Dlaczego zginął mój syn?

Z Janiną Stawisińską, matką 21-letniego Janka, jednego z dziewięciu górników zamordowanych w Kopalni „Wujek”, o jego dzieciństwie i młodości, tragicznych wydarzeniach w kopalni, walce o życie syna i wytrwałym poszukiwaniu sprawiedliwości rozmawia Justyna Wiszniewska


Jakim chłopcem był Janek?


– Był dobrym synem. Łatwo nawiązywał kontakty, bardzo ufał ludziom, nigdy nikogo o nic złego nie podejrzewał. Był sportowcem w każdym calu! Grał w piłkę nożną, w siatkówkę, w koszykówkę – miał ku temu dobre warunki fizyczne, 198 cm wzrostu. Był płetwonurkiem i młodszym ratownikiem WOPR nad jeziorem w Lubowie, w ośrodku Koszalińskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego (KPB), gdzie pracował mój mąż. Jeździliśmy tam co roku, kiedy dzieci były małe. Ja pracowałam wtedy w WSS „Społem”, byłam kierownikiem sklepu. Mój mąż pracował jako blacharz i dekarz. Miał poważny wypadek w pracy – spadł z dachu. Leżał pół roku w gipsie. Całe szczęście, że uszedł z życiem, ale musiał przejść na zasiłek chorobowy. Mawiał potem: „Spadłeś z dachu, już po fachu”. Mieliśmy trójkę małych dzieci – Jasiu miał wtedy 6 lat i brakowało nam pieniędzy. Dlatego w czasie urlopu musiałam szukać innej pracy, żeby dorobić parę groszy. Wtedy mąż już mógł trochę chodzić i zajmował się dziećmi. Dlatego kiedy Janek skończył 14 lat, w każde wakacje pracował jako ratownik, żeby mnie odciążyć.


Janek chodził do technikum elektrycznego… Jak to się stało, że aż z Koszalina zawędrował do pracy do Katowic?


– Jasiek bardzo przeżywał, że muszę tak dużo pracować. Do Lubowa przyjeżdżali zaprzyjaźnieni z nami państwo Ciszewscy z Katowic. Chyba pod wpływem rozmów z panem Stanisławem Ciszewskim Janek podjął decyzję, że pojedzie do Katowic do pracy w kopalni, gdzie będzie mógł więcej zarobić. Prosiłam go: „Synku, nie jedź, zrobisz maturę, to wtedy pojedziesz, wtedy zrobisz, co tylko będziesz chciał”. Ale on przerwał naukę w technikum i pojechał tam na rok przed maturą. Pracował w „Wujku” prawie trzy lata. Zanim przydzielono mu pokój w hotelu robotniczym, mieszkał właśnie u państwa Ciszewskich i tam czuł się jak w rodzinie. Zmywał, gotował, prał – umiał wszystko zrobić.


Był uczynnym i zaradnym chłopakiem…


– Ponieważ ja musiałam dużo pracować, nie mogłam wszystkiego robić w domu. Dzieci – Janek, Małgosia i Beata – same robiły sobie grafiki, na których było rozpisane, co kto robi danego dnia, i wieszały je w kuchni na ścianie. Dlatego potem umiały sobie radzić w życiu. Ja przychodziłam późno do domu i najczęściej o sprawach naszych dzieci, o ich problemach i radościach rozmawialiśmy przy kolacji. Dziś Beata mieszka w USA, ma dwóch synów – Michała i Kubę. Małgosia mieszka w Szczecinie i ma Jasia i Piotrusia. Janek i Piotrek również pracowali latem jako ratownicy, podobnie jak wcześniej ich wujek, mama i ciocia. Od zeszłego roku w czasie wakacji pracują na Helu jako instruktorzy kitesurfingu [latawiec z deską surfingową – przyp. red.].


Na jakim stanowisku pracował Pani syn w Kopalni „Wujek”?


– Jasiu pracował na oddziale VII jako elektryk. Wcześniej, zanim poszedł do technikum elektrycznego, skończył szkołę zasadniczą pocztową.

Zadowolony był z pracy? O czym opowiadał, gdy przyjeżdżał do domu?

