Kłopoty zaczęły się w Moskwie
Albo samolot jest sprawny i lata, albo niesprawny i nie lata – powiedział
szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych płk Edmund Klich, który
odpowiadał wczoraj na pytania senatorów senackiej Komisji Obrony Narodowej. W
ten sposób odniósł się do pytania dotyczącego zapowiedzi rządu, iż przesunie się
zakończenie prac nad polskim raportem w sprawie przyczyn katastrofy smoleńskiej
z powodu niemożności wykonania doświadczenia w wyniku "awarii" Tu-154, który
ostatnio każdego dnia wykonuje loty nad różnymi rejonami kraju. Klich nie
potrafił odpowiedzieć na pytanie, kto z polskiej strony zdecydował, że kwestia
katastrofy będzie wyjaśniana w oparciu o konwencję chicagowską.
Senacka Komisja Obrony Narodowej miała wczoraj wysłuchać informacji
reprezentantów organów państwa w sprawie działań na rzecz wyjaśnienia katastrofy
smoleńskiej. Wśród zaproszonych gości znaleźli się przede wszystkim: minister
spraw wewnętrznych i administracji, stojący na czele polskiej komisji
wyjaśniającej przyczyny katastrofy Jerzy Miller, minister obrony Bogdan Klich,
minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, prokurator generalny Andrzej
Seremet i szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Stanisław Koziej. Na spotkanie z
senatorami nie pofatygował się jednak żaden z nich. Przysłali swoich
reprezentantów. Nieobecność zwłaszcza ministrów rządu Donalda Tuska
zbulwersowała senatorów Prawa i Sprawiedliwości, na których wniosek zwołano
posiedzenie komisji. Zarzucili rządowi lekceważenie senatorów. Zastanawiająca
była przede wszystkim nieobecność kierującego polską komisją wyjaśniającą
przyczyny katastrofy szefa MSWiA Jerzego Millera. Piotr Kaleta (PiS) zwrócił
uwagę, iż nieobecność Millera jest o tyle interesująca, iż od rana można było
zaobserwować "szczególną medialną aktywność ministra". Szef MSWiA bowiem czasu
dla senatorów nie znalazł, jednakże obowiązki nie przeszkodziły mu w udziale w
konferencji prasowej. Ministrów ze swojej koalicji bronił senator Andrzej
Owczarek. – W żadnym wypadku nie można mówić o lekceważeniu przez rząd
parlamentu. Ministrowie mają swoje ważne obowiązki, a tego typu zaproszenia
powinno się przygotowywać przynajmniej z miesięcznym wyprzedzeniem – stwierdził
senator Platformy.
Dopisał natomiast szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Edmund
Klich, który poinformował senatorów, iż aby spotkać się z Komisją Obrony
Narodowej, przyjechał wprost z urlopu. Tym samym wykorzystał też szansę na
przedstawienie osobistej wersji przebiegu prac nad wyjaśnieniem przyczyn i
okoliczności katastrofy smoleńskiej, która niekoniecznie zgadzać się musi z
wersją chociażby członków rządu czy prokuratorów.
Edmund Klich po raz kolejny opowiedział o tym, w jakich okolicznościach zastała
go informacja o katastrofie Tu-154M. Ponownie poskarżył się, że został zrugany
przez szefa MON Bogdana Klicha za to, iż "jest już w Rosji kilka dni, a nie ma
tłumacza". Edmund Klich wyjaśniał, iż pierwsze dni pobytu finansował z własnej
kieszeni, gdyż w sobotę – w dniu katastrofy – w MON "nie była czynna żadna
komórka", która mogłaby zadysponować pieniędzmi na organizację wyjazdu. Środków
na organizację tłumacza już jednak nie miał. Odpowiadając na pytanie, czy
otrzymywał wystarczające wsparcie od rządu, zaznaczył, iż mogłoby być większe
wsparcie prawne. Stwierdził, że posiłkował się opiniami własnego prawnika. Klich
nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, kto zdecydował, że sprawa katastrofy
będzie procedowana w oparciu o konwencję chicagowską. Zaznaczył, iż w
podejmowaniu decyzji w tej sprawie nie uczestniczył.
– Nikt mnie nie pytał, czy to będzie najlepsze czy najgorsze – stwierdził.
