Dżuma i tyfus

Dlaczego podczas epidemii dżumy czy tyfusu jedni ludzie się zarażają, chorują, a nawet umierają, podczas gdy innym nic nie szkodzi, nawet opiekowanie się chorymi? Najwyraźniej jedni mają wyższą podatność na zakażenia, podczas gdy pozostali – wyższą odporność. Zależy to zapewne od indywidualnych właściwości organizmu, m.in. od tego, czy jest osłabiony czy przeciwnie – silny i funkcjonujący prawidłowo.

Podobny mechanizm występuje w przypadku społeczeństw. Im bardziej są one osłabione, im większe zaburzenia występują w ich funkcjonowaniu, tym bardziej są podatne na zakażenia. Takim społeczeństwem byliśmy w momencie rozpoczęcia sławnej transformacji ustrojowej, bo z komunizmu każdy wychodzi osłabiony. Na domiar złego, zamiast generalnej dezynfekcji, dopuszczono do zakażenia społecznego organizmu przetrwalnikami bolszewizmu nie tylko w postaci przepoczwarzonej nomenklatury, ale przede wszystkim – tajnych służb, które zawsze stanowiły jego najtwardsze jądro i źródło najgorszej zarazy. W tej sytuacji musiało dojść do tego, do czego w końcu doszło – że zaraza poraziła wszystkie tkanki społeczne, zaburzając ich normalne funkcjonowanie i degenerując je w stopniu niebezpiecznym dla procesów życiowych. Podjęta w 1992 roku próba ratowania naszego społeczeństwa poprzez zaaplikowanie antykomunistycznej surowicy nie powiodła się, między innymi ze względu na niechęć wielu wpływowych osobistości do ujawnienia swojej wstydliwej choroby. No a teraz możemy już tylko bezsilnie przyglądać się kolejnym objawom rozprzestrzeniania się zarazy, które mnożą się w postępie iście geometrycznym.
Oto okazało się, że prokurator czynny przy śledztwie w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika przekazywał informacje zaprzyjaźnionemu biznesmenowi powiązanemu z mafią. To kolejna poszlaka wskazująca, że punkt ciężkości władzy w Polsce spoczywa poza konstytucyjnymi organami państwa, które jest okupowane przez tajniaków pasożytujących na społecznym organizmie, niczym bakterie dżumy i tyfusu na organizmie fizycznym. Że obok formalnej, istnieje ważniejsza – nieformalna hierarchia władzy, na co wskazywała m.in. nocna wizyta pana Janusza Kaczmarka ministra spraw wewnętrznych w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego, w warszawskim hotelu Marriott w celu złożenia meldunku sytuacyjnego swemu prawdziwemu zwierzchnikowi i mocodawcy. No i wreszcie – spektakularne „zawieszenie” członkostwa w Platformie Obywatelskiej i Klubie Parlamentarnym tej partii przez posła Zbigniewa Chlebowskiego. Idąc w ślady swojej koleżanki Beaty Sawickiej oraz cwaniary i arywistki Weroniki Marczuk-Pazury, kreuje się na ofiarę Centralnego Biura Antykorupcyjnego, w czym pomagają mu wynajęci przez razwiedkę na chłopaków do pisania i gadania, sławni z żarliwego obiektywizmu propagandyści. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak pan poseł Chlebowski zostanie autorytetem moralnym – bo właśnie takie wzorce, na własny obraz i podobieństwo, tajniacza łobuzeria jest w stanie wykreować dla dotkniętego epidemią tubylczego społeczeństwa i z tego właśnie klucza zaczyna śpiewać poseł Janusz Palikot. Najgorsze, że w pewnym sensie poseł Chlebowski może mieć rację – ponieważ pomysł zwalczania korupcji poprzez masowe podsłuchiwanie, podglądanie i prowokowanie obywateli, a nie usuwania namnożonych w systemie prawnym okazji do przekupstwa, musiał doprowadzić do tego, że nasi okupanci spierają się między sobą już tylko o różnicę łajdactwa, bo co do rzeczy samej spierać się już nie mogą. Ale tak to już jest, gdy do głosu dojdą osobnicy zarażeni wszystko jedno – tajniacką czy prokuratorską chorobą zawodową, na skutek której postrzegają świat jako miejsce zaludnione przez 6,5 miliarda podejrzanych. W tej sytuacji trudno się dziwić, gdyby Polacy w końcu znienawidzili aktualną formę swojej państwowości do tego stopnia, że sami przyłożą rękę do jej likwidacji. Niedawna ratyfikacja traktatu lizbońskiego przez pana prezydenta Kaczyńskiego akurat stwarza ku temu znakomitą okazję i w ten sposób może spełnić się wizja poety: „Oto tak kończy się nasz świat, oto tak kończy się nasz świat, oto tak kończy się nasz świat: nie z hukiem, tylko ze skowytem”.


Stanisław Michalkiewicz
drukuj