– Kiedy po raz pierwszy przyjechał z Katowic po trzech miesiącach pracy w kopalni, to mówił śląską gwarą. Żartowałam: „Synku, ty tak godosz, jakbyś tam się urodził”. Ale on zawsze podkreślał: „Mamo, jacy tam są wspaniali ludzie, ja takich ludzi jeszcze nigdy nie spotkałem, są tacy dobrzy, pomagają mi, tak mi 'ojcują'”. Mówił o Ślązakach i górnikach w samych superlatywach. A oni rzeczywiście traktowali go jak synka. Kiedyś miał wypadek na taśmie, w którym poważnie zostały podrażnione jego oczy, i leżał wtedy przez jakiś czas w szpitalu. Nawet mi o tym nie powiedział, żebym się nie martwiła. Dowiedziałam się dopiero później, kiedy znalazłam jego dokumenty ze szpitala.

Wpłacał do spółdzielni mieszkaniowej „Górnik” składki na mieszkanie i chciał, żeby dziewczyny tam przyjechały, bo Małgosia z Beatą chciały studiować na AWF w Katowicach. To było blisko kopalni… Cały czas myślał, żeby mi pomóc… No i pojechał do tych Katowic…


Z kim Janek mieszkał w hotelu robotniczym?


– Najpierw mieszkał z Jankiem Domżalskim, który zawsze mówił, że gdyby nie mój syn Janek, to on by tam brudem zarósł, ponieważ zawsze sprzątał, gotował itd. Jak mam czas, to jadę do Domżalskich zobaczyć, co u nich słychać. Potem mieszkał z Andrzejem Żłobińskim. Obaj byli przyjaciółmi mojego syna.


Czy Janek należał do „Solidarności”?


– Mam trzy paski z jego wypłaty, z których wynika, że były potrącane pieniądze na spółdzielnię mieszkaniową i na „Solidarność”, czyli płacił składki. W tym czasie marzył, żeby zostać geologiem. Chodził do technikum górniczego na Mikołowskiej, które znajdowało się bardzo blisko hotelu i pracy. Nocą pracował, a w dzień się uczył. Pani Maria Studencka była jego wychowawczynią. Gdy potem leżał ranny w szpitalu w Ochojcu, to przychodziła go odwiedzać.


W jakich okolicznościach dowiedziała się Pani o wydarzeniach w Kopalni „Wujek”?


– Pracowałam wtedy w CPN. Miałam nocny dyżur, podczas którego słuchałam Radia Wolna Europa i usłyszałam o wydarzeniach w „Wujku”. Napisałam od razu podanie o urlop i rano poszłam do urzędu miasta po przepustkę dla siebie i dla mojej córki Beaty. Napisałam, że w Katowicach mam starą matkę, która jest chora i chciałam się z nią zobaczyć. Gdybym napisała prawdę, to z pewnością tej przepustki bym nie dostała. Beata pojechała ze mną, ponieważ dobrze znała Katowice. Już wcześniej jeździła do Janka i zawoziła mu jedzenie, ponieważ wtedy niczego nie można było dostać w sklepach. Tym razem też wiozłyśmy dla Jasia wędliny, śledzie. Myślałam sobie: „Może Jasiu nie będzie mógł przyjechać na święta, to mu to zawiozę”. Przyjechałyśmy pociągiem do Katowic 19 grudnia o 5.27. Potem jechałyśmy autobusem koło ustawionego pod kopalnią krzyża. Zrobiony był z desek i pomalowany farbą orzechową. Obok leżało na murku 9 hełmów. Niedaleko od tego miejsca mieszkali państwo Ciszewscy. I tam się wszystkiego dowiedziałam. Pamiętam, jak pani Ciszewska powiedziała do mnie: „Pani Janko, Jasiu leży w Szopienicach w szpitalu, ma przestrzeloną głowę. Nie możemy teraz jechać, bo można pójść do szpitala dopiero o 14.00. Zrobimy herbatę, coś do jedzenia i poczekamy”. Przyjechali też koledzy syna – Janek i Andrzej, i wszyscy razem pojechaliśmy do szpitala.


Czy udało się ustalić, w jaki sposób Janek mógł znaleźć się pod obstrzałem plutonu ZOMO i w którym miejscu do niego strzelano?


– Nie, tego nie udało się ustalić do dziś. Jak jeszcze żył Adam Skwira, który był członkiem Komitetu Strajkowego, to mówił, że Jasiu wskakiwał na czołgi, zatrzaskiwał włazy. On się niczego nie bał, a przy tym był bardzo silny i taki wielki, wszędzie sięgnął ręką. Potwierdzał to jeszcze jeden górnik, który był zwolniony z pracy i szykanowany, ale nikt więcej poza nimi.


