Klich idzie na zakupy

Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, byłym zastępcą dowódcy Wojsk
Lotniczych Obrony Powietrznej, rozmawia Marcin Austyn

Niebawem zapadną decyzje dotyczące przetargu na "Zintegrowany System
Szkolenia Personelu Lotniczego SZ RP (poziom LIFT)" wartego blisko 1,5 mld
złotych.

– Odpowiem w ten sposób: minister obrony narodowej najpierw zlikwidował armię,
potem ją rozbroił, a po trzech latach, w iście "platformerskim" stylu zapowiada
nowe zbrojenia. Mam tu na myśli ogłoszony w ubiegłym roku – w mojej ocenie dość
nagle – duży przetarg na 16 samolotów szkolno-bojowych, typu LIFT. Ale to nie
koniec. Trzeba wiedzieć, że w zanadrzu jest jeszcze kilka przetargów dla
lotnictwa, takich jak: śmigłowce bojowe, samoloty pasażerskie dla VIP-ów,
samoloty bezpilotowe, a kto wie, jakie inne niespodzianki szykuje jeszcze resort
obrony.

Sugeruje Pan, że przetarg na te samoloty nie jest wynikiem poważnych analiz
potrzeb polskiego lotnictwa wojskowego?

– Odpowiedź na to pytanie możemy znaleźć, kiedy bliżej przyjrzymy się temu, co w
tej sprawie do tej pory wypłynęło z MON. Najbardziej zdziwiła mnie liczba
samolotów, określona w warunkach przetargu, niezbędnych do szkolenia pilotów na
48 jastrzębi (F-16), które są obecnie na stanie Sił Powietrznych RP. Otóż,
zgodnie z planami, do 2013 roku na jeden samolot ma przypadać 1,5 wyszkolonego
pilota. Obecnie już mamy ich 48 i uważam, że nie ma obaw, że ten plan nie będzie
wykonany. Trzeba pamiętać, że mamy 12 dwumiejscowych jastrzębi i one wystarczą
na szkolenie "wykruszeń". Dlatego też nie widzę sensu kupowania 16 samolotów do
szkolenia zaawansowanego, faktycznie ani nie bojowych, ani nie
szkolno-treningowych.

Ale samoloty szkoleniowe są nam potrzebne.
– Wyższa Szkoła Oficerska Sił Powietrznych w Dęblinie ma aspiracje do stania się
ośrodkiem szkolącym wojskowych pilotów z różnych krajów. Takie znaczące,
międzynarodowe doświadczenia szkoleniowe ma niewiele państw w świecie. W tej
grupie jest i liczy się Polska. Wprawdzie państwa z układu NATO szkolą swoich
instruktorów lotniczych w Stanach Zjednoczonych, nie tylko ze względów na bazę
samolotową, ale i na specyficzny język lotniczy, potrzebny we współdziałaniach
bojowych, ale ten problem musi rozwiązać baza szkolenia lotniczego w każdym
kraju w Europie. Patrząc na aspiracje WSOSP, samoloty szkolne są nam potrzebne,
ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Każdy doświadczony lotnik wie, że
samolot szkolny w bazie szkoleniowej, takiej jak Dęblin, spełnia swoje zadania,
jeśli jest produkowany w Polsce. Wówczas wszystkie doświadczenia z procesu
szkolenia można wdrażać i modyfikować w zależności od potrzeb i jednocześnie
przygotowywać bazę produkcyjną własnego samolotu bojowego. Oczywiście samoloty
biorące udział w przetargu nadają się do szkolenia trzeciego stopnia, ale żaden
z oferentów nie pozwoli ich modernizować we własnym zakresie, a tym bardziej
produkować w Polsce. Takie zapotrzebowanie musiałoby być w wymaganiach
przetargowych, a nie jest tajemnicą, że na taki przetarg nas nie stać. Z drugiej
strony na badania wdrożeniowe na polski samolot typu LIFT MON nie chce dać nawet
złotówki.

