Dowódca załogi nie był nowicjuszem
Z kpt. pilotem Robertem Nowakowskim, szkolnym kolegą ppłk. Roberta Grzywny
i mjr. Arkadiusza Protasiuka, rozmawia Marta Ziarnik
Pamięta Pan okoliczności, w których poznał członków załogi Tu-154M?
– Z załogi tupolewa miałem okazję poznać Arka Protasiuka i Roberta Grzywnę.
Nasze drogi skrzyżowały się na unitarce [okres próbny przed przysięgą wojskową]
do jeszcze wtedy Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. Było to w 1993
roku. Wszyscy zakwaterowani zostaliśmy we wspólnej sali. I to właśnie między
innymi Arek i Robert – absolwenci liceum lotniczego – jako bardziej obyci ze
środowiskiem wojskowym, byli dla mnie swego rodzaju osobami wprowadzającymi.
Któryś z nich w szczególny sposób utkwił Panu w pamięci?
– Po zakończonym okresie unitarnym, zwieńczonym przysięgą wojskową i
immatrykulacją, nasze drogi nieco się rozeszły. Arek Protasiuk został
przydzielony do innej grupy szkoleniowej niż ja i Robert Grzywna. Miało to swoje
istotne konsekwencje. Różne grupy szkoleniowe miały praktyki w różnych okresach
i na innych lotniskach. Dodatkowo praktyki trwały zwykle kilka miesięcy, także w
późniejszym okresie częściej przebywałem z Robertem i to właśnie jego miałem
okazję najlepiej poznać.
Wyróżniał się w jakichś dziedzinach?
– Życzyłbym sobie mieć więcej takich kolegów jak mój imiennik. Mogę tu
wypowiadać się jedynie w swoim imieniu, ale wydaje mi się, że Robert miał
pozytywny wpływ nie tylko na mnie, ale i na pozostałych naszych kolegów. Jak
nikt inny potrafił on poprawić nastrój nawet najtwardszemu pesymiście. Świetnie
grał na instrumentach klawiszowych i znał wręcz nieprawdopodobną liczbę utworów
muzycznych. Pamiętam, że parodia disco polo w jego wykonaniu zawsze doprowadzała
nas do łez i zakwasów mięśni brzucha. Obaj z Arkiem zawsze starali się prowadzić
aktywny tryb życia. Lubili sport, między innymi świetnie jeździli na nartach.
Robert wiele razy i z nieukrywaną dumą pokazywał mi filmiki swojej córki
Martynki, szusującej po stoku pod czujnym okiem taty.
Utrzymywaliście Panowie kontakty po ukończeniu szkoły w Dęblinie?
– Po promocji w Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych, która miała miejsce
w 1997 roku, nasze drogi, niestety, znacznie się rozeszły. Co prawda
utrzymywaliśmy stały kontakt z Robertem, ale oczywiście nie było to już to samo,
co za czasów studenckich. Od czasu do czasu widywaliśmy się przelotnie podczas
urlopów, ale znacznie częściej dochodziło do krótkich spotkań podczas wylotów do
Warszawy lub na innych lotniskach. Ostatni nasz wspólny dłuższy pobyt miał
miejsce miesiąc przed katastrofą, na obozie szkoleniowo-kondycyjnym w Zakopanem.
Grzywna i Protasiuk byli skłonni do podejmowania ryzykownych zachowań w
powietrzu?
– W tej kwestii mogę się wypowiedzieć tylko w ograniczonym zakresie i tylko
jeśli chodzi o Roberta, bo z nim spędzałem więcej czasu. Z okresu szkoły nie
przypominam sobie sytuacji, w której można by wyciągać wnioski o nadmiernym
ryzyku czy o ryzykownym jego zachowaniu podczas lotów itp. Od 1997 roku
lataliśmy już jednak w innych jednostkach i na różnych typach samolotów, także
nic więcej w tej sprawie nie mogę powiedzieć. W kontaktach towarzyskich nigdy
też nie zauważyłem u niego żadnych ryzykownych czy nieracjonalnych zachowań.
Czy Pan – jako pilot – dopuszcza myśl, że mjr Protasiuk mógł ryzykować w
Smoleńsku z obawy np. przed konsekwencjami odmowy lądowania?
– Wątpię w taką możliwość. Członkowie rządowego tupolewa nie byli nowicjuszami.