Czyli na czas wydarzeń Janek zniknął z pola widzenia znajomych, tak że nie wiedzieli, co się z nim dzieje?


– Tak. Do pewnego momentu trzymali się we trójkę – mój Jasiek, Andrzej Żłobiński i Janek Domżalski, a później w pewnym momencie znikli sobie z oczu. Andrzej był przy bramie kolejowej, a Jasiu przy bramie głównej. Pozostaje zagadką, gdzie zomowcy znaleźli Janka. Przewieźli go razem z zabitymi górnikami do szpitala do Szopienic. Leżał tam anonimowo jako górnik nr 1. Gdyby od razu trafił do kliniki neurologicznej w Ligocie, to miałby szansę na przeżycie, bo miał bardzo silny organizm. Ale zomowcy zwalili zabitych górników jak worki, i Jaśka, który jeszcze żył, razem z nimi. Dopiero pracownicy zauważyli, że on się rusza, i przenieśli go na chirurgię ogólną. Tam miał operację, którą przeprowadzał laryngolog (!).


Czy zomowcy mogli go potraktować jako już nieżyjącego?


– Nie. Bo jak go wkładali na tych, co już nie żyli, to on się ruszał. Próbowali wtedy dobijać go pałami. Opowiadała mi o tym pani, która pracowała na portierni i to widziała. Później była nocami przesłuchiwana w Komendzie Wojewódzkiej MO i strasznie się bała. Wyjechała potem do swojej córki do Niemiec, bo obawiała się o swoje życie.


Czyli w szpitalu w Szopienicach zoperował Janka laryngolog, co nie przyniosło oczekiwanych skutków. Czy to dlatego Pani syn został przewieziony do szpitala w Ochojcu?


– Po Janka przyjechała karetka ze szpitala z Ochojca i nie mam pojęcia, kto to spowodował – ktoś życzliwy. Na pewno nie lekarze z Szopienic. Nikt się dotąd nie przyznał. Było wtedy 25 stopni mrozu, straszne koleiny na ulicach, a kierowca jechał z ogromną szybkością. Ja tylko się modliłam całą drogę, żeby nic się nie stało. Jakoś szczęśliwie dojechaliśmy. Leżał tam już Mirek Bronisz – był ranny w głowę, leżał też już Joachim Gnida, który wbrew zapisom w dokumentach miał – według mnie – przestrzeloną krtań. Wielu górników leżących na oddziale chirurgii urazowej SB brało na przesłuchania, nawet tych, którzy nie mogli wstać. Przewozili ich razem z łóżkami do jednego ze szpitalnych pokoi, a skoro ktoś nie mógł wstać sam z łóżka, to przecież oznaczało, że był w ciężkim stanie. Tam w Ochojcu Janek miał drugą operację i wykonał ją chirurg neurolog Jerzy Stasiak z kliniki neurologicznej w Ligocie.


Jaki był stan Janka po drugiej operacji?


– Cały czas był w śpiączce. Sprowadzili dla niego z Warszawy specjalny lek regenerujący mózg. Słyszałam jednak, jak lekarze mówili, że jest już za późno, że gdyby dwa tygodnie wcześniej podali ten lek, to może by pomógł. Joasia – dziewczyna Janka (mieli się pobrać w czerwcu), która była na piątym roku medycyny, przyjechała do Katowic. Podobnie jak ja zatrudniła się w szpitalu w Ochojcu. Ona pracowała jako pielęgniarka na oddziale neurologii, a ja pracowałam jako salowa. To ona właśnie specjalnie jeździła po ten lek na dworzec. Kierowca taksówki, który ją wiózł z dworca do Ochojca, kiedy dowiedział się, dla kogo jest ten lek, nie chciał wziąć od niej pieniędzy za przejazd. Cały czas mam z Joasią kontakt, wysyłamy sobie życzenia na święta. Wyszła za mąż, ma dwoje dzieci: Tomka i Olę – bardzo fajne dzieciaki. Jak jeździłam na sprawy do Warszawy, to zawsze u niej się zatrzymywałam. Bardzo dobra i skromna dziewczyna. Nie musiała tam przyjeżdżać, a jednak przyjechała i pracowała tam razem ze mną.


