głowę pod ten topór –
podają tematy, aranżują moment i scenografię. Wierzą, że wzmocnią w ten sposób
własny wizerunek. Tak przynajmniej im tłumaczy jakiś redaktor z brukowca. Nie
widzą w tym niestosowności, sztuczności i tego, że siebie samych traktują jak
narzędzie w kiepskiej farsie. Nie dostrzegają, że konwencja, której ulegają,
burzy powagę ich misji, potwierdza konstatację, iż wszystko jest grą.
Rzeczywistością symulacrum, a więc fikcją, kopią bez oryginału. Polityk, który
prowadzi tego rodzaju gry ze swoim potencjalnym wyborcą, na własne życzenie
przestaje być traktowany serio. Zwłaszcza że redakcje ze swoimi "ofiarami"
rzadko grają fair. W przypadku minister edukacji zobaczyliśmy ośmieszoną
kobietę, którą gazeta zwyczajnie podpuściła i skompromitowała. Wyszła wielka
klapa, postać okazała się nieporadna i żałosna. Mniej więcej taka, jak całe
rządzenie PO i reforma edukacji minister Hall. Ostatnią szansą ratowania resztek
powagi byłoby podanie się do dymisji. Może jakiś przyjaciel pani minister to
podpowie?… Bo po takiej autokompromitacji, o jakim ministrowaniu i edukacji
może być jeszcze mowa?
Dr Hanna Karp