Mieli wylatane z najważniejszymi osobami w państwie setki godzin i z pewnością
potrafili być asertywni. Tutaj niektórzy przypominają o incydencie podczas lotu
do Tbilisi. Wobec załogi – między innymi również wobec Arka – próbowano co
prawda wyciągnąć konsekwencje służbowe za działanie zgodne z prawem i w dobrej
wierze. I mogło to mieć niekorzystny wpływ nie tylko na tamtą załogę, ale i na
innych pilotów pracujących w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego. Ale
wysuwanie wniosków, że dowódca załogi świadomie podjął ryzyko lądowania z obawy
przed ewentualnymi konsekwencjami, jest naprawdę niedorzeczne.
Z informacji rosyjskiego MAK wynika, że załoga Tu-154M działała nieprawidłowo
i nieracjonalnie.
– W raporcie MAK nie ma przykładów takich nieracjonalnych zachowań. To powinien
być dokument bezstronny i przedstawiający tylko fakty i ewentualnie
prawdopodobne teorie w przypadku braku możliwości jednoznacznego określenia
jakichś przyczyn. Natomiast wskazuje jako główną przyczynę błędy załogi Tu-154M.
Jak ocenia Pan pracę rosyjskich kontrolerów z 10 kwietnia?
– Jestem w stanie sobie wyobrazić, że stale pogarszające się warunki
atmosferyczne i świadomość rangi przylatującej zagranicznej delegacji
powodowały, iż obsada wieży smoleńskiego lotniska działała pod olbrzymią presją.
Do tego trzeba dodać, że Smoleńsk Północny jako nieczynne lotnisko wojskowe miał
bardzo ograniczone możliwości technicznego zabezpieczenia przylotu polskiej
delegacji. Mam tu na myśli głównie przestarzały sprzęt naprowadzania i brak
możliwości lotniskowych służb meteorologicznych w szybkim przesyłaniu danych o
bieżącej pogodzie i jej trendach w lotniczych depeszach METAR i TAF.
Podejrzewam, że gdyby załoga mogła zapoznać się z najświeższymi depeszami z
lotniska Siewiernyj, decyzja o starcie mogła być przesunięta o kilka godzin. Ale
to już są spekulacje.
Dlaczego – Pana zdaniem – nie skierowano załogi od razu na inne lotnisko?
– Kontrolerzy powinni zdecydowanie zabronić podejścia i lądowania na Siewiernym
i skierować tupolewa na lotnisko zapasowe. Jednak Rosjanie zachowywali się
biernie w tej sytuacji. Nie zabronili załodze wykonania próbnego podejścia do
lądowania w nadziei, że po stwierdzeniu rzeczywistych warunków poniżej minimum
załoga podejmie samodzielną decyzję o lądowaniu na lotnisku zapasowym i tym
samym zostanie zdjęta z Rosjan wszelka odpowiedzialność odnośnie do ewentualnych
opóźnień i utrudnień w związku z zaistniałą sytuacją.
Raport MAK całkowicie obarcza odpowiedzialnością za katastrofę załogę
tupolewa, zdejmując ją z kontrolerów.
– Raport nie jest do końca obiektywny. Gdyby kontrolerzy zdecydowanie
zareagowali na pogarszające się warunki meteorologiczne i zamknęli lotnisko,
wówczas do tej katastrofy by nie doszło. MAK całkowicie bagatelizuje lub pomija
jakiekolwiek możliwe błędy lub niedociągnięcia rosyjskiej strony. Dlatego myślę,
że w ten sposób MAK zdyskredytował się jako bezstronna komisja badająca
przyczyny katastrofy.
Jak ocenia Pan dotychczasowy tok śledztwa w sprawie katastrofy i sposób jego
prowadzenia?
– Śledztwo ciągle jeszcze trwa i myślę, że na tym etapie bardzo ciekawe mogą
okazać się wnioski po lotach porównawczych na bliźniaczej jednostce o numerze
burtowym 102. Wyniki te mogą potwierdzić lub obalić kilka hipotez związanych z
decydującymi fazami feralnego lotu.
Czego nadal brakuje Panu w dochodzeniu?
– Chyba wszyscy czekamy na szybkie i sprawne przekazanie wszystkich akt i
dowodów stronie polskiej, ponieważ dopiero wtedy będzie można zweryfikować prace
polskich i rosyjskich specjalistów i definitywnie rozwiać jakiekolwiek
wątpliwości.
Dziękuję za rozmowę.
