Hydraty metanu rozpalają wyobraźnię
Z prof. Piotrem Głowackim, kierownikiem Zakładu Badań Polarnych Instytutu
Geofizyki Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Piotr Falkowski
Rosyjski wicepremier Siergiej Iwanow zapowiedział wielką ekspedycję naukową,
która ma potwierdzić pretensje Moskwy do Grzbietu Łomonosowa, który ma być
przedłużeniem jej szelfu kontynentalnego…
– Najgorsze, co może się stać, to uznanie dla świętego spokoju przez społeczność
międzynarodową takich argumentów i przyjmowanie nowych uregulowań dzielących
Ziemię według doraźnych interesów. Na razie jest walka o Arktykę, ale w 2041 r.
wygaśnie traktat antarktyczny [podpisany w Waszyngtonie, wszedł w życie 23
czerwca 1961 r. na 30 lat, w 1991 r. przedłużony o kolejne 50 lat – przyp. P.F.].
Na razie jeszcze mamy tu spokój, ale za 10-20 lat zacznie się batalia o podział
Antarktydy. Wtedy cała Europa, Rosja czy USA nie miałyby nic do powiedzenia.
Powstałyby sektory Argentyny, Australii, Chile, Nowej Zelandii, Indii, RPA, bo
tylko te państwa graniczą bezpośrednio z wodami otaczającymi ten kontynent. A
właśnie Rosja i Stany Zjednoczone mają na Antarktydzie największy potencjał
naukowy i osiągnięcia. Podejrzewam, że w ciągu najbliższych 20 lat te same
argumenty, które są aktualnie eksponowane przez Rosję, Kanadę, USA czy Norwegię,
będą przez te same państwa krytykowane. Jeśli społeczność międzynarodowa uzna
obecnie najprzeróżniejsze roszczenia i teorie, to za kilka dziesięcioleci będzie
miała prawdziwy problem na drugiej półkuli. My, jako Polacy, też możemy zrobić
wyprawę na granice szelfu europejskiego na Morzu Północnym i powiedzieć, że tam
jest nasza granica. Jeśli Rosjanie uważają, że mają szelf obejmujący Grzbiet
Łomonosowa, czyli terytoria bardzo blisko bieguna, i to jest ich granica, to
idąc tą samą logiką – szelf Europy rozciąga się daleko w kierunku Morza Barentsa
i nasza granica też nie powinna przebiegać na Bałtyku, ale gdzieś tam. Albo
Skandynawowie mogą powiedzieć, że skoro co najmniej trzy razy mieliśmy w Polsce
lodowiec i mamy głazy polodowcowe, to miejsce pod tymi głazami jest na przykład
szwedzkie.
Jak doszło do podziału Arktyki na strefy wpływów?
– Różnego rodzaju konwencje międzynarodowe mają za zadanie uregulowanie
bezkonfliktowego współżycia państw. I od dawien dawna były one przedmiotem
różnego rodzaju manipulacji. Po pierwszej wojnie światowej terytorium
Spitzbergenu przydzielono traktatem paryskim Norwegii, pod jej protektorat,
gwarantując wszystkim stronom tego porozumienia nieograniczony dostęp do tego
terytorium z prawem użycia "telegrafu bez drutu", czyli łączności radiowej. Nasz
Instytut ma tam stację badawczą już od 1957 roku. Obecnie Norwedzy kwestionują
postawienie przez nas anteny satelitarnej obok tej stacji, bo uważają, że łącze
satelitarne nie mieści się w pojęciu "telegraf bez drutu"… Pojawia się więc
kwestia nazw nie do końca przystających do zmieniających się czasów,
wykorzystywana różnorako przez prawników. Dopóki w całej Arktyce nie było
interesów gospodarczych, tylko ewentualnie polityczne, to starano się objąć
Arktykę różnymi konwencjami. W przypadku Antarktydy też jest traktat
międzynarodowy, który dopuszcza wszystkich sygnatariuszy do swobodnego
działania, a jednocześnie zobowiązuje do dbałości o ten kontynent. W Arktyce
jest trochę inaczej. Tylko nieliczne państwa sąsiadują z okolicami bieguna
północnego. To Kanada, USA, Rosja, Norwegia i Dania sprawująca władzę nad
Grenlandią oraz częściowo Islandia, która przylega do Arktyki. Pozostałe dwa
państwa Rady Arktycznej: Finlandia i Szwecja, zaliczają się do arktycznych (gdyż
ich części leżą za północnym kołem podbiegunowym), ale nie mają bezpośredniego
dostępu do wód okołobiegunowych.
