Kapitulacja wobec osi Berlin – Moskwa
Prezydent Komorowski w Brukseli, Berlinie i Paryżu, minister Ławrow w
Warszawie – najważniejsze spotkania polityczne obecnego tygodnia wskazują na
priorytety rządu Donalda Tuska w polityce zagranicznej. "Pogłębianie integracji
europejskiej" i brak sprzeciwu w obliczu coraz ściślejszej współpracy tandemu
Berlin – Moskwa – to cele, jakie stawia sobie państwo polskie na arenie
międzynarodowej. Uderza minimalizm naszej dyplomacji i pełna kapitulacja w
realizowaniu interesu narodowego.
Wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego w Brukseli nie zaskoczyła. Wybór
miejsca pierwszej podróży jasno mówi, jaki będzie kierunek polityki zagranicznej
lansowanej przez nowego prezydenta. Kierunek Bruksela to nic innego jak
bezwzględne wpisanie się w procesy integracyjne proponowane przez głównych
architektów współczesnej Unii Europejskiej. O obranym kierunku w polityce
zagranicznej świadczą dobitnie słowa, jakie wypowiedział Bronisław Komorowski,
nieustannie powtarzający o potrzebie "pogłębiania integracji europejskiej". Jest
to najczęściej używane słowo-wytrych przez polityków francuskich i niemieckich,
od lat dążących do zbudowania superpaństwa na kontynencie. Jakbyśmy zapytali na
poważnie, co prezydent Komorowski rozumie pod pojęciem "pogłębiania integracji",
z pewnością miałby duże trudności z wyjaśnieniem, gdyż o tym wiedzą tak naprawdę
dużo w Berlinie, a nie w Warszawie. To Berlin proponuje, aby wobec obecnego
kryzysu finansowego w strefie euro stworzyć w Unii coś w rodzaju rządu
gospodarczego, który całkowicie przejąłby kontrolę nad wydatkami budżetowymi
poszczególnych krajów. Idąc na skróty, musielibyśmy stwierdzić, że najnowszy
projekt pogłębiania integracji to nic innego, jak pozbawienie resztek atrybutów
suwerenności gospodarczej państw członkowskich UE. Jest rzeczą skrajnie
zadziwiającą, jak prezydent państwa słabszego, które może na takiej integracji
wiele stracić, zapowiada, że polska prezydencja w UE będzie polegać właśnie na
pogłębianiu tego procesu. Racjonalna wydaje się strategia wręcz odwrotna, opór i
próba sprzedaży własnej skóry za jak najwyższą cenę. Dla Polski zatem
najbardziej korzystne byłoby maksymalne opóźnienie procesu realizowanego w
Paryżu i Berlinie.
Euroentuzjaści twierdzą, że ściślejsza integracja mimo wszystko wzmacnia kraje
mniejsze, gdyż te za pośrednictwem Brukseli bardziej mogą chronić swoje
partykularne interesy. O tym, jak bardzo złudne są to przekonania, świadczą
ostatnie decyzje szefowej dyplomacji UE, pani Catherine Ashton, która w nowo
powstających placówkach dyplomatycznych Unii nie obsadziła żadnego Polaka i
doprowadziła do całkowitej marginalizacji krajów Europy Centralnej. A miało być
tak pięknie, mamiono nas uzyskaniem przemożnego wpływu na politykę zagraniczną
UE, dzięki czemu miała wzrosnąć nasza pozycja chociażby w stosunku do Rosji.
Wizyta Bronisława Komorowskiego w Brukseli w sytuacji tak skrajnego lekceważenia
w UE naszych interesów jest po prostu swoistym kuriozum. Gdy dodamy do tego
sprzeciw Niemiec co do budowy gazoportu w Świnoujściu, nasze wiernopoddaństwo w
Unii jest po prostu samobójcze.
