Komorowski wrabia załogę
Z pilotem rozformowanego 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa
Transportowego, rozmawia Anna Ambroziak
Prezydent Bronisław Komorowski publicznie powiela tezy MAK i
raportu Millera – źródłem katastrofy smoleńskiej była próba lądowania w
nieodpowiednich warunkach pogodowych.
– Ta wypowiedź wpisuje się doskonale w kreowaną od początku tezę, że
załoga była źle wyszkolona i nie współpracowała ze sobą. Co więcej, załoga
była bez uprawnień do wykonywania lotów i miała za plecami pijanego generała
zmuszającego pilotów do wykonania zadania wbrew logice, na w pełni sprawnym
technicznie samolocie Tu-154M. Ta załoga bezmyślnie schodzi poniżej
minimalnej wysokości zniżania, dolatując do lotniska, łamiąc podstawowe
zasady wykonywania lotów, a mjr Arkadiusz Protasiuk świadomie przełącza
wskazania wysokościomierza z ciśnienia lotniska na standardowe, aby oszukać
TAWS. Otóż nikt z przeprowadzających owe badania ani wypowiadających się
ekspertów analizujących owe dokumenty nie przekonał mnie, że tak było.
Odnoszę wrażenie, że opublikowane raporty są tworem komisji, które
sprawdzały niepotwierdzone w pełni tezy przekazywane w niezrozumiały sposób
sobie nawzajem przez MAK i Edmunda Klicha znanego ze swojego negatywnego
nastawienia do nas, wojskowych pilotów.
Zastanawia mnie fakt, że po kilku dniach od katastrofy ogłasza się
światu, że samolot był w 100 proc. sprawny, na podstawie odczytu z czarnych
skrzynek, których los od katastrofy do momentu odczytu nie jest w pełni
jasny, nie badając skrupulatnie wraku. Okazuje się, że załoga poprawnie ze
sobą współpracowała i prawidłowo podawana była w załodze wysokość
barometryczna. Zarzuca się jednak pilotom, że brali pod uwagę wysokość z
radiowysokościomierza, co było standardową procedurą opisaną w instrukcji
użytkowania samolotu. Major Arkadiusz Protasiuk 7 kwietnia był członkiem
załogi lecącego do Smoleńska tupolewa i wówczas poprawnie używał TAWS, a już
10 kwietnia zamiast wcisnąć przycisk "terrain inhibit", jak zrobił to w
poprzednim locie, bądź wydać komendę na wykonanie tej czynności – w
niezrozumiały sposób "próbuje oszukać urządzenie", zmieniając wskazania
wysokościomierza. Co więcej, okazuje się, że głos przypisany dowódcy Sił
Powietrznych nie był wskazany w żadnej ekspertyzie, a polska komisja z
kontekstu sytuacyjnego wskazuje na bezsprzeczną obecność pana gen. Andrzeja
Błasika, przypisując mu słowa nieodczytane w ostatniej ekspertyzie i budując
na tej tezie cały raport.
Ostatecznie nie wyjaśniono, dlaczego samolot, dolatując do lotniska,
roztrzaskał się, pomimo że odczytano, iż załoga odchodzi znad lotniska na
wysokości około 100 m, a sławny już przycisk odejścia nie zadziałał, chociaż
jest to możliwe, aby ten samolot wykonał ten manewr w taki sposób.
Komorowski wolałby, żeby nic z raportu Millera nie było
podważane. Jak argumentuje, społeczeństwo oczekuje przede wszystkim
jednoznaczności.
– Moim zdaniem, błędne jest myślenie, że powinno się ślepo wierzyć w
ustalenia komisji Millera, zwłaszcza że wspomniany raport jako dokument
powinien być tak skonstruowany, aby tezy w nim zawarte same się broniły.
