Dziesięć chwil radości, więcej łez i smutku

Pekin 2008 – jakie były igrzyska oczyma polskiego sportowca?

Letnie igrzyska olimpijskie w Pekinie już za nami. Polscy sportowcy zakończyli je ze skromnym dorobkiem dziesięciu medali, w tym trzech złotych. To powtórka sprzed czterech lat, z Aten, a przecież wydawało się, że tym razem będzie i musi być lepiej. Niestety, nie było. Nasz sport czekają zmiany, i to nieuniknione, zarówno organizacyjne, jak i w sposobie jego funkcjonowania. W 2012 r. gospodarzem igrzysk będzie Londyn. Czy do tego czasu zdążymy?



W czerwcu przeżywaliśmy frustrację związaną z występem naszych piłkarzy w finałach mistrzostw Europy. Nadzieje i oczekiwania były wielkie, skończyło się kompletną klapą. Polacy nie wyszli z grupy, nie wygrali ani jednego meczu, zdobyli jedną, i to przypadkową, bramkę. Liczyliśmy wówczas na to, że w sierpniu, podczas igrzysk olimpijskich, Biało-Czerwoni się odkują, dostarczą nam pięknych wrażeń i emocji, które pozostaną w pamięci na dłużej. Nadzieje się wzmogły, gdy okazało się, jak liczna reprezentacja pojedzie do Pekinu. Wśród ponad 260 sportowców znalazło się kilkunastu aktualnych medalistów najpoważniejszych imprez, mistrzostw świata i Europy. Liczyliśmy na to, że poprawią bardzo skromny wynik sprzed czterech lat. W Atenach polscy olimpijczycy zdobyli zaledwie dziesięć medali, co było dotkliwą porażką. Teraz ten wynik miał zostać poprawiony, i to znacznie. Nie dopuszczaliśmy myśli, że może być inaczej, choć nie brakowało sceptyków sądzących, że nawet tego wyniku nie uda się wyrównać. Udało się. Polacy w Pekinie stanęli na podium także dziesięć razy. Trzykrotnie wysłuchiwali „Mazurka Dąbrowskiego”. Przedostatniego dnia zmagań, w sobotę, wszyscy przeżywaliśmy występy kajakarzy i Mai Włoszczowskiej w kolarstwie górskim, bo jeszcze w piątek nasi mieli na koncie zaledwie osiem krążków. A to był dramat. Szczęśliwie, czując na sobie większą niż zwykle presję i bagaż oczekiwań, nasze panie nie zawiodły. Włoszczowska oraz Aneta Konieczna i Beata Mikołajczyk w kajakowej dwójce sięgnęły po srebrne medale. Odetchnęliśmy z ulgą, a potem przyszła gorzka refleksja: w stolicy Chin było źle. Dlaczego?

Nie ma jednej przyczyny, nie ma dwóch, trzech. Sport to bardzo złożona sprawa, gdzie o sukcesie decyduje mnóstwo niuansów, nawet świetne, optymalne przygotowanie niczego jeszcze nie gwarantuje. Nie gwarantują posiadane w kolekcji medale, zwycięstwa w najpoważniejszych zawodach. Gdyby tak było, to choćby w żeglarstwie nasi wywalczyliby na olimpiadzie przynajmniej trzy medale. Nie zdobyli ani jednego. Sportowcy są ludźmi, nie maszynami. Można ich wytrenować znakomicie, tak fizycznie, jak i psychicznie, ale zawsze może czegoś zabraknąć.


