Dyktat, który znamy z przeszłości
W mijającym tygodniu Jerzy Buzek został przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Ustępujący szef PR Hans-Gert Poettering w wywiadzie dla „Deutsche Welle” tak go komplementował: „Jest cudowny. Przyjaźnię się z nim od wielu lat, więc jest także następcą, jakiego sobie życzyłem. Podobnie myślimy i dlatego wspaniale jest, że zostanie przewodniczącym PE”. Z kolei nowy szef Parlamentu Europejskiego w wypowiedziach dla mediów europejskich podkreślał: „Traktat lizboński jest ważnym narzędziem i dlatego jest nam potrzebny”.
Tymczasem szef największej frakcji w PE francuski eurodeputowany Joseph Daull z chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej zaproponował, by kraj, którego prezydent nie podpisze ratyfikacji traktatu z Lizbony, został ukarany pozbawieniem go unijnego komisarza. Miał na myśli przede wszystkim Czechy, ale w domyśle również Polskę. Groźba Daulla, który głośno powiedział to, o czym od jakiegoś czasu szeptano w brukselskich gabinetach, dotyczy też zapewne Irlandii, gdyby nie powiodło się ponowne referendum w tym kraju wyznaczone na 2 października. Nie wiadomo, czy francuski polityk miał też na myśli Niemcy, bo przecież Federalny Trybunał Konstytucyjny wstrzymał podpis prezydenta Niemiec pod traktatem i uzależnił ratyfikację od wzmocnienia pozycji Bundestagu i Bundesratu w stanowieniu prawa europejskiego.
Werdykt FTK w Karlsruhe oznacza w praktyce sygnał ostrzegawczy dla polityków, którzy dali zielone światło do tworzenia superpaństwa europejskiego kosztem suwerenności państw narodowych. W Niemczech ożywiła się dyskusja, bo kanclerz Angela Merkel chciałaby na chybcika jeszcze we wrześniu przepchnąć przez Bundestag ustawę kompetencyjną, by usunąć „formalną” przeszkodę do ratyfikacji eurokonstytucji przez Niemcy. Jednak współkoalicjant CDU, której szefową jest Merkel, bawarska CSU, zaproponował, by stosować w Niemczech jako zasadę przeprowadzanie referendum w każdej istotnej sprawie, w której UE w jakikolwiek sposób ograniczałaby kompetencje państwa narodowego.
Ta propozycja wywołała konsternację. Gdy okazało się, że CSU nie zamierza ustąpić, to konsternacja zamieniła się panikę nie tylko w Niemczech. Nie od dzisiaj wiadomo, że gdyby w Niemczech odbyło się referendum w sprawie Lizbony, to traktat wylądowałby w koszu na śmieci. Podobnie w kilku innych krajach, np. w Wielkiej Brytanii. Unioentuzjaści boją się referendów jak diabeł święconej wody, bo wiedzą, że tylko metodami zakulisowymi, z pominięciem woli wyborców, uda się im przeforsować ich totalitarne pomysły. Francja i Holandia odrzuciły w maju i czerwcu 2005 eurokonstytucję. Wymyślono zatem – zgodnie z zasadą, że trzeba wiele zmienić, by wszystko zostało po staremu – traktat lizboński, który jest w ponad 90 proc. powieleniem eurokonstytucji i ze strachu przed europejską opinią publiczną ustalono, że w innych krajach poza Irlandią nie będzie poddawany referendum.
Realizacja celów międzynarodowej oligarchii kosztem suwerenności państw narodowych wzbudza sprzeciw wielu środowisk w Europie. Werdykt FTK z Karlsruhe powinien być zwłaszcza w Polsce poddany rzetelnej i głębokiej analizie. Dopóki traktat lizboński nie zostanie obwarowany specjalnymi zabezpieczeniami w naszej Konstytucji, nie powinien być absolutnie ratyfikowany. Ten, kto głosi, że Polska powinna bez specjalnych klauzul niezwłocznie ratyfikować eurokonstytucję, ten działa na rzecz utraty suwerenności. Warto przypomnieć, że ponad rok temu (przy okazji słynnego „kompromisu” w sprawie złożenia podpisu prezydenta pod ratyfikacją) Donald Tusk i Lech Kaczyński ustalili, że zostanie najpierw przyjęta przez polski parlament ustawa kompetencyjna. Ustawy nie ma, a polityka spolegliwości ułatwia, jak to określił Tadeusz Cymański, komentując groźby Daulla, „dyktat, który już znamy z przeszłości”. Kto nie szanuje sam siebie, ten nie jest szanowany przez innych.
Jan Maria Jackowski