Dodał, że o tym, iż konwencja chicagowska "została zaakceptowana", poinformowała
go szefowa Międzynarodowego Komitetu Lotniczego (MAK) Tatiana Anodina. Klich
powiedział, że gdy jeszcze pracował na miejscu katastrofy w Smoleńsku, to
współpraca z Rosjanami układała się poprawnie. To się zmieniło, gdy przeniósł
się do Moskwy. Tam pojawiały się już trudności w dostępie do dokumentów. Szefową
MAK Tatianę Anodinę nazwał "bardziej politykiem niż badaczem". – Prowadziła
pewien rodzaj gry – ocenił Klich. Przywołał przy tym słowa Anodiny, które miały
paść w jego obecności, że "Rosja jest wielka, a Polska to mały kraj". Klich
tłumaczył, iż nie wie, w jakim celu te słowa zostały wypowiedziane.
W odpowiedziach na pytania zaznaczył, że jest przekonany, iż ostatnią fazę lotu
Tu-154 należało potraktować jako lot wojskowy. Stwierdził także, że znaleziony
został kokpit tupolewa, ale w drobnych częściach. – Bo tak został zniszczony –
powiedział Klich. Zaznaczył, że przy wyjaśnianiu przyczyn katastrofy smoleńskiej
zbadanie wraku maszyny nie jest koniecznym dowodem. Ocenił, iż ma ono sens
przede wszystkim w przypadkach, gdy na pokładzie nastąpił wybuch.
Klich relacjonował swoją pracę na miejscu katastrofy w Smoleńsku. 12 kwietnia
spotkał się z Aleksiejem Morozowem, szefem Komisji Technicznej MAK, i gen.
Bajetowem. W spotkaniu brał udział płk Mirosław Grochowski, szef Inspektoratu
Bezpieczeństwa Lotów MON. Grochowski zażądał od strony rosyjskiej siedmiu
akredytowanych. Morozow uznał, że jest to niezgodne z załącznikiem 13 konwencji
chicagowskiej. Dzień później, 13 kwietnia, około godz. 12.00 Morozow
poinformował Klicha, że premier Władimir Putin zaprasza go na konferencję
prasową do Moskwy na godz. 15.00, ale pułkownik uznał, że w tak krótkim czasie
nie zdąży tam dotrzeć. – Chyba że poleciałbym Su – dywagował. Zorganizowano więc
telekonferencję w budynkach gubernatora obwodu smoleńskiego, w trakcie której
gen. Tatiana Anodina oświadczyła, że katastrofa polskiego samolotu będzie badana
w oparciu o załącznik 13 konwencji chicagowskiej. Przesłuchania osób obecnych na
wieży w Smoleńsku rozpoczęły się dopiero 16 maja. Pierwszy był płk Paweł Plusnin,
szef kontroli lotów "Korsarza". Oprócz niego przesłuchiwano 3 osoby: mjr.
Wiktora Ryżenkę, kierownika strefy lądowania, płk. Nikołaja Krasnokutskiego z
jednostki wojskowej w Twerze, którego Klich określił mianem "dowodzącego na
wieży", i meteorologa, którego nazwiska nie pamiętał. Meteorolog przyznał, że
dowódca lotniska (w tym przypadku Krasnokutski) może podjąć decyzję o zamknięciu
lądowiska, jeżeli warunki meteorologiczne uniemożliwiają bezpieczne przyjmowanie
samolotów. Rosjanie odmówili dostarczenia dokumentów wyjaśniających prawne
podstawy tej procedury. Z polskiej strony w wysłuchiwaniu świadków brało udział
pięć osób, Rosjan reprezentowały trzy. W pewnym momencie – jak relacjonował
Klich – pojawił się problem dotyczący ciśnienia powietrza na lotnisku.