Phelps, Bolt, czyli igrzyska fenomenów


Przepraszam – tu może ktoś zaprotestować, a Michael Phelps, a Usain Bolt? Pływak i lekkoatleta, którzy wygrywali wszystko, co było do wygrania, bijąc po drodze nieprawdopodobne rekordy? Prawda. Obaj – niczym maszyny do wygrywania (przepraszam za to brzydkie określenie) – przyjechali do Pekinu w jednym tylko celu – by przejść do historii. Amerykanin zdobył osiem złotych medali, co na jednych igrzyskach nie udało się jeszcze nikomu. Został najbardziej utytułowanym sportowcem w dziejach. Bolt był najszybszy, z rekordowymi wynikami, w najbardziej prestiżowych konkurencjach, biegach na 100 i 200 metrów. Dlaczego? Bo zostali optymalnie przygotowani, bo na ich sukces zapracował sztab ludzi, a przede wszystkim – bo są fenomenami mającymi nieprawdopodobne predyspozycje do uprawiania swoich dyscyplin. Budowa ciała, wytrzymałość, siła, dynamika, naturalność, płynność ruchów, każdy z tych elementów funkcjonuje u nich optymalnie, stąd takie, a nie inne wyniki. W naszej ekipie, z zachowaniem wszelkich proporcji, podobnym typem sportowca jest Leszek Blanik. Stworzony, urodzony do gimnastyki miał szczęście trafić w najważniejszym momencie na mądrych trenerów, którzy potrafili wykrzesać z niego i oszlifować talent, ten wyjątkowy dar Boży, i doprowadzić do wielkich sukcesów. Blanik jest wyjątkiem, zawodnikiem niepowtarzalnym i pewnie przez długie lata, może dziesiątki lat, nikt podobny w polskim sporcie się nie pojawi. Ktoś jak Adam Małysz w skokach narciarskich.


Na sukces pracują sztaby


No dobrze, ale wróćmy do najważniejszego pytania: dlaczego w Pekinie było, jak było? Lucjan Błaszczyk, nasz najlepszy tenisista stołowy, po porażce z Chińczykiem Wang Liqinem w trzeciej rundzie olimpijskiego turnieju, przyznał, że takiego wyniku się… spodziewał. Nie tylko dlatego, że rywal był trzykrotnym mistrzem świata i krótko mówiąc, wspaniałym zawodnikiem. – Razem z trenerami opracował świetną taktykę, miał mnie rozpracowanego w najdrobniejszym szczególe – powiedział Polak. Na sukces Liqina pracował cały sztab ludzi, trenerów, lekarzy, psychologów, strategów. Zadaniem części z nich było dokładne, do najdrobniejszego szczegółu, poznanie przeciwnika, jego stylu gry, najmocniejszych i najsłabszych stron. Chińczyk nie był oczywiście w tej materii wyjątkiem, a proszę powiedzieć, który z polskich sportowców ma taki luksus i możliwość korzystania z usług i pomocy tylu fachowców?

– Nasza dyscyplina umiera – żalił się po olimpijskiej klęsce trener zapaśników Marek Garmulewicz. Prawie każdy z naszych reprezentantów odpadał już po pierwszej rundzie, przegrywając z przeciętnymi, nic nieznaczącymi rywalami. Gdyby nie Agnieszka Wieszczek, która sprawiła niespodziankę i stanęła na najniższym stopniu podium, można by mówić o katastrofie. A przecież na igrzyskach w Atlancie, zaledwie 12 lat temu, aż pięciu polskich zapaśników zdobyło medale, w tym trzech złote. Dziś brzmi to nierealnie. Garmulewicz ma rację. W kadrze jest około 20 zawodników, którzy tej właśnie dyscyplinie są w stanie się poświęcić, w mistrzostwach Polski startuje góra trzy-cztery razy tylu. Malutko. Sport nie jest popularny, rzadko gości w mediach, nie przynosi kokosów, a wymaga wielu poświęceń, kluby są coraz biedniejsze. W czasach, gdy obowiązuje zasada „szybciej, łatwiej”, przestaje mieć rację bytu. Niezasłużenie! Być może sukces Wieszczek napędzi koniunkturę, być może zapasy zaczną na nowo przyciągać młodzież, być może się odrodzą. Nie da się ukryć – to koło zamknięte. Sukces otwiera miejsce w mediach, media oznaczają reklamę i nadzieję na przyszłość. Gdzie szukać następców Ryszarda Wolnego czy Włodzimierza Zawadzkiego?


