Kobiety z odległych krain

„Pani, orędowniczka, napawająca
miłością… z hebrajskiego Miriam, w języku polskim Maria” – tyle mówi o
tym imieniu encyklopedia. Moje „Marie” – jak je kiedyś nazwałam – to
kobiety, które spotykałam podczas wypraw wysokogórskich lub podróży z
kamerą filmową. Wszystkie zapisały się w mojej pamięci jako dobre,
troskliwe, pomocne, bliskie. Szukam w pamięci – tak dla równowagi –
jakiejś doznanej z ich strony przykrości, ale nie znajduję.


moją pierwszą „Marię” spotkałam w Afganistanie w 1973 roku. Wysoki mur
ze słomy i gliny, nie widać dziedzińca, tylko czuby drzew owocowych.
Zapewne to były morele i morwy, może jabłonki też. Zza muru dobiega
gwar. Jak w licznej rodzinie – nawoływania, rozmowy, śmiech rozbawionych
dzieci. Ponad murem widnieje dach domostwa. Jest duże, solidne. Na
dachu suszą się owoce i poroża górskich kozłów. W murze potężna brama, z
rzeźbionymi framugami, stare, wytarte wieloma rękami ozdoby. Na pewno
brama ma już wiele lat. Zamknięta szczelnie.
Biorę udział w
studenckiej wyprawie – bardzo młodziutkich taterników – w góry
Hindukuszu, w Afganistanie. Do tej wsi, Daszt-e-Rewat, w najwyższej
partii Doliny Panczszir, mogliśmy dotrzeć busem. Zdołał zabrać
wszystkich – chyba było nas wtedy jedenaścioro, oraz ponad tonę naszego
ekwipunku. A dalej już jezdni nie ma. Dolina się piętrzy, widać spiralę
górskiej ścieżki na wysoką przełęcz, tędy pójdziemy rano z kilkoma
tragarzami, z osiołkami. Poniosą wyposażenie wyprawy przeznaczone na
półtora miesiąca: liny, haki, namioty, żywność, apteczkę… Karawana ta
zajmie nam 4 dni, do bazy pod lodowcem, na wysokości 3 tys. m n.p.m.
Mam
wielką tremę przed swoją pierwszą karawaną w życiu. Skala tych
potężnych gór onieśmiela już tu, w wiosce. Nasze Tatry wydają się stąd
jakieś niskie… Czy dam radę?

Pierścień w kolorze rubinu
W
sadzie morelowym należącym do wójta wsi, zgodnie z jego decyzją,
rozstawiamy namioty, mnie namiot nie wydaje się tu potrzebny, trawa jest
tu tak soczysta, niebo tak rozległe, a z rzeki wypływającej wprost spod
lodowca wzbija się mgiełka bryzy, ożywczej górskiej wody. Dociera aż
tu, gdzie układam materac i śpiwór. I w tym czarownym momencie, staje
przede mną wójt wsi… zamieram. O coś prosi, wskazując na mnie. Nasz
kolega zna język dari, tłumaczy. Wtedy powracają w mojej pamięci prośby
mojej cioci, wypowiadane przed wyruszeniem naszej wyprawy z Polski:
„Anusiu, tylko bardzo uważaj na muzułmanów, mogą cię porwać, zamkną w
haremie i nigdy cię nie odnajdę!”.
Wójt jest dobrze zbudowany,
ubrany w szarawary i „kamiz” – długą koszulę, ma czapkę – jakby wełniany
beret. Po nim rozpoznaje się Pasztuna, dzielnego górala z Panczsziru.
Kolega tłumaczy, że wójt wybrał właśnie mnie i zaprasza do swego
domostwa na kolację! I że muszę tam pójść, bo to od wójta zależeć będzie
jutro rano, czy dostaniemy dobrych tragarzy z osłami i – jaka będzie
ich cena, a wyprawa jest bardzo uboga… Przerażona idę za wójtem,
niemal nie chce mi się już żyć, bo oto tak łatwo koledzy „oddali mnie”
do haremu. Bez targów!