W takim klimacie doszło do innego głośnego wydarzenia dotyczącego naszej
polityki zagranicznej. Minister Radosław Sikorski zaprosił ministra spraw
zagranicznych Siergieja Ławrowa, by wygłosił przemówienie do polskiego korpusu
dyplomatycznego zebranego w Warszawie. Jest to rzecz o tyle kuriozalna, iż
należałoby oczekiwać, że do polskich ambasadorów przemawiać będzie polski mąż
stanu, który ukaże główne kierunki polskiej polityki zagranicznej. Dla naszych
dyplomatów byłoby to jasne wskazanie, jak należy działać. Skoro zaproszono
Rosjanina, to z pewnością coś chciano naszym dyplomatom, a także światu
zakomunikować. Ten komunikat to nic innego, jak nowy kurs polityki polskiej w
stosunku do rosyjskiego sąsiada. Ten nowy kurs nie musiałby niepokoić, pod
warunkiem, że wiedzielibyśmy, na czym polega nowe otwarcie, jakie konkretne
zyski przyniesie nam "pojednanie" z Rosją. Najbardziej oczekiwane kwestie
mogłyby dotyczyć spraw gospodarczych, ale o ile wiemy, nic w tej dziedzinie do
tej pory się nie wydarzyło. Mamy jedynie podpisać bardzo niekorzystną dla Polski
umowę gazową – i tyle. Zatem nowe otwarcie z Moskwą znowu jest jakby za darmo.
Nasi ambasadorowie przyjęli komunikat, że Polska na arenie międzynarodowej nie
ma interesów sprzecznych z Rosją. Jest to szczególnie istotne dla byłych
republik sowieckich, z którymi chcieliśmy do niedawna budować jakąś przeciwwagę
dla dominacji rosyjskiej i niemieckiej w środkowej Europie. Wszystkie te państwa
dostały sygnał, że współczesne kierownictwo polskiej nawy państwowej zarzuciło
wszelkie plany działania sprzecznego z celami polityki rosyjsko-niemieckiej.
Oczywiście za takie zachowanie przywódcy polskiego państwa mogą liczyć na
poklepywanie po ramieniu, ale w realnej polityce nie o takie cele powinni
walczyć.
Niektórzy obserwatorzy odwołujący się do narodowej tradycji uprawiania polityki
mogliby widzieć w nowym kursie polskiej polityki wschodniej nawiązanie do
doktryny Romana Dmowskiego z pierwszej połowy XX wieku. Porozumienie z Rosją
należało do najważniejszych kanonów narodowej polityki zagranicznej. Jest jednak
jedna zasadnicza różnica. Ugoda z Rosją, wedle narodowych demokratów, miała iść
w poprzek interesów niemieckich, niejako rozrywać porozumienie
niemiecko-rosyjskie, stanowiące od wieków największe zagrożenie dla naszego
państwa i Narodu. Dzisiejsi kierownicy polityki polskiej nie pragną jednak
porozumienia z Rosją, by szukać różnych alternatyw w celu uwolnienia się od
dominacji niemieckiej. Jak widzimy, rządzący Polską porozumiewają się z Rosją,
by zamanifestować zgodę i poparcie dla osi Berlin – Moskwa, skrzętnie budowanej
przez oba państwa od dobrych kilkunastu lat. Widać namacalnie, że podobieństwo
tych działań do wizji prezentowanej przed laty przez Romana Dmowskiego jest
całkiem iluzoryczne. Dla narodowców celem była suwerenność, maksymalna
niezależność naszej nawy państwowej od dominacji zewnętrznej. Działania
polityków obecnej koalicji rządowej idą w kierunku przeciwnym – zgadzają się, a
nawet jakby wspierają układ niemiecko-rosyjski na kontynencie, podtrzymują
również procesy odbierające państwom członkowskim UE atrybuty suwerenności.
Jest jeszcze inne grono polskich polityków i komentatorów zadowolonych z
kapitulanckiego sposobu uprawiania polityki zagranicznej przez państwo polskie.
Owo zadowolenie ma wynikać z przekonania, że Polska niesprzeciwiająca się i
niezagrażająca interesom żadnego z wielkich mocarstw sama nie będzie podlegać
zagrożeniom. Takie przekonanie dominowało niegdyś w Rzeczypospolitej za czasów
saskich. Zredukowaliśmy armię, pozbyliśmy się ambicji budowania alternatywnej
siły w środkowej Europie, uzależniliśmy swoją warstwę przywódczą od pieniędzy
idących z Berlina, Moskwy i Wiednia. Ale nie byliśmy bezpieczni, wręcz
przeciwnie – polityczna bezmyślność zwieńczona została rozbiorami i
ponadstuletnią niewolą. Wydaje się, że powinno to być dla nas dostateczną
przestrogą i inspiracją do zagrania larum w obliczu kondycji naszej współczesnej
polityki zagranicznej.
Prof. Mieczysław Ryba
Autor jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, wykładowcą w WSKSiM,
członkiem Kolegium IPN.