Świat nam ucieka


W Pekinie zakończyła się pewna epoka w historii naszego pływania, pisana sukcesami Otylii Jędrzejczak i (w mniejszym stopniu) Pawła Korzeniowskiego i Mateusza Sawrymowicza. Liczyliśmy na dwa, może trzy medale, a tymczasem doznaliśmy kompletnego zawodu i rozczarowania. Na podium nie stanął nikt. Blisko była jedynie Jędrzejczak na swym koronnym dystansie 200 m stylem motylkowym, ale i ona do medalu nie dopłynęła. Zaledwie kilku naszych reprezentantów (Paweł Korzeniowski i Katarzyna Baranowska) zdołało awansować do finałów, ale w nich byli tłem dla najlepszych. Owszem, Polacy bili rekordy kraju, nawet dość często, ale nie wystarczało to niekiedy nawet do miejsca w drugiej, trzeciej dziesiątce! Świat uciekł nam nieprawdopodobnie, odjechał z prędkością nieosiągalną, a my zostaliśmy na poziomie z Aten. Tam przyniósł sukcesy Jędrzejczak, tu klęskę. Sama Otylia zastanawia się nad przyszłością, do końca nie wie, czy będzie kontynuować swoją sportową karierę. Jeszcze nie tak dawno Korzeniowski przyznawał, iż boi się, że nie zdoła stawić czoła Pheplsowi i dlatego na najważniejszych zawodach przypadnie mu co najwyżej rywalizacja o pozostałe miejsca na podium. W Pekinie z Amerykaninem nie był w stanie walczyć nikt, a Korzeniowski przegrywał z zawodnikami, którym niedawno odpływał. Czemu? To pytanie do sztabu szkoleniowego, trenerzy muszą znaleźć odpowiedź. My zwróćmy tylko uwagę na jeden fakt: obiekty. Nasi pływacy to młodzi ludzie, mający po dwadzieścia kilka lat, często nawet młodsi. Mają rodziny, sympatie, przyjaciół, znajomych, chcą prowadzić życie podobne do rówieśników. Tymczasem rokrocznie muszą spędzać po 300 dni na zgrupowaniach, najczęściej daleko od domu, pracując ciężko, w pocie czoła, wykonując trudne, monotonne treningi. W kraju nie ma odpowiednich obiektów, a jak są, to muszą je dzielić z codziennymi użytkownikami, studentami, uczniami. O budowie olimpijskiej pływalni w Warszawie mówi się od lat, obiecywali ją poszczególni ministrowie sportu, nawet głowy rządów. I co? I na tym się kończyło. Jeśli najszybciej jak to możliwe podobne obiekty się nie pojawią, „umrze” i pływanie.

Dotkliwą porażkę ponieśli w Pekinie także nasi szermierze i tego faktu nie zmienia srebro drużyny szpadzistów. Czara goryczy przelała się po niepowodzeniu drużyny florecistek, typowanej nawet do złotego medalu. Najpierw rozpoczęła Sylwia Gruchała wraz z koleżankami – padły ostre słowa pod adresem trenerów, działaczy, władz związku. Odpowiedź była równie szybka, co zdecydowana. Na tapecie pojawiły się nawet wątki prywatne niektórych osób. Jeśli komuś wydawało się, że to tylko głosy sfrustrowanych zawodniczek, szybko przekonał się, że problem jest głębszy (dodajmy: o szermierczym związku mówiło się i pisało w negatywnym świetle już od lat, bez żadnej konkretnej reakcji ze strony sportowych władz). Głębszy dosłownie. – Prawdziwym dramatem polskiej szermierki jest nieprofesjonalne zarządzanie oraz alkoholizm – te słowa sekretarza generalnego PKOl Adama Krzesińskiego, byłego zawodnika, zabrzmiały groźnie. Przedstawiciele wszystkich broni, nie tylko florecistki, ale nawet „srebrni” szpadziści, wystosowali apel, w którym domagają się zmian, przede wszystkim na stanowisku prezesa związku. Wszyscy podkreślili, iż organizacyjnie stoimy lata za najlepszymi. Przykłady? Przestarzałe metody treningowe (w kadrze, bo jak zawodnicy przyznali, sukcesy zawdzięczają szkoleniowcom klubowym), niedostateczne zaangażowanie w pracę, brak zaplecza. Światowa czołówka ma do dyspozycji sztaby pracujące na ich sukces: lekarzy, masażystów, fizjologów i psychologów, nasi muszą sobie radzić sami.


