Dorzynający watahy i Breivik
O czym minister spraw zagranicznych polskiego rządu opowiada poza
granicami naszego kraju? Podczas środowej wizyty w Wielkiej Brytanii Radosław
Sikorski ogłosił, że w Polsce nie brakuje ludzi myślących podobnie jak morderca
Behring Breivik, który w Norwegii strzelał do swoich rodaków i zabijał ich.
Wypowiedź ministra, która może zostać potraktowana jako próba kreowania
negatywnego wizerunku Polski, częściowo mogłaby być usprawiedliwiona tym, iż
dotyczy samego ministra, stanowiąc swoisty element samokrytyki.
Do Londynu Radosław Sikorski udał się w środę, aby spotkać się z ministrem spraw
zagranicznych Wielkiej Brytanii Williamem Hague´em. Najgłośniejszym echem wizyty
szefa polskiej dyplomacji nie odbiły się wcale rezultaty rozmów dotyczących
priorytetów polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej, lecz wypowiedź
Sikorskiego na zupełnie inny temat. Słowa szefa polskiego MSZ odnoszące się do
czynu dokonanego w Norwegii przez Behringa Breivika, który zamordował
kilkudziesięciu swoich rodaków, przytoczyła Polska Agencja Prasowa: – W Polsce
nie brak ludzi myślących tak jak Behring Breivik, który strzelał do rodaków, by
obalić rząd, ponieważ uważa, że jest on pozbawiony prawnego i politycznego
tytułu do rządzenia – powiedział Radosław Sikorski. Miejsce na postawienie
takiej diagnozy wybrał sobie cokolwiek dziwne. Trudno jednak ministrowi
Sikorskiemu, co do meritum, nie przyznać racji. Szczególnie że – zwłaszcza w
ciągu ostatnich sześciu lat – język debaty politycznej niezwykle się zaostrzył,
a jedna formacja polityczna ciągle buduje swoją pozycję na podsycaniu w
społeczeństwie nienawiści do drugiej formacji. Efekty tego można zaobserwować,
choćby przeglądając internetowe fora, gdzie dyskusje na tematy polityczne –
wskutek wręcz zachęcania przez polityków do używania takiego języka – polegają
przede wszystkim na wymienianiu się inwektywami. Trudno oprzeć się wrażeniu, że
minister Sikorski, formułując powyżej przytoczoną wypowiedź, musiał mieć na
myśli np. jegomościa – dzisiaj ważnego polityka partii rządzącej – który w
październiku 2007 r., podczas kampanii wyborczej, przystępując do wtedy jeszcze
opozycyjnej partii, stwierdził: – Jeszcze jedna bitwa, jeszcze dorzniemy watahy,
wygramy tę batalię – mówił ten polityk. Motyw "dorzynania" w języku politycznym
wciąż pozostawał obecny. Przed ponad rokiem, podczas kampanii prezydenckiej,
ówczesny wiceszef klubu partii rządzącej popierający kandydaturę Bronisława
Komorowskiego mówił o "zastrzeleniu i wypatroszeniu" szefa partii opozycyjnej,
który był największym konkurentem Komorowskiego w wyborach prezydenckich. Od
słów, niestety, doszło do czynów i wielkiej tragedii. W październiku ubiegłego
roku Ryszard C. – były członek obecnie rządzącej partii – wtargnął do biura
największej partii opozycyjnej. Wykrzykiwał, że chce zamordować lidera opozycji.
Mimo że swojego celu nie zastał, zamordował jednego z pracowników biura, a
drugiemu poderżnął gardło. Rzeczywiście mieliśmy również do czynienia z
negowaniem tytułu do rządzenia. I już nie chodzi nawet o to, że media przychylne
jednej formacji politycznej, a zwalczające drugą przyzwalały, by wypowiadający
się na ich antenie obrażali wybranego w demokratycznych wyborach prezydenta RP,
który nie wywodził się z popieranej przez nie partii. Przykład szedł z góry – od
samego rządu. Na przykład w październiku 2008 r. obecny wciąż rząd, negując
kompetencje i uprawnienia prezydenta RP, próbował uniemożliwić wybranej w
demokratycznych wyborach głowie państwa wzięcie udziału w szczycie Unii
Europejskiej. Dopuszczając się przy tym żenującego i ośmieszającego nasz kraj na
arenie międzynarodowej chwytu – odmawiając prezydentowi RP oddania do dyspozycji
rządowego samolotu. Sprawa ta otarła się nawet o Trybunał Konstytucyjny, który
nie poparł sposobu rozumowania rządu, stwierdzając pokrótce, że "prezydent może
sobie latać, gdzie chce". Miejmy nadzieję, że minister Radosław Sikorski,
dokonując w Londynie swoistej samokrytyki, podjął już także decyzję o mocnym
postanowieniu poprawy i do podobnego kroku namówi jak największą liczbę swoich
partyjnych kolegów.
Artur Kowalski