Może nie warto?
– Oczywiście. Są w Polsce inżynierowie "szalenie romantyczni" (w Wojskowej
Akademii Technicznej, na Politechnice Warszawskiej, w Instytucie Technicznym
Wojsk Lotniczych i innych zakładach lotniczych komercyjnych) i taki samolot już
zaprojektowali. Nazywa się GROT-2. Zrobili nawet podstawowe analizy w ramach
"patriotycznych postaw" obywatelskich. Na zaawansowane badania tego projektu w
2009 r. ITWL potrzebował 50 milionów złotych. Nie dostał ani grosza. Niestety,
od 12 lat żaden polski dowódca Sił Powietrznych nie wymógł na ministrze obrony,
aby znalazły się jakieś pieniądze na polski samolot szkolny do szkolenia
zaawansowanego. Do dziś nie zapłacono też symbolicznej sumy i nie zadbano, aby
znaleźć się w gronie dziewięciu państw w Europie, które w ramach European
Defence Agency (EDA) chcą mieć wspólny projekt samolotu szkolno-treningowego i
wspólną politykę tworzenia międzynarodowych ośrodków szkolenia pilotów. W tej
sytuacji marzenia o międzynarodowej bazie szkolenia zaawansowanego w Dęblinie
należałoby zacząć od zgłoszenia członkostwa w EDA. Tymczasem co się dzieje w
Polsce? Nagle MON chce kupować 16 samolotów szkolno-bojowych, i to z najwyższej
półki, za kwotę ponad 1,5 mld złotych! Przecież tylu takich samolotów nie ma
żadna baza szkoleniowa w UE. Jeżeli je kupimy, a nie będzie zgody UE na
powstanie międzynarodowej lotniczej bazy szkoleniowej w Polsce, to 16 LIFT-ów
będzie zbędnym balastem lotniczym, najdroższym w dziejach lotnictwa światowego,
a Polska stanie się pośmiewiskiem w europejskim świecie lotniczym. Gdyby
przeznaczyć pieniądze z przetargu na rozwój polskiego przemysłu lotniczego
(Wojskowe Zakłady Lotnicze i Instytut Techniczny Wojsk Lotniczych) i konkretne
programy rozwoju polskiego samolotu od szkolno-treningowego do bojowego, problem
LIFT-ów rozwiązałby się za 10 lat. Jeżeli zakończymy przetarg na
dotychczasowych, ogłoszonych warunkach, będziemy się borykać z finansowymi i
prawnymi problemami wdrażania zakupionych LIFT-ów pełną dekadę, a nasz polski
samolot pozostanie tylko w sferze marzeń. Jednocześnie nasze jastrzębie będą
stanowić apogeum naszych obronnych możliwości lotniczych. Następny samolot to
F-35, a taki typ maszyny kosztuje ponad 100 milionów dolarów za sztukę. Według
rozważań ekspertów wojskowych Polsce potrzeba 120-180 samolotów bojowych. Kiedy
realnie możemy pozwolić sobie na zakup uzupełniający dla lotnictwa bojowego?
Niestety, to nie byłby pierwszy błąd w polityce resortu obrony. Już za ostatnie
zakupy samolotów bezpilotowych do zadań w Afganistanie oraz za ich wykorzystanie
można zgłaszać wotum nieufności dla ministra obrony. Należy też przypomnieć, że
wcześniej brak wyobraźni obozu rządzącego wywołał poważny kryzys obronny RP w
dobie kłopotów gospodarczych i finansowych na świecie. Podjęcie decyzji o
profesjonalnej armii z dnia na dzień, bez poważnych analiz, to skok do basenu na
główkę bez sprawdzenia poziomu wody. Polska ma specyficzne położenie
geograficzne i nietuzinkową sytuację polityczno-historyczną w Europie. Wielkość
i jakość armii Rzeczypospolitej powinna być ustalona na podstawie analiz
empirycznych wynikających z bliższego i dalszego otoczenia, wizji przyszłości
państwa i warunków brzegowych sojuszów militarnych. Przed podjęciem takiej
decyzji powinny być znane doktryna obronna państwa i ustawy dotyczące wojska
(przebieg służby, powoływanie rezerw, szkolenie rezerw itp.). Sądziłem, że w
Sejmie podczas uchwalania ustawy o zawodowej służbie wojskowej odbędzie się
poważna debata na temat kształtu armii RP i wielkości budżetu dla wojska. Moje
oczekiwania wynikały z ogólnej dyskusji w Polsce na te tematy, jak również z
rozpoczętej dyskusji w mediach. Znamienne, że znów to człowiek PiS (pan
marszałek Ludwik Dorn) pierwszy rozpoczął alarm w prasie o zapaści Sił Zbrojnych
Rzeczypospolitej. Myślałem, że chociaż jeden czynny generał wystąpi po tym
artykule i w rejtanowskim odruchu obnaży bezbronną pierś Ojczyzny.

Nie przypominam sobie tego typu reakcji ze strony wojskowych…
– Dokładnie. I to właśnie jest wynik walki polityków wszystkich opcji, aby
wojsko było "posłusznym niemową". Na tym polega w Polsce nadzór cywilny nad
wojskiem. Jeszcze w latach 90. nie do pomyślenia było, by żaden generał nie
zabrał publicznie głosu o stanie i kondycji armii przy takiej dysproporcji (na
naszą niekorzyść) siły wojsk i armii sąsiadów. Jednocześnie nie widać w
programach rozwoju armii myśli przewodniej. Zbieramy "złom" od przyjaciół (od
Niemiec, Czech), wydajemy na jego reanimację i sprzęt logistyczny do tej
techniki miliony, a brak nam środków na eksploatację najnowszej techniki w
świecie, którą posiadamy (F-16). Jak to wytłumaczyć? Przecież wiemy, że w
przyszłości będzie nas obowiązywać nowoczesna, zachodnia technika. Czas działa
na naszą niekorzyść, choćby dlatego, że technika nieużywana też się starzeje.

Jakie kroki, oprócz projektu polskiego samolotu szkoleniowego, należałoby
podjąć, aby poprawić sytuację w Siłach Powietrznych?

– Minister obrony narodowej, szukając oszczędności w armii, mógł zaproponować
wstrzymanie eksploatacji i zakonserwowanie starej, sowieckiej techniki na
potrzeby "rezerwy obronnej". Taka powinna powstać na wzór USA, gdzie jest
Gwardia Narodowa. Jeżeli stać nas na symboliczną armię czynną, to zanim
zbudujemy potrzebną, adekwatną do potrzeb profesjonalną armię, uruchommy
rezerwy. Żołnierzy do techniki "wschodniej" mamy nawet w nadmiarze. Takie celowe
oszczędności w wojsku mógłbym akceptować. Widziałbym w tym jakąś myśl
przewodnią. Następna oszczędność w MON powinna polegać na lepszym wykorzystaniu
środków z NATO na budowę infrastruktury wojskowej w Polsce. Uważam, że nasza
biurokracja i brak decyzji w infrastrukturze MON już spowodowały miliardowe
opóźnienia na tym polu. Tymczasem obronność państwa to podstawa naszego
istnienia. Dlatego prezydent i premier polskiego rządu nie tylko powinni, ale
muszą umieć zapewnić ją dla Polski w tych przyjaznych, ale trudnych czasach.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj