Gdy dogasa blask ogniska
odchodząc, pozostawiają testament, który powinien zostać zapisany w
sercach kolejnych pokoleń. – Wy macie to, czego my nigdy nie mieliśmy.
Urodziliście się i żyliście w wolnej Polsce, a my urodziliśmy się jako
niewolnicy i do dziś nie mamy wolnej Ojczyzny – mówi Darek, jeden z
kibiców Lechii Gdańsk.
Aby uratować od zapomnienia i utrwalić w świadomości młodzieży okruchy
wolnej Polski, które kiedyś staną się ziarnem na siew dla przyszłości,
kibice Lechii Gdańsk organizują cykliczne spotkania z kombatantami –
żołnierzami podziemia niepodległościowego. W pikniku partyzanckim w
leśniczówce Gołębiewo w Gdańsku wzięło udział blisko 100 osób, w tym 15
żołnierzy Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Nie było na nim
żadnych oficjeli, żadnych mediów, nikogo, kto mógłby się przy tej okazji
wylansować, bo spotkanie to było szczerym hołdem złożonym żołnierzom
wyklętym.
Reprezentacja Polski Podziemnej
Przy ognisku, wojskowej grochówce i pieczonym dziku był czas na
wspomnienia i partyzanckie pieśni, a przede wszystkim na rozmowy o tym,
gdzie kto służył i walczył, bo na pikniku spotkali się nie tylko
żołnierze różnych organizacji niepodległościowych, ale też z różnych
części Polski. Major Tadeusz Korzeniowski, mjr Waldemar Szostkiewicz i
por. Jerzy Chmielewski służyli w Narodowych Siłach Zbrojnych, kpt.
Władysław Dobrowolski w Armii Krajowej na Kielecczyźnie, kpt. Józef
Ejsmont w 5., a por. Zygmunt Wolski w 3. Brygadzie AK na Wileńszczyźnie.
Porucznik Leon Szczęsny jest partyzantem z Lasów Parczewskich na
Lubelszczyźnie, a por. Henryk Łaba walczył w Powstaniu Warszawskim.
Gościem specjalnym spotkania był por. Józef Bandzo ps. "Jastrząb" –
jeden z najstarszych partyzantów Wileńszczyzny. W lipcu 1942 r. złożył
przysięgę, wstępując w szeregi AK, a od października 1943 r. podjął
walkę w szeregach 3. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej dowodzonej przez
Gracjana Fróga "Szczerbca". Był dowódcą drużyny w elitarnej kompanii
szturmowej 3. Brygady. Po zakończeniu Operacji "Ostra Brama" został
aresztowany przez NKWD, ale zdołał uciec z sowieckiej niewoli i po
przybyciu na Białostocczyznę podjął walkę z nowym okupantem w szeregach
5. Wileńskiej Brygady AK, pod dowództwem mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki".
Major powierzył "Jastrzębiowi" dowodzenie patrolem dywersyjnym, który
pozyskiwał środki na działalność niepodległościową dla 5. Brygady.
Działając na obszarze całej Polski, wychodził zwycięsko z potyczek i
starć zbrojnych z funkcjonariuszami reżimu komunistycznego, umykał z
zasadzek UB, kilkakrotnie unikając aresztowania. W 1946 r. został
żołnierzem osobistej ochrony mjr. "Łupaszki" i był jednym z jego
najbardziej zaufanych ludzi. To właśnie "Jastrzębiowi" – który miał
doskonałą orientację w terenie, świetnie posługiwał się mapą i kompasem
(jak przystało na przedwojennego harcerza 11. Wileńskiej Drużyny
Harcerzy, tzw. Zielonej, która znajdowała się pod opieką 6. Pułku
Piechoty Józefa Piłsudskiego) – dowódca 5. Brygady powierzał swoje
bezpieczeństwo w trakcie przemarszów przez Bory Tucholskie, Warmię i
Mazury.
Czas oddać głos bohaterom
Poproszeni o zabranie głosu kombatanci chętniej mówią o Polsce niż o
sobie. Trzeba nalegać, aby zaczęli opowiadać o tym, co przeżyli, a losy
i walka niejednego z nich powinny stać się scenariuszem filmowym.
Porucznik Jerzy Chmielewski ps. "Wicher", harcerz 13. Lubelskiej
Drużyny, w październiku 1939 r. razem z kolegami ukrył w grobowcu na
cmentarzu siedem skrzyń amunicji. Potem, gdy w lasach Lubelszczyzny
pojawili się partyzanci, przekazał ją do jednego z oddziałów Armii
Krajowej. Sam należał od 1942 r. do NSZ, ale w restauracji jego ojca w
Bychawie mieścił się punkt kontaktowy nie tylko Narodowych Sił
Zbrojnych, przychodzili tam także żołnierze z Armii Krajowej. Któregoś
dnia, gdy przewoził amunicję dla oddziału "Zęba" – Leonarda
Zub-Zdanowicza, został schwytany przez oddział AL dowodzony przez
Bolesława Kowalskiego "Cienia". "Cieniowcy" z powodu rabunków bardzo
mocno dawali się we znaki miejscowej ludności, ale przede wszystkim
dokonali mordu w Owczarni na 47 partyzantach Armii Krajowej (4 maja 1944
r.) oczekujących na zrzut broni. Niewiele brakowało, a "Wicher" też
zostałby zamordowany przez bandytów z AL, ale w porę z odsieczą przybył
dowódca miejscowego oddziału AK oraz żołnierze NZS od mjr. "Zęba".