Pomysł zatrudnienia się w szpitalu w Ochojcu był ciekawy i niezwykle odważny. Jak do tego doszło?


– Na święta na krótko wróciłam do Katowic. W CPN wzięłam urlop bezpłatny, a już w drugim dniu świąt wyjechałam z powrotem do Katowic, bez przepustki. Pomyślałam: „Niech się dzieje wola Boża. Nie będę nikogo szukać, prosić – jadę!”. Pani Ciszewska poszła ze mną do Wojewódzkiej Rady Narodowej do Wydziału Zdrowia. Napisałam podanie o przyjęcie mnie do pracy na oddziale intensywnej terapii w szpitalu w Ochojcu. I przyjęli mnie. Gdybym poszła z podaniem do kadr, pewnie by mnie nie przyjęli, a tutaj jeszcze nikt nie wiedział, kim jestem. Tak więc 27 grudnia poszłam na 6.00 rano do pracy i pracowałam aż do 25 stycznia 1982 roku. Dzięki temu mogłam być cały czas blisko mojego syna.


Nie rozpoznano Pani, nie próbowano szykanować?


– Mieszkałam w małym hotelu przeznaczonym dla salowych, a Joasia obok w wieżowcu dla lekarzy i pielęgniarek. Kiedyś, gdy szłam do domu o 2.00 w nocy, zaczęli mnie gonić zomowcy. Gdyby nie jeden pan, który otworzył mi drzwi, to by mnie spałowali na ulicy.


Czy oprócz tego incydentu próbowali jeszcze Panią nachodzić?


– Przychodzili w dzień do pracy, nawiązywali ze mną rozmowę, przekonywali, że są przyjaciółmi, a później okazało się, że próbowali wyciągać informacje. Pamiętam, że 2 stycznia 1982 r. zmarł J. Gnida. Przyszli wtedy dwaj mężczyźni, m.in. uniewinniony niedawno Marian Okrutny, i chcieli koniecznie wejść na salę, tam, gdzie leżał mój syn. Doktor Mater, który miał dyżur, jednak ich nie wpuścił z uwagi na ciężki stan syna. Niestety, Janek zmarł 25 stycznia 1982 roku.

Jak wyglądał powrót do Koszalina i pogrzeb?

– Zwolniłam się z pracy w szpitalu i 26 stycznia już wyjeżdżaliśmy. Pogrzeb został zaplanowany na 29 stycznia w Koszalinie. Z zakładu pogrzebowego w Katowicach miała wyjechać nyska. Jechali dwaj kierowcy. Już była przygotowana trumna i wieńce od kolegów z pracy, ponieważ górnikom nie pozwolono przyjechać na pogrzeb. Mogły być tylko najbliższe osoby. Ja wyjechałam wcześniej taksówką z Sosnowca, a nyska miała jechać za nami. Dojechaliśmy prawie do Jastrowia, a ich nie ma i nie ma. Stanęliśmy pod lasem i czekamy, aż oni do nas dołączą. Bałam się, że pojedziemy do Koszalina bez nich. Okazało się, że jak tylko wyjechali z zakładu pogrzebowego, nyska się zepsuła. Musieli wrócić i przełożyć trumnę do fiata kombi. Trumna miała dwa metry długości. Ponoć stała w zakładzie pogrzebowym bardzo długo, bo była taka nietypowa, na bardzo wysokiego człowieka. Górnicy potem mówili, że jakby czekała gotowa na Janka. W końcu jednak nas dogonili, ale to nie był koniec kłopotów. Przy wjeździe do każdego miasta i przy wyjeździe samochody były kontrolowane przez milicję. My mieliśmy taką kontrolę w Jastrowiu i niby wszystko było w porządku, ale jak ruszyliśmy, nagle zaczęli nas gonić na sygnale i zatrzymali fiata kombi. Okazało się, że kierowcy mieli dokumenty, zezwolenie itp. wystawione na nyskę, a nie na fiata kombi. Zrobiła się wielka afera. Kierowcy kłócili się po śląsku z milicjantami i krzyczeli: „Jak to, momy nazod jechać teroz do Katowic, bo nie ma dokumentów?! Nyska się zepsuła! My momy wrocać teroz?!”. I milicjanci ich puścili. Przyjechaliśmy do Koszalina. Poprosiłam kierowcę, żeby podjechał pod nasz blok, aby Janek jeszcze przez chwilę postał pod domem, skoro nie mógł już do niego wrócić. Pogrzeb odbył się w parafii Świętego Krzyża. Ksiądz Rajmund Marszałkowski, który potem pojechał na misje do Kenii, wygłosił piękne kazanie. Cmentarz był obstawiony, wszędzie byli funkcjonariusze SB, nagrywali każde słowo… Całe szczęście, że nie legitymowali ludzi.