Wójt otwiera bramę w murze, wprowadza do
ogrodu, a tam – cztery kobiety młodsze i kilka starszych, gromadka
dzieci… Kobiety otaczają mnie, mówią wszystkie na raz, a ja i tak nic
nie rozumiem. Widzę, że są roześmiane, serdeczne. Prowadzą mnie do
wnętrza domu. Tu nie ma światła, a ponieważ nadchodzi wieczór, zapalają
lampki naftowe. W największej izbie leży wspaniały dywan afgański,
gruby, o mocnych barwach. Pod ścianami zwinięte kołdry. Kobiety
wskazują, bym siadła na dywanie, a kołdra ma służyć jako oparcie.
Nakrywają dywan haftowanym płótnem jak odświętnym obrusem. Pojawia się
wielki czajnik z gorącą herbatą, „ciapaty” – placki z mąki i wody,
wielka taca z górą ryżu i na niej… jedna upieczona nóżka kurczaka,
kolejna taca, ze stertą morwy białej i czerwonej, i jeszcze sterta
moreli.
Kobiety żartują, śmieją się, oglądają mnie ze wszystkich
stron, moje górskie buty na wibramie wprawiają je w zdumienie. Domyślam
się, że są zdziwione, jak ja mogę w takich buciorach chodzić! Przynoszą
swoje lekkie, z zadartymi czubkami, haftowane niby-złotą nicią
pantofelki… O, takie! Mogłabyś takie mieć! Ale najbardziej dziwi je,
że nie mam żadnej biżuterii. Doceniają, że mam zegarek, one nie mają
takiego skarbu. No, ale żeby nie mieć żadnego pierścionka, to straszne!
Współczująco patrzą. One mają po kilka bransolet na przegubach rąk, na
kostkach nóg, pomalowane paznokcie, koła w nosach, w uszach, piękne,
starodawne. Mają po kilka pierścionków, widać że starych, że z
prawdziwych, zapewne tu, w górach, znajdowanych kamieni oprawionych w
miedzianą blachę.
Ciągle o coś pytają, aż w końcu zaczynam odpowiadać
po polsku, ale dodaję gesty i… zaczynamy rozumieć się bez trudu! Już
wiem, które dzieci należą do której matki. Doliczam się, że wójt ma
cztery żony i sprowadził też ich stare matki. Wyczuwam silną bliskość
między członkami tej rodziny (Koran dopuszcza wielożeństwo, do czterech
żon, o ile mąż jest zamożny i może im wszystkim zapewnić równy poziom
utrzymania, tak samo dzieciom oraz matkom żon). Dbają wszyscy tu o mnie,
dolewają pysznej herbaty, zielonej, z miodem! Dokładają ryżu, ta jedna
nóżka kurczaka to także dla mnie. Potem przekonam się, jak skromnie
jedzą tu na co dzień, kurczak to rarytas.
Późna noc. Najstarsza z żon
wójta odprowadza mnie z mężem do bramy. Żegnamy się jak dobre znajome.
Nagle kobieta zdejmuje pierścień ze swego palca, pokazuje mężowi i o coś
wypytuje. Pierścień ma kształt gwiazdy i kamień niczym rubin – szkło
wulkaniczne, wytarte już od starości, ale o głębokiej barwie. Wójt kiwa
głową, zgadza się. Ona wtedy zakłada pierścień na mój palec i przytula
mnie czule, gładzi moją głowę… Kolega potem przetłumaczył, że pytała
męża, czy może ofiarować mi ten rodzinny skarb. Aby prowadził mnie
bezpiecznie w góry, aby przypominał mi tam, wysoko, że tu też mam już
„swoją” rodzinę, która będzie na mnie z niepokojem czekać.
Wyprawa
górska była wspaniała, stanęłam pierwszy raz w życiu na lodowcu,
zdobywałam przełęcz i szczyt, z którego też pierwszy raz w życiu mogłam
ujrzeć morze wielkich gór, rozległe doliny i lodowce. Spałam na morenie
skalnej, blisko lodowca, budziłam się, a wokół nas były niebo i szczyty.