Wywiązała się walka, w wyniku której "cieniowcy" w popłochu pouciekali.
"Wicher" dobiegł do wsi i zapukał w drzwi jednego z domów. Zdziwił się
bardzo, gdy zobaczył w nich swoją dawną koleżankę ze szkoły w Lublinie.
Czuwała nad nim Boża Opatrzność, bo jak się okazało, trafił do właściwej
strony wsi – część domów należało do rodzin AL-owców, a część do rodzin
i zwolenników żołnierzy NSZ.
Dla kpt. Józefa Ejsmonta jego dowódca mjr "Łupaszko" był wielkim
patriotą i bohaterem. Nigdy jednak nie pomyślał, że dla nas nie tylko "Łupaszko"
jest bohaterem, ale też pan Józef i wszyscy ci, którzy tak jak on
walczyli o wolną Polskę. Są zbyt skromni, żeby myśleć o sobie i o swojej
walce w kategoriach bohaterstwa. Po wojnie został skazany na karę
śmierci, zamienioną na osiem lat więzienia. Karę za miłość do Ojczyzny
odbywał w budzącym grozę więzieniu we Wronkach. Po wyjściu z zakładu
karnego nigdzie nie mógł znaleźć pracy. Nie pomagało nawet zatajanie w
życiorysie tego, że był uwięziony, bo najdłużej po miesiącu w miejscu
pracy pojawiali się funkcjonariusze bezpieki i zwalniano go. Tak było
przez wiele lat, a na utrzymaniu miał żonę i dwoje dzieci. Rozmawiając z
nim, mam poczucie winy, że zmarnowaliśmy ponad 20 lat – kolejna księga
pięknego życia dobiega końca, a my nie zadbaliśmy o jej utrwalenie. Nie
zadbaliśmy też o to, aby oddać im głos…
Dobrze, że dziś o ten głos proszą młodzi ludzie. Między innymi taka jest
też idea spotkań z kombatantami organizowanych przez kibiców Lechii ze
Stowarzyszenia "Lwy Północy". – Chcemy dowiedzieć się od starszych
ludzi, co znaczy odzyskać niepodległość i żyć w wolnej Polsce. Chcemy
wiedzieć, czemu oni ginęli i oddawali za Ojczyznę swoje młode życie.
Dzisiaj uczeni jesteśmy czego innego. Nasze pokolenie żyje dniem
dzisiejszym, żyje konsumpcją, a my chcemy się dowiedzieć, dlaczego dla
nich najważniejsza była wolność i niepodległość, za którą gotowi byli
oddać życie. Kibice zawsze byli patriotami. Nie wstydzą się polskich
barw narodowych, z dumą noszą na piersiach polskiego orła – wyjaśnia
Milan, jeden z organizatorów pikniku.
Piknik był spotkaniem kilku pokoleń nie tylko w sensie wieku, ale też
walki o wolną Polskę. Oprócz kombatantów z okresu wojny i powstania
antykomunistycznego byli na nim obecni także ci, którzy podjęli walkę w
roku 1980 i po grudniu 1981 r.; zarówno ci, którzy siedzieli w
więzieniach i byli represjonowani w okresie stalinizmu, jak i ci,
których uwięziono w stanie wojennym. Jeden z kibiców przypomniał, że w
stanie wojennym kpt. Władysław Dobrowolski był na każdej "zadymie" przed
kościołem św. Brygidy. Zdanie to doskonale komponuje się ze słowami ks.
Jarosława Wąsowicza, salezjanina i kibica Lechii, który powiedział: –
Organizując piknik patriotyczny, chcemy połączyć kilka pokoleń: tych,
którzy walczyli w czasie drugiej wojny światowej, tych, którzy podjęli
walkę z sowiecką okupacją po 1945 r., pokolenie walczące w stoczni w
roku 1980 oraz po 13 grudnia 1981 roku. Także w naszym kibicowskim
środowisku jest wielu takich, którzy w latach 80. działali i walczyli w
zdelegalizowanym NZS czy w Federacji Młodzieży Walczącej. Chcemy też,
aby szczególnie najmłodsze pokolenie kibiców zrozumiało, że walka o
wolną Polskę jeszcze się nie skończyła. Nawiązujemy do pewnej tradycji,
która cechowała nasze środowisko, szczególnie w latach 80., kiedy
stadion Lechii był jednym z bastionów walki antykomunistycznej. Tak jak
wtedy, gdy ludzie upominali się o "Solidarność", o więźniów
politycznych, tak też jest i dzisiaj – ale na szerszą skalę. Te czasy
wróciły – znowu stadiony w Polsce upominają się o prawdę oraz pamięć o
bohaterach.
Spotkaniu towarzyszył też koncert Andrzeja Kołakowskiego, który jak
zawsze wzruszał swoimi pieśniami do łez. Jeden z partyzantów powiedział,
że są to pieśni o nas i o naszym życiu.
Kibice ofiarowali kombatantom szaliki w biało-zielonych barwach Lechii,
czym sprawili gościom dużą radość. Od słowa do słowa i okazało się, że
Józef Bandzo przez krótki czas był zawodnikiem piłkarskim Unii Lublin.
Kiedy kombatanci założyli biało-zielone szaliki, pomyślałam, że dopiero
teraz pewien człowiek z Gdańska, który chętnie pokazuje się na boiskach
piłkarskich, a "nigdy nie był, nie jest i nie będzie kibicem Lechii",
może zacząć się bać…
Anna Kołakowska