Niestety, rzeczywistość wskazała, że ustalenia zawarte w raporcie upadają,
jest wiele sprzecznych informacji. A to powoduje, że ludzie sami próbują
odpowiedzieć sobie na nurtujące ich wątpliwości, dając tym samym impuls do
powstawania czasami dziwnych hipotez.
Czy można w ogóle mówić tu o jednoznaczności w odniesieniu do
ustaleń komisji Millera?
– Uważam, że nie byłoby tego pytania, gdyby komisja swoje ustalenia
oparła na rzetelnych i jednoznacznych dowodach, wyjaśniając wszystkie
aspekty w sposób niebudzący wątpliwości. Stało się jednak inaczej, a
dokument próbujący wyjaśnić okoliczności narodowej tragedii w opinii
polityków i większości społeczeństwa sprowadza się do stwierdzenia, że
samolot zniżył się poniżej wysokości 100 m w dolocie do lotniska, w
fatalnych warunkach atmosferycznych, co było przyczyną tej katastrofy daleko
przed progiem drogi startowej. Tylko jeszcze mi nikt nie wyjaśnił, dlaczego
samolot w rzeczywistości znajdował się już pod ziemią (w jarze), będąc w
dolocie do BRL (bliższej radiolatarni) znajdującej się ponad kilometr od
progu drogi startowej, gdy – jak się okazuje – w załodze odczytywana była
prawidłowa wysokość barometryczna.
Prezydent banalizuje wielomiesięczną pracę biegłych?
– Powszechnie wiadomo, że żadna ekspertyza przeprowadzona przez ekspertów
poszczególnych instytucji nie wskazywała na obecność gen. Andrzeja Błasika w
kokpicie, a – jak potwierdził to pan Maciej Lasek z Komisji Badania Wypadków
Lotniczych Lotnictwa Państwowego w programie pani Moniki Olejnik w TVN24 –
głos przypisano generałowi na podstawie "kontekstu sytuacyjnego". Z tego
wniosek, że zrobili to eksperci z komisji Millera. Ale czy w takim momencie
można mówić o podważaniu wiarygodności analizy Instytutu Ekspertyz Sądowych?
W tym przypadku skłonny jestem mówić o obiektywizmie pracy Instytutu, w
przeciwieństwie do oceny pracy, w tym przypadku ekspertów z komisji, którzy
działali pod nadzorem rządowym.
Jak Pan ocenia fakt, że żaden z członków komisji Millera nie chce
się przyznać do identyfikacji głosu gen. Błasika, jednocześnie utrzymując,
jakoby wszyscy go rozpoznali?
– Z wywiadów z poszczególnymi członkami komisji, które przytaczane były
przez media, w tym "Nasz Dziennik", wynika, że nikt nie zidentyfikował głosu
gen. Andrzeja Błasika. A przynajmniej nikt nie miał odwagi cywilnej, aby się
do tego przyznać i powiedzieć, dlaczego tak zrobił. Natomiast patrząc na
cały raport, odnoszę wrażenie, że obecność generała w kokpicie była komisji
na rękę. Przypuszczam, że MAK, kreując postać gen. Andrzeja Błasika jako
pijanego generała wywierającego naciski na załogę, tym samym odpowiedział na
nurtujące pytania, dlaczego Tu-154M znalazł się tak nisko, tak daleko od
progu drogi startowej w tak fatalnych warunkach atmosferycznych, a załoga ze
sobą nie współpracowała. Komisja Millera co prawda wskazała, że generał nie
wywierał – jak to ujęto – bezpośrednich nacisków, ale nie podała tych
faktów, które zostały ujawnione wiele miesięcy po katastrofie, a które mają
jednak istotne znaczenie. A w opinii publicznej będzie funkcjonowało
przeraźliwie krzywdzące przeświadczenie, że w kokpicie poza źle wyszkoloną
załogą był też generał, który co prawda nie wywierał nacisków, ale jego
obecność mogła mieć wpływ na zaistnienie tragedii.
Dziękuję za rozmowę.