Czy to znaczy, że ten obszar został jak tort podzielony na pięć czy sześć
części?
– Mówi się o sektorowości. Są strefy, które wyznacza linia poprowadzona po
południku, przedłużeniem granicy państwowej w kierunku bieguna. Sektor rosyjski
jest największy. Ale musimy pamiętać, że od wybrzeży Rosji do bieguna jest w
najkrótszym miejscu (od Wysp Franciszka Józefa) prawie tysiąc kilometrów.
Dawniej uważano, że wody terytorialne rozciągają się na 4 mile od brzegu, potem
to rozszerzono do 12 mil (22 224 m). Po tzw. wojnach dorszowych w latach 60. XX
wieku pojawiło się pojęcie strefy ekonomicznej o szerokości 200 mil (370,4 km).
Chodzi jednak o strefę ekonomiczną, a nie własność terytorium. To wszystko
dotyczy też Arktyki. Przy wyznaczaniu tych stref dochodziło do sporów, m.in.
między Rosją (ZSRS) a Norwegią. Przez lata mieliśmy do czynienia z brakiem
uzgodnień między państwami polarnymi. Był między nimi konflikt, który jednak
osłabiał proces zawłaszczania mórz i oceanów. W ubiegłym roku Norwegia z Rosją
uzgodniły podział terytorium morskiego, które de facto jest terytorium
międzynarodowym. Takie porozumienia służą tworzeniu bariery dla innych państw,
spoza głównej piątki. Dawniej spierały się one raczej ze sobą, teraz zaś
zaczynają współdziałać, żeby wspólnie przeciwstawić się międzynarodowej presji.
Jak wygląda to zawłaszczanie międzynarodowego terytorium?
– Najbardziej aktywna była Kanada, gdyż w ostatnich pięciu latach, ze względu na
zmniejszenie się ilości lodu, otworzyło się przejście północne, czyli droga
morska wśród fiordów między wyspami kanadyjskimi na Alaskę. To samo dzieje się
teraz w przypadku Rosji: jest przejście północne z Europy na Ocean Spokojny, do
Japonii i Chin. Teraz można tam płynąć bez lodołamacza około 40 dni rocznie. Ale
to droga o wiele krótsza niż wokół całej Azji. Trzeba jednak płynąć blisko
rosyjskiej strefy ekonomicznej. Jeśli jednak, jak mówią badania klimatologów, do
końca wieku pokrywa lodowa wokół bieguna jeszcze się zmniejszy lub zaniknie,
będzie można krócej z Europy dostać się statkiem do cieśniny Beringa, pozostając
kilkaset kilometrów od wybrzeży rosyjskich. Dlatego zaczęło się wymuszanie na
pozostałych państwach uznania innego rodzaju granic niemających żadnego
uzasadnienia. Jeżeli obowiązują konwencje o podziale i wpływach na morzach i
oceanach, to je szanujmy i nie twórzmy doraźnie nowych teorii.
To może powinniśmy zgłosić jakieś roszczenia do Arktyki?
– Tak się dzieje. Największy problem polityczny występuje pomiędzy Unią
Europejską a państwami arktycznymi. Unia chce mieć swój udział w podziale i
wpływach w Arktyce. Dla Rosji, która dotąd miała jako unijnych partnerów do
rozmów jedynie Szwecję i Finlandię, jest to niewygodne. Małe państwa można było
praktycznie wykluczyć. Przypomnijmy, że Norwegia nie należy do Wspólnoty,
podobnie Grenlandia, która chociaż podlega Danii, ale staje się coraz bardziej
autonomiczna. Zresztą Duńczycy, jeśli mają spory, to z Kanadą, a nie z Rosją.