Czy można było napisać na nagrobku, w jakich okolicznościach Janek poniósł śmierć?


– Plastyk, który zaprojektował pomnik Jasia, nazywa się Zygmunt Wujek – taki dziwny zbieg okoliczności. Pomnik składa się z dużych słupów kamiennych, po to, żeby trudno było go zniszczyć, bo istniała obawa, że zostanie zniszczony, podobnie jak stało się to z krzyżem postawionym zaraz po pacyfikacji pod Kopalnią „Wujek”. On na jednym cokole wycinał w kamieniu litery, ale wycinał je od dołu, a nie od góry, żeby nie od razu były zauważone. Dodatkowo na grobie jest tablica z wyrytym napisem: „Za śmierć dla jutra, za ten lot słoneczny, o Polsko!, odmów odpoczynek wieczny”.


Czy byli potem Państwo inwigilowani?


– Cały czas do 1989 r. nas inwigilowali. Zaraz jak wróciłam po pogrzebie Jasia do pracy w CPN, pod budynkiem, w którym pracowałam, codziennie stał naprzeciw mojego okna samochód, a w nim siedziało dwóch milicjantów. Zanim dowiedziałam się, po co oni tam stoją, żartowałam z nich, mówiąc: „Co te nieroby tam robią?”. Tak mnie pilnowali, że aż pewnego razu dostałam od nich wniosek na kolegium, iż przeszłam nieprawidłowo na drugą stronę ulicy. W 1984 r. pojechałam do Katowic na czwartą rocznicę pacyfikacji, kupiłam kwiaty i szłam złożyć je pod krzyżem i zapalić znicz. Tam mnie pobili zomowcy. Jeden z nich uderzył mnie w tył głowy tak mocno, że do tej pory co jakiś czas czuję silny ból. Męża nie inwigilowali, bo on był po wypadku, już nie pracował – miał I grupę inwalidzką, chodził z laską. Codziennie był na cmentarzu.


Czy wzywali Panią na przesłuchania?


– Kiedy byłam z mężem 31 sierpnia na cmentarzu, mówiłam do licznie zgromadzonych tam esbeków: „Idźcie do swoich bliskich na groby, zmówcie pacierz, pewnie wasze matki was nauczyły!”. Jak wyszliśmy z cmentarza główną bramą, zatrzymali nas funkcjonariusze SB i zabrali na przesłuchanie. Człowiek, który mnie przesłuchiwał, zapytał na koniec, jak ja się zapatruję na dzisiejszy ustrój. Odpowiedziałam mu, że dla mnie każdy ustrój, który służy człowiekowi, jest dobry, a ten ustrój nie wiadomo, komu służy, chyba nikomu, nawet bydlętom, i myślę, iż niedługo się skończy. Dodałam jeszcze, że to jest ustrój gestapowsko-stalinowski. Myślałam, iż z wściekłości człowiek ten dokona jakiegoś rękoczynu, ale nie odważył się mnie uderzyć. Zresztą nie pozwoliłabym na to. Ja do strachliwych nie należałam, nie bałam się niczego i nikogo, a jak miałam coś do powiedzenia, to mówiłam. Do SB i milicji szły na ogół nieroby i nieuki, którym było wszystko jedno, kogo biją. Teraz, jak byłam na rozprawie w Katowicach, na uzasadnieniu wyroku, to Adam Słomka mówił, że jeden z ochroniarzy bardzo żałował byłych zomowców. Myślał, iż jednak zostaną uniewinnieni. Powiedział, że „jakby mu kazali, to on też by strzelał”. Tacy ludzie nie powinni pracować w sądzie! Mentalność esbecka przechodzi widocznie z pokolenia na pokolenie. Przyzwyczaili się do bezkarności, aż tu nagle prawo ich dosięgło.


Bardzo szybko dochodzenie w sprawie wydarzeń w Kopalni „Wujek” umorzono i starano się zacierać ślady.