Marzysz o medalu – musisz pokonać siebie


Do Pekinu pojechała duża i pozornie mocna reprezentacja. Było w niej kilku pewniaków do podium i niektórzy z nich nie zawiedli. Wspomniany już Blanik pokazał, że nie wiek, tylko umiejętności, talent, pasja i odwaga decydują o sukcesie. W wieku ponad 30 lat zdobył złoto w gimnastyce sportowej, a w tej konkurencji to już naprawdę sporo. Adam Korol, Michał Jeliński, Marek Kolbowicz i Konrad Wasielewski w wioślarskiej czwórce podwójnej udowodnili, że Polak potrafi. Od 2005 roku byli trzykrotnie mistrzami świata, wygrywali wszystkie najpoważniejsze zawody. W wielkim, godnym prawdziwych mistrzów stylu zwyciężyli i w Pekinie. Nie mieli sobie równych, rywale nawet chyba nie myśleli o nawiązaniu z nimi walki. Wreszcie Tomasz Majewski sprawił ogromną niespodziankę, triumfując w konkursie pchnięcia kulą. Dlaczego? Bo pokonał siebie, przesunął granicę swoich możliwości. W finale uzyskał wynik o ponad pół metra lepszy od własnego rekordu życiowego i dzięki temu zdobył złoty medal. Taki też był klucz do sukcesu w Pekinie – na igrzyskach pod względem sportowego poziomu stojących na szalenie wysokim poziomie. Marząc o medalach, trzeba było bić rekordy, pokonywać bariery, które dotychczas wydawały się nie do pokonania. Komu to się udawało – mógł realizować swoje marzenie. Niektórzy (jak Phelps i Bolt) stawali się dzięki temu bohaterami.

Na Blanika i wioślarską czwórkę liczyliśmy, podobnie jak na Szymona Kołeckiego w podnoszeniu ciężarów. I ten ostatni nie zawiódł, zdobywając srebrny medal w stylu prawdziwego herosa. Patrząc, z jaką siłą i determinacją dźwiga sztangę, pod którą normalny człowiek pewnie by się załamał, aż trudno było uwierzyć, że kilka lat temu przeszedł ciężką i ryzykowną operację kręgosłupa, a tuż przed olimpiadą nabawił się kontuzji kolana. Marzył o złocie, wywalczył srebro, i słowo „wywalczył” jest tu jak najbardziej na miejscu. Pokazał charakter i hart ducha, wygrał ze sobą. Czy jest coś piękniejszego? Wierzyliśmy i w Maję Włoszczowską, i Anetę Konieczną, i Beatę Mikołajczyk, choć murowanymi kandydatkami do podium nie były. Tymczasem na nim stanęły i chwała im za to. Niespodziankę sprawili wspomniana już Agnieszka Wieszczek, drużyna szpadzistów, Piotr Małachowski w rzucie dyskiem, sensacją była wioślarska czwórka bez sternika wagi lekkiej, Łukasz Pawłowski, Bartłomiej Pawełczak, Miłosz Bernatajtys i Paweł Rańda. Dzięki nim mogliśmy przez kilkanaście dni sierpnia przeżywać sportowe emocje, radości i uniesienia, cieszyć się z ich sukcesów.


A teraz zmiany


Niektórzy nasi sportowcy przeżyli dramaty. Kajakarze przegrywali podium o setne części sekundy (i jak im potem tłumaczyć, że sport jest piękny?), niewiele zabrakło Mateuszowi Kusznierewiczowi i Dominikowi Życkiemu w żeglarskiej klasie Star, Marcin Dołęga stracił brąz tylko dlatego, że był o kilka dekagramów cięższy od rywala. Mimo wielkich marzeń i planów olimpijskiego medalu nie zdobyła Monika Pyrek w skoku o tyczce. Podobnie Marek Plawgo i Anna Jesień w biegu na 400 m przez płotki. Zawiodły szablistki i florecistki. Choć czy „zawiodły” to dobre słowo? Każdy (no, prawie) z zawodników, który przyjechał do Pekinu, na tę właśnie chwilę czekał cztery, czasem więcej lat. Poświęcił jej mnóstwo pracy, treningów, wyrzeczeń, niekiedy życie osobiste. Płacił wysoką cenę, wierząc, że w stolicy Chin spełni swoje marzenie, zrealizuje cele czy zapewni sobie spokojną przyszłość. Nie oszukujmy się, dla przedstawicieli większości dyscyplin olimpijska emerytura jest zabezpieczeniem jutra, praktycznie żaden z naszych olimpijczyków nie zarabia tyle, ile byle kopacz w piłkarskiej ekstraklasie (i to jest absurd). Kiedy kilka lat temu zagadnąłem naszych dwukrotnych mistrzów olimpijskich w wioślarstwie, Roberta Sycza i Tomasza Kucharskiego, że przecież powinni już odcinać kupony od sławy i mieszkać w wygodnych domach z basenem, tylko popatrzyli na mnie z wiele znaczącymi uśmiechami. Nie musieli odpowiadać. Stąd na określenie pekińskiej porażki słowo „zawód” mi nie pasuje. Czy mamy mieć pretensje do Pyrek czy Dołęgi, że im nie wyszło? Chcieli, dali serce, nie oszukiwali, zatem nie zawiedli. Oni nie.