Panie Boże – powtarzałam – dziękuję Ci za tak piękny świat, za dane mi
tak piękne chwile życia! W plecaku niosłam biało-czerwony proporczyk, z
naszywką z orłem, by łopotał nad pierwszą zdobytą przeze mnie wysoką
górą. Byłam tak dumna, że jestem Polką. Komuna stąd wydawała się niemal
nierealna, czuliśmy się tam absolutnie wolni. Moja Polska była w moim
młodzieńczym sercu i dla tej idealnej, ukochanej Polski pragnęłam
zdobywać szczyty.
Pierścień od Afganki wędrował razem ze mną,
wszędzie tam, wysoko. Gdy zeszliśmy z gór, do wioski, kobiety stały w
progu, czekały… wypatrywały mnie! Tak, widziałam niepokój w ich
oczach, ale gdy dostrzegły mnie w powracającej grupie, radowały się,
tuliły mnie, byłyśmy sobie bardzo bliskie.

Synek wójta ma gorączkę
Wójt
przyniósł go na rękach do naszego lekarza. Po zbadaniu chłopca okazało
się, że to z powodu głębokiej rany na łydce chudziutkiej nóżki 7-latka
wdaje się już gangrena, dzień-dwa i chłopak może umrzeć! Trzeba
natychmiast operować. W tych warunkach, gdzie nie ma światła, bieżącej
wody, wszędzie pył, taka operacja to także wielkie ryzyko. Ale lekarz
twierdzi, że nie ma wyboru, nie może skazać chłopca na śmierć bez
podjęcia próby walki o jego życie. Przy lampie nafowej, na niskim
parapecie okna, ojciec trzyma chłopca leżącego mu na kolanach, a matka
tuli głowę synka. Kolega trzyma lampę, ja mam podawać narzędzia, miskę i
opatrunki. Głębokie cięcie. Lekarz wycina torbiel z ropą, krew płynie
do miski, kręci mi się w głowie z przerażenia, teraz szycie,
opatrunki… Matce rysujemy plan, cały kalendarz na miesiąc, duże kratki
– ze słoneczkiem wschodzącym, w zenicie, zachodzącym, i księżycem.
Każdej takiej kratce przypisany jest rysunek kształtu pigułki, silnych
antybiotyków, które chłopiec musi brać regularnie. Lekarz instruuje
wójta jak zmieniać opatrunki. Rano chłopiec ma nadal gorączkę, ale ropa
już się nie zbiera. Pakujemy ładunki do busa, odjeżdżamy do Kabulu, a
potem do Polski. Lekarz martwi się: „A jeśli ta matka nie dopilnuje
podawania leków? A jeśli zabrudzą te opatrunki? Chłopak może umrzeć”.
Potem już nigdy do tej doliny nie wpuszczą polskiej wyprawy…
Trzy
lata później odwiedziła ich duża polska wyprawa. Gdy wracali, zostali
zatrzymani przez grupę górali z wójtem na czele. Dał kierownikowi
wyprawy dwa wielkie kamienie lapis lazuli, niebieskie jak niebo w
Hindkukuszu. Bezcenny skarb w tej wsi. Wójt kazał przekazać w Polsce ten
większy lekarzowi, a ten mniejszy… Ani.
Może operacja się udała?

Wojna w Dolinie Panczszir
Nie
mogłam nawet już marzyć o powrocie w te góry, Afganistan znalazł się
pod straszną siłą Armii Sowieckiej. Dolina Panczszir stała się kryjówką
partyzantów. Pod przywództwem gen. Masooda, bohatera narodowego, udało
im się przez kilkanaście lat bronić doliny przed wtargnięciem wojsk
okupanta. Gdy Rosjanie wycofywali się z Afganistanu, dokonali
zbrodniczego nalotu za pomocą śmigłowców, z których zrzucono na całą
dolinę tysiące min – małych, dostosowanych do stóp dzieci, i ich małych
rączek i paluszków, wyszukujących zagadkowych przedmiotów – by nie
wyrośli nowi partyzanci! Pasterze nie mieli gdzie wypasać kóz i owiec,
drzewa owocowe zostały wypalone, domy ostrzelane rakietami, zrujnowane.