Przesłuchiwany przez polskich wojskowych płk Paweł Plusnin bardzo zdenerwował
się na pytanie o to, jakie ciśnienie lotniska podał polskiej załodze 10 kwietnia
ubiegłego roku. Klich interweniował wówczas, by nie zadawać tak "szczegółowych"
pytań. Ustalono, że pytania nie mogą być bardzo szczegółowe. Tym bardziej że
szef grupy przesłuchującej, doświadczony rosyjski pilot cywilny, był – jak mówił
Klich – trochę głuchy. 17 lub 18 maja Klich poprosił Morozowa o zgranie
wszystkich taśm ze stanowiska dowodzenia. Morozow był niechętny. Tłumaczył, że
zajmie to bardzo dużo czasu, nawet 50 godzin, ale koniec końców na wykonanie
kopii pozwolono. Polski akredytowany zaznaczył, że były kłopoty z dostępem do
rosyjskich dokumentów. Na stanowisku dalszej i bliższej radiolatarni stronie
polskiej nie pozwolono nagrywać rozmów z ekipami, które obsługiwały te
urządzenia. – Zaskoczyło nas, że Moskwa powiedziała, że sprzęt (wrak) będzie
przewieziony. Ta szybkość nas zaskoczyła – mówił Klich. Po tym, gdy Rosjanie
przenieśli wrak tupolewa na betonową płytę lotniska, Klich z płk. Grochowskim
przeszukali jeszcze teren katastrofy. – Uznaliśmy, że dużo części zostało –
zaznaczył Klich. Miejsce przeszukiwał jeszcze lekarz pod kątem obecności
ludzkich szczątków. Polski akredytowany podkreślił, że w Moskwie nie umożliwiono
mu już dodatkowych przesłuchań, co obiecano mu jeszcze w Smoleńsku. Taka
gwarancja została nawet zaprotokołowana. W Moskwie przesłuchiwani byli: dowódca
Iła-76 mjr Frołow, dowódca Jaka-40 kpt. Artur Wosztyl i dowódca eskadry
tupolewów z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego.
Klich poinformował też senatorów, że wnioskował o przyjazd psychologów do
Smoleńska ze względu na konflikt, a nawet – jak to określił – "starcia" z płk.
Grochowskim. Odniósł się także do zapowiedzi, iż prezentacja raportu komisji
ministra Millera w sprawie katastrofy przesunie się, gdyż nie można wykonać
doświadczalnego lotu będącym w polskiej dyspozycji tupolewem z powodu jego
awarii. Jednak Tu-154 ostatnio chyba każdego dnia regularnie wykonuje loty. –
Zasada generalna była zawsze w wojsku taka: albo samolot jest sprawny, albo
niesprawny. Jeśli samolot lata, a rzecznik mówi, że nie może latać tylko z
prezydentem… no przecież chyba na próbny lot nie mogą wsadzić tam prezydenta
Rzeczpospolitej – zauważył Klich. Pułkownik Mirosław Grochowski,
wiceprzewodniczący komisji badającej przyczyny katastrofy, zapewniał jednak, iż
z punktu widzenia zaplanowanego eksperymentu usterka tupolewa jest istotna,
związana z systemem TAWS, który ostrzega przed zbliżaniem się samolotu do ziemi.
Naczelny prokurator wojskowy gen. Krzysztof Parulski – który przed komisją
wystąpił w zastępstwie przebywającego na urlopie prokuratora generalnego
Andrzeja Seremeta – poinformował senatorów, iż śledztwo w sprawie katastrofy
przedłużono do 10 kwietnia. Parulski stwierdził, że po zbadaniu urządzeń
elektronicznych należących do ofiar katastrofy nie stwierdzono, by w trakcie
lotu albo po katastrofie z ich telefonów ktoś dzwonił. Poinformował, że zbadano
film nagrany telefonem komórkowym na miejscu katastrofy. Nie zidentyfikowano na
nim żadnych głosów w języku polskim, a jedynie rosyjskim. Według Parulskiego,
nie udało się zidentyfikować źródła słyszalnych na filmie odgłosów
przypominających wybuchy lub strzały. Zapowiedział, iż dopóki nie otrzymamy od
Rosjan całości zgromadzonego materiału, który bez wątpliwości pozwoli na
potwierdzenie tożsamości danej osoby, wnioski o ekshumacje ofiar uważał będzie
za przedwczesne. Do tej pory, jak poinformował, wpłynęły wnioski w tej sprawie
od dwóch rodzin. Na początku przyszłego tygodnia polscy prokuratorzy mają
uczestniczyć w Moskwie w dodatkowych przesłuchaniach rosyjskich świadków.
Wojskowy prokurator okręgowy płk Ireneusz Szeląg powiedział senatorom, że nie ma
w tej chwili jednoznacznego dowodu, aby katastrofa Tu-154 była efektem zamachu.
Zaznaczył jednak, iż w śledztwie sprawdzane są wszystkie wątki, nawet te
"najbardziej fantastyczne". Zapowiedział, że w decyzji o zakończeniu śledztwa
prokuratura odniesie się do wersji o zamachu.
Artur Kowalski