Polska nie jest sportową potęgą, a czasy, gdy nie mieliśmy sobie równych w boksie czy zapasach, minęły. Czy bezpowrotnie? Oby nie, choć ostatnie lata, a i pekińskie igrzyska, optymizmem napawać nie mogą. Nasz sport czeka gruntowna przebudowa, trzeba z niego wyeliminować patologie, ludzi, którzy szkalują jego dobre imię. Takich nie brakuje, o czym mogliśmy się przekonać w samej tylko stolicy Chin. Wysoko postawiony działacz wydalony z wioski olimpijskiej za niegodne zachowanie to przecież kompromitacja na cały świat. Trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie, czemu było, jak było, skoro na przygotowania naszych reprezentantów wyłożono rekordową sumę pieniędzy i zapewniono im optymalną formę przygotowań. To wersja oficjalna, a ciekawe, co na ten temat mają do powiedzenia szermierze czy pływacy.

Zmiany są konieczne i co do tego zgodni są chyba wszyscy zarządzający polskim sportem. Zmiany organizacyjne, ale i w mentalności. Na sukces pracuje się latami, zaczynając od podstaw – dzieci i młodzieży. Wiele klubów – nie z własnej winy – funkcjonuje w koszmarnych warunkach, korzysta z przestarzałego sprzętu, nie ma pieniędzy, zatem nie ma jak zachęcić najmłodszych do podjęcia treningów. Talenty, nawet jeśli są wychwytywane, w pewnym momencie stają przed wyborem dalszej drogi, i co? Czy zaryzykują przygodę ze sportem, która może nie zapewnić im bytu, lecz niepewność kryjącą się za rogiem? Od lat nasi zawodnicy utrzymują się ze stypendiów zdobywanych za dobre miejsca na najważniejszych imprezach, nie wyłączając mistrzów olimpijskich. Słabszy występ, porażka może oznaczać w tym przypadku katastrofę i brak pieniędzy nie tylko na szkolenie, ale i na życie. Po igrzyskach wielu sportowców powinno udać się na odpoczynek, kolejny rok potraktować ulgowo, by nabrać sił na następne lata startów. W tej sytuacji, gdy walczą o byt, to nierealne. Czy nad najlepszymi nie warto w tej sytuacji rozpiąć parasola ochronnego? Inna sprawa to premiowanie tych najlepszych. Sport to też jest zawód, zajęcie, wymagające wyrzeczeń i poświęceń. Spore grono zwolenników ma również pomysł, by skupiać uwagę na mistrzach, medalistach najważniejszych imprez, a nie rozdrabniać się na zawodników zajmujących lokaty szóste-ósme. Taki system mógłby być dodatkowym czynnikiem mobilizującym i motywującym w drodze do mistrzostwa.

Igrzyska w Pekinie są już przeszłością. Przyniosły nam trochę radości, więcej łez, smutku i rozczarowań. Teraz czekamy na odpowiedzi na wiele ważnych pytań i zmiany, które już zresztą zapowiedział minister sportu Mirosław Drzewiecki. Czekamy na ludzi młodych, ambitnych, z czystymi życiorysami, którzy nie będą obawiali się wziąć na siebie odpowiedzialności, podjąć ryzyka, a wszystko po to, by za cztery lata w Londynie móc wreszcie przekroczyć tę granicę dziesięciu medali. Bądźmy szczerzy: jak na 40-milionowy Naród, jak na tak liczną reprezentację, to naprawdę marny wynik. Polski sport zasługuje na coś lepszego.


Piotr Skrobisz
drukuj