Myślami często wędrowałam do moich przyjaciółek, tam, w dolinie,
niepokojąc się o ich los… 25 lat! Aż w 2002 r., gdy wszedł tam
kontyngent wojsk NATO, w tym polscy saperzy, zdecydowałam się polecieć
do Afganistanu, z kamerą, sama. Wzięłam trochę lekarstw, opatrunki,
kilka zegarków dla „moich Miriam”. Było bardzo wątpliwe, czy uda mi się
wjechać do Doliny Panczszir, bardzo niebezpiecznej, zaminowanej. Wjazdu
strzegli ni to żołnierze afgańscy, ni to policjanci… Poprosiłam o
radę, jak się tam dostać, szefa Caritas Internationalis w Kabulu. To
jedyna organizacja charytatywna, która służyła Afgańczykom od 30 lat i
nawet talibowie pozwolili Caritas pozostać. Wypytano mnie o powód
takiego szalonego pomysłu jazdy tam, gdzie nie ma żadnej kontroli wojsk
NATO, gdzie nie ma w ogóle żadnej kontroli. Wysłuchali uważnie… i rano
dostałam prezent od szefa kabulskiej Caritas, Niemca, który kochał
Afganistan i posługiwał tam przez całe lata. Użyczono mi specjalnego
jeepa z zaufanym kierowcą, który już kilkakrotnie z pomocą medyczną
docierał aż do wsi Daszt-e-Rewat. Mieliśmy aż dwa dni na wyprawę tam i z
powrotem.
Dziewięć godzin jazdy jeepem, po skałach górskich, półkami
skalnymi nad brzegiem szmaragdowej rzeki lodowcowej. W połowie trasy –
punkt kontrolny. To najbardziej ryzykowne miejsce, długi blat pod
namiotem, a tam rząd karabinów wycelowanych w nadjeżdżających. Brama.
Wysiadam. Witam się najpiękniej jak potrafię: „Salam Alejkum!”. Pytam o
szefa. Przychodzi, uzbrojony po zęby, z czarną brodą, przez ramię
przerzucona chusta partyzancka. Teraz już nie potrzebuję tłumacza. Po
pierwszej wyprawie uczyłam się dari, w podstawowym zakresie. Krótkie
przesłuchanie, dokąd jadę, do kogo. Gdy podaję dokładne nazwy, nazwiska,
mówię, że to moi przyjaciele sprzed lat, że chodziłam z ich sąsiadami w
góry… Zostajemy wpuszczeni do doliny. Pozwolono mi zrobić sobie
zdjęcie pamiątkowe z całą załogą punktu kontrolnego, w hełmie i z
karabinem w ręku. Szef posterunku jednak zorientował się, że zostali
rozbrojeni, i to przez kobietę, kazał więc szybko odjechać.

„Siostro”, przyjechałaś!
We
wsi
Daszt-e-Rewat zaproszono nas do domu miejscowego mułły, taliba.
Poczęstowano herbatą. Z bijącym sercem wypytuję o dawnych przyjaciół,
tragarza, z którym szłam w góry. Miał wtedy 17 lat, czy przeżył tę
straszną wojnę? Pytam o synka wójta, który był operowany przez polskiego
lekarza. Opowiadają, że wójt spędził 10 lat w ukryciu w górach, z
żonami, dziećmi, wszyscy tam pomarli z chorób, zimna, głodu…
Nagle
talib mówi coś do przysłuchujących się dzieci. Pobiegły, a za kilka
minut przyprowadzają go. Stoi przede mną siwowłosy góral. Patrzymy na
siebie i klękamy przed sobą. – „Siostro”, przyjechałaś! – krzyczy. Oboje
płaczemy z radości, z cudu odnalezienia się po latach wojny. To mój
tragarz, pierwszy Afgańczyk, uczył mnie pierwszych słów w języku dari i
pasztu. Cała jego rodzina, żona i kilkoro dzieci, zginęli od sowieckich
kul. Teraz opiekuje się sierotami po kuzynach, wdowami. Jego dom został
zrujnowany. Płaczemy, cała wioska ociera łzy, nie ma znaczenia, że on
muzułmanin, a ja katoliczka. Po prostu: siostra i brat. Przyjaźń, która
przetrwała czas, wojnę.
Wchodzi drugi mężczyzna, z siwą brodą, bardzo
wysoki. Siada i… podciąga nogawkę szarawarów. – Patrz, honom
[kobieto], polski lekarz uratował mi życie, jak miałem 7 lat! Wyrosłem,
jestem zdrowy i silny, mogłem pójść do partyzantki, bić się o wolność
naszej doliny – opowiada po latach syna wójta.
Talib przemawia do
tłumu, zebrało się mnóstwo ludzi przejętych tym spotkaniem. – Od dziś
obydwaj zostajecie mianowani „braćmi” tej kobiety! A ty jesteś ich
„siostrą”. To znaczy w miejscowym prawie, że mam tu być chroniona. Tym
dwóm mężczyznom publicznie dano obowiązek obronienia mojej czci i życia,
a jeśli ktokolwiek miałby zaatakować „siostrę”, ich prawem jest nawet
zabić w jej obronie!
Z rodziny wójta ocalała tylko jego pierwsza
żona. Ta właśnie, od której otrzymałam pierścień, niemal 30 lat temu.
Jest schorowana, obolała, wynędzniała. Tkwimy w objęciu, cichutko
płacząc, ona szepce mi do ucha swoją rozpacz, cierpienie, biedę.
Zostawiam, co tylko mogę – leki, ubrania, zegarek.
„Brat”-tragarz
pokazuje dom, pełen zabiedzonych dzieci, kobiet, chorych. Nie mają
dachu, nadciąga zima. Liczymy koszty desek, trzeba je przywieźć aż spod
Kabulu. Dach kosztowałby – „brat” aż jęknął z przerażenia, wymawiając tę
straszną kwotę – 300 tysięcy afgani! Mam przy sobie… dokładnie taką
sumę. Jest to równowartość zaledwie 60 USD. W jego rodzinie nie
posiadano ani centa. Jak mam nie dać tych pieniędzy „bratu”? Przysięga,
że odbuduje dom, a w nim izbę gościnną, jeśli przyjadę za rok.
Syn
zmarłego wójta, ten drugi „brat”, mieszka w zrujnowanym domu, z wdową po
ojcu, z żoną i pięciorgiem dzieci. Nie są głodni i mają trochę opału.
Skąd? „Brat” wyjawia tajemnicę: na jednym z poletek pilnuje hodowli
marihuany, na zlecenie handlarzy. Oni sami nie używają tu narkotyków,
nie są im potrzebne, niech one jadą dalej.
Wieczorem proszona kolacja
u taliba, mułły tej wsi. Moi obaj „bracia”, wójt, nauczyciel [zna
angielski, pomaga w rozmowach] i ja, jedyna kobieta. Misa ryżu i
baraniny. Herbata zielona. I dyskusja o Koranie i Biblii. Chcą, abym
opowiedziała, w co wierzę, ile razy dziennie trzeba się modlić. Zwykle
zaczynam takie objaśnienia od wyciągnięcia medalika – noszę go niemal od
urodzenia. – Nigdy tego znaku nie zdejmuję, bo kiedy mogłam zginąć w
górach albo teraz na wojnie w Afganistanie, to byłam choć spokojna, że
zginę jak katolik – mówię szczerze jak małe dziecko.
Oglądają, talib
trzyma wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej na dłoni, długo się
zastanawia, orzeka: – To Miriam! – i długo coś tłumaczy moim „braciom”, z
jakimś uznaniem – Miriam była taką dobrą matką, miała syna, którego
zabili, byli bardzo biedni.