– Po miesiącu trzech prokuratorów z Gliwic umorzyło dochodzenie w sprawie Kopalni „Wujek”. Zrobili wizję lokalną, ale tylko z udziałem zomowców. Gdyby zrobili ją razem z górnikami, a zomowców rozstawili tam, gdzie każdy stał, to jeden z górników Zbyszek Szafraniec zeznałby, skąd strzelano ostrymi nabojami. Mieszkał od dziecka w Lotyniu, między Piłą a Szczecinkiem, a tam były radzieckie poligony. Umiał bezbłędnie rozpoznawać świst kuli z naboju ostrego i z naboju ślepego. Podczas wizji lokalnej Zbyszek pokazałby palcem, skąd strzelali ostrymi nabojami. Teraz oni wszyscy się wypierają, że nie strzelali – ależ skąd! Aniołki.


Czy była Pani na wszystkich rozprawach?


– Kiedy jeszcze żył mój mąż, to byłam na każdej rozprawie, chyba że na przeszkodzie stanęła choroba. Wtedy rozprawy odbywały się raczej dzień po dniu, a teraz są bardziej rozciągnięte w czasie.


A czy pamięta Pani pierwszą rozprawę?


– W 1993 r. zaczęła się pierwsza rozprawa. Pani Ewa Kurkowska była przewodniczącą pierwszego zespołu rozpraw w Sądzie Okręgowym w Katowicach. Sprawa zakończyła się uniewinnieniem zomowców.


Jak osoby obecne na sali przyjęły ten wyrok?


– Zaczęliśmy śpiewać Międzynarodówkę. Krzysiu Pluszczyk, przewodniczący Komitetu Górników, krzyczał: „Sąd pod sąd!”. Wszyscy krzyczeli: „Co to za sąd?!”, „Co to za prawo?!”. A później przynosili wielkie gwoździe budowlane i przybijali na drzwiach petycje do sądu w tej sprawie. Ja czułam się strasznie! Wtedy na te pierwsze rozprawy, które ciągnęły się przez cztery lata i osiem miesięcy, przychodziło bardzo dużo ludzi, zwłaszcza górników. Wszyscy byli zainteresowani, a teraz różnie to wygląda.


Były to już lata 90. I wydawało się, że istnieje szansa na wydanie sprawiedliwego wyroku.


– Ja myślę, że na panią sędzię Kurkowską były wywierane naciski z tej drugiej strony. Chodziło o to, żeby ona uniewinniła zomowców, żeby nie dopuściła do nazwania tego zbrodnią komunistyczną i żeby ta sprawa nie przeszła do historii. Wydaje mi się, że to był nacisk polityczny, bo inaczej nie można tego wytłumaczyć. Wszyscy przecież dobrze wiedzieli, jak było. Ja się dziwię, iż to tak długo trwa. Od początku było przecież dla wszystkich oczywiste, że to jest zbrodnia komunistyczna. Potem do pewnego przełomu w sprawie pacyfikacji Kopalni „Wujek” przyczynili się tzw. taternicy, którzy szkolili w górach pluton specjalny ZOMO i którzy zeznali, że zomowcy pod wpływem alkoholu opowiadali o strzelaniu do górników w Kopalni „Wujek”.


Jak przyjęła Pani wyrok sądu II instancji z 24 czerwca br. w sprawie pacyfikacji kopalń „Wujek” i „Manifest Lipcowy”?


– Kiedy sąd potwierdził, że to jest zbrodnia komunistyczna, poczułam, jakby spadł ze mnie jakiś pancerz. Zrobiło mi się lżej na sercu i wstąpiła wtedy we mnie nadzieja, że może wreszcie po tylu latach dojdziemy do jakiegoś sprawiedliwego końca toczących się procesów w sprawie pacyfikacji kopalni „Wujek”. Niestety, radość trwała krótko…


Czy umorzenie 10 lipca br. przez Sąd Okręgowy w Warszawie sprawy gen. Czesława Kiszczaka, oskarżonego o przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników w Kopalni „Wujek” nie jest dowodem na to, że to wciąż przedwczesna nadzieja?