Dopiero Unia jako całość byłaby znaczącym, silnym graczem i konkurentem Rosji o
wpływy w Arktyce. Dlatego w maju na spotkaniu Rady Arktycznej w Nuuk (na
Grenlandii) Rosja przeforsowała postanowienie, że nie będzie nowych podmiotów w
Radzie, nawet o statusie obserwatora do czasu ich weryfikacji. Obecnie taki
status ma Francja, Hiszpania, Holandia, Wielka Brytania, Niemcy i Polska, a
ubiegają się o to Chiny, Korea, Japonia Włochy oraz Unia Europejska. My na
przykład uczestniczymy w Radzie ze względu na naszą stałą, sięgającą okresu
międzywojennego, aktywność naukową w tym obszarze. Odgrywamy jedną z czołowych
ról w tej grupie i wiele inicjatyw zrodziło się u nas. Ale UE jako całość nie ma
na tym forum żadnego głosu. Sam byłem współautorem rezolucji Parlamentu
Europejskiego w sprawie dostępu do badań naukowych przyjętej 21 stycznia.
Okazuje się, że te próby zawłaszczania terytoriów odbywają się nie tylko na polu
gospodarczym, ale także dostępu do badań naukowych. Jest dla mnie
niewyobrażalne, że nagle będziemy musieli zamknąć nasze stacje i wynieść się z
norweskiego archipelagu Svalbard, gdzie jesteśmy ponad 70 lat. Także statki
badawcze dostają od władz rosyjskich zakazy wpływu na tereny, które oni uznają
za własne. Tak naprawdę pierwszy cios, dopóki nie ma bezpośrednich interesów
ekonomicznych, odczuwają naukowcy. W tej rezolucji z naszej inicjatywy zapisano
postulat pełnej swobody badań Arktyki przez międzynarodowe zespoły naukowców, a
także wzajemnego bezpłatnego udostępniania ich wyników. Moi rosyjscy koledzy nie
omieszkali mi zakomunikować o swoim niezadowoleniu z tej rezolucji już w marcu.
Dobrze się stało, że w ostatnim czasie nasze władze zaczynają patrzeć na Arktykę
w nowym wymiarze, czego dowodem jest powołanie w maju przy MSZ
międzydepartamentalnej grupy zadaniowej (Polish Polar Task Force), która zadba o
polskie interesy w tych odległych rejonach naszego globu.
A jakie są interesy gospodarcze związane z terytoriami arktycznymi?
– Są tam dwa bogactwa: gaz i ropa. I jest tego sporo, może nawet 30 proc.
zasobów światowych. Chociaż odkrycia nowych złóż te szacunki zmieniają. Na
przykład nie uwzględniają one jeszcze naszego gazu łupkowego. Niemniej złoża
polarne dzięki cofaniu się pokrywy lodowej stały się łatwo dostępne. Mamy
początek lata, a ogromne terytoria pełne zasobów gazu i ropy już są wolne od
lodu. Można je łatwo eksploatować, gdyż szelf jest płytki. Postawienie platformy
wiertniczej jest tańsze niż na Morzu Północnym czy Norweskim, gdzie dodatkowo
wiatry są większe. Kolejnym przyszłościowym zasobem są hydraty metanu, czyli
związki metanu (gazu ziemnego) z wodą tworzące się w warunkach niskiej
temperatury i wysokiego ciśnienia. Występują one szczególnie na zboczu
podwodnym, tam gdzie kończy się szelf, a zaczyna głębia oceaniczna. To jest
przyszłość w dziedzinie źródeł energii, ważniejsza nawet niż gaz i ropa. Te
hydraty metanu będzie można wydobywać czymś w rodzaju odkurzacza z powierzchni
dna, co jest łatwiejsze niż dokonywanie odwiertów.
Dziękuję za rozmowę.