Gdy śpię, w tej samej izbie, na ziemi,
pali się lampa naftowa, mocnym płomieniem, bliżej drzwi śpią dwaj
górale, moi „bracia”. Gdy zawijali się w kołdry, dostrzegłam, jak
sprawdzali czy noże mają blisko, w nogawkach szarawarów. Byłam
bezpieczna.
Przyjechałam tam za rok, by nakręcić film o polskim
funduszu pomocowym dla najuboższych pochodzącym z 10 gr z każdej
kupowanej na polskie stoły „świecy wigilijnej” Caritas Polska. „Brat”
odbudował dom ze specjalną gościnną izbą na piętrze, przy niej znajduje
się jakieś dziwne małe pomieszczenie za firanką, z „okienkiem” oklejonym
foliową torebką z widokiem na góry lodowcowe. We wnęce, za parawanem,
tajemnicza dziura w podłodze, wiadro i kubek. Wiatr hula tu, targając
folię. – Bracie, a co to takiego?! W żadnym domu w Hindukuszu nikt tak
nie buduje – mówię zdziwiona. – „Siostro”, to dla ciebie. Dowiedziałem
się, że musisz mieć miejsce do mycia tam, gdzie śpisz. A to okienko
zrobiłem po stronie gór, bo ty je tak bardzo kochasz i jak będziesz się
myła, to sobie na te nasze góry popatrzysz – odpowiada z prostotą mój
afgański „brat”.
W każdym domu w tej wsi te prawdziwe duże okna mają
nowe szybki i solidne drewniane ramy. To jeszcze przed zimą Caritas
Internationalis kupiła i dostarczyła góralom deski na okna, na
uzupełnienie dachów i na opał. Taki był efekt wyprawy po latach, w
poszukiwaniu „rodziny” z wojny.

Gorzkie łzy Miriam
Kobiety
afgańskie już studiują, podejmują pracę, ale niewiele jest
wykształconych. Podobno w Afganistanie żyje ponad 2 miliony wdów po
wojnie z Sowietami, talibami. Żyją w ubóstwie, głodzie, koczują na
obrzeżach miast, przeszukują wysypiska śmieci w poszukiwaniu resztek
pożywienia. Widziałam takie grupy kobiet, często z dziećmi pochodzącymi z
gwałtów, z porzucenia. Wiele wdów mieszka na… cmentarzach, śpi przy
grobach swoich walecznych mężów. Żebrzą. Spędzałam z nimi jak najwięcej
czasu, poznając w ten sposób drugie oblicze wojen. Niektóre z
najbiedniejszych kobiet – z głodu, za chleb dla dzieci – godzi się nieść
szmugiel z Pakistanu setki kilometrów, przez góry, boso, chowając pod
czadorami części broni, rakiet czy narkotyki. Złapane, dogorywają w
więzieniach. Nikt o nie nie zabiega, nie troszczy się. Nie dociera do
nich żadna masowa pomoc, bo – oficjalnie – tych kobiet „nie ma”. Nie
pisze się o nich nigdzie na świecie. Bo gdyby taki los milionów
afgańskich kobiet stał się głośny, to może dzięki pomocy Matkom –
Miriam, ten pustoszony od 30 lat kraj pięknych gór i lodowców, czystych
rzek, bohaterskich ludzi kochających ponad wszystko wolność, jeszcze by
się kiedyś odrodził?
W Afganistanie znajdują się olbrzymie pokłady
bogactw naturalnych, nie tylko szmaragdy i lapis lazuli, najcenniejsze
pokłady ziem rzadkich wartości ponad biliona USD: ind i lit, najrzadsze
metale ziemi. Ind jest na świecie na wyczerpaniu… a bez niego nie da
się produkować, np. ekranów dotykowych, płaskich monitorów.
Piszę ten
tekst w komputerze, na płaskim monitorze przeglądam portrety Afganek,
wybieram zdjęcia do artykułu. Czy i tu zatopione zostały łzy Miriam,
moich przyjaciółek z Afganistanu?
Wszelkie próby dotarcia do nich z pomocą okazały się nierealne. Wiem, że one wciąż czekają.

 

Anna T. Pietraszek

drukuj