– Przede wszystkim chcę powiedzieć, że nie wiem, dlaczego nie zostałam zawiadomiona o tej rozprawie, bo przyjechałabym na nią do Warszawy. Pan Kiszczak mówi, iż w jego sprawie nie było żadnych dowodów obciążających, wręcz przeciwnie, i ubolewa z powodu tego, co się stało. Jak on może opowiadać takie bzdury! Przecież był szefem MSW. Podejmował decyzje i wydawał polecenia. Jak w tym przypadku można mówić, że popełnił on czyn nieumyślny? Przecież pacyfikacja kopalni to jest czyn przemyślany i zaplanowany. O nieumyślnym wypadku można mówić wtedy, kiedy np. dzieci bawią się w piaskownicy i jedno drugiemu nieumyślnie nasypie na głowę piachu albo uderzy itp. Jak prawnicy – ludzie wykształceni, na wysokich stanowiskach, mogą opowiadać takie bzdury? Jak to jest możliwe, że Sąd Okręgowy w Katowicach uznał zbrodnię zomowców w Kopalni „Wujek” za zbrodnię komunistyczną, sąd apelacyjny w Katowicach potwierdził to, a kilkanaście dni po tym sędziowie w Warszawie uniewinniają Kiszczaka. To się nie mieści w głowie. Jak tak można?! Czy sędziowie w Katowicach przestrzegają innego prawa niż sędziowie w Warszawie? To jest śmieszne. Prawo powinno jednakowo obowiązywać wszystkich. Nie może być tak, że jest grupa wpływowych osób, która nigdy nie dostanie wyroku skazującego pomimo popełnionego przestępstwa. A już się wydawało, że w Katowicach nastąpił przełom w dobrym kierunku…


A jak ocenia Pani zachowanie przesłuchiwanych zomowców?


– Jak ja patrzę na nich po tylu latach, to widzę, że niektórzy się postarzeli, niektórzy zmienili wygląd, inni są chorzy, ale pod pewnym względem nic się nie zmienili – są tacy butni jak kiedyś, pewni siebie, nie przyznają się do winy. Mówią, że to górnicy im zagrażali. W czym? Bo z dachów rzucali kamieniami, łańcuchami… A czołg też spadł jakiś czy nie? A ilu zomowców zabili górnicy? Nie ma odpowiedzi, cicho siedzą. Ładna mi równowaga sił – czołgi, helikoptery z wyborowymi strzelcami, armatki wodne przeciwko kawałkom łańcucha i kijom od łopat.


Dlaczego Pani jeździła przez te wszystkie lata na rozprawy? Była Pani najbardziej wytrwała spośród członków rodzin zamordowanych górników.


– Ja uważam, że moim obowiązkiem jako matki jest tam być i domagać się sprawiedliwości. Chcę się dowiedzieć, dlaczego moje dziecko zostało zabite. Dopóki Pan Bóg daje mi zdrowie, a myślę, że da mi w przyszłości, będę jeździć na każdą rozprawę. Pozostała jeszcze sprawa, jaka toczy się w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Warszawie, dotycząca trzech prokuratorów z Gliwic, którzy w ciągu miesiąca umorzyli dochodzenie w sprawie wydarzeń w Kopalni „Wujek”, kiedy jeszcze nawet nie sprzątnięto dobrze terenu kopalni, kiedy jeszcze ludzie leżeli w szpitalach, a mój syn jeszcze żył.


Czy otrzymała Pani odszkodowanie w związku ze śmiercią syna?


– Przez trzy lata usilnie starałam się o protokół z wypadku mojego syna. Myślałam, że jak już wszystko minie, sprawy się uciszą, jak zniosą stan wojenny, to w „Wujku” wszystkie dokumenty uzupełnią. Przyjedzie ktoś, przyniesie mi je i powie: „Przepraszam panią, że to tak długo trwało”. Niestety, nic z tego. O wszystko walczyłam sama. Po czterech latach moich ciężkich starań dostałam dopiero rodzinną rentę górniczą po moim synu, która trochę zmieniła moją trudną sytuację. Dwa lata temu błędnie podano w telewizji, że Stawisińska z Koszalina pierwsza dostała 50 tys. zł odszkodowania, a ja do tej pory nie dostałam ani złotówki. Potem wszyscy mnie pytali, czy dostałam już to odszkodowanie, czy nie. Ale przez te wszystkie lata nikt nie zapytał, czy ja miałam na chleb. Dla mnie to było bardzo bolesne.


Czy „Solidarność” spełniła Pani oczekiwania?


– Ja jestem całym sercem w „Solidarności” i zawsze byłam, ale z ludźmi uczciwymi, takimi, z którymi można porozmawiać o wszystkim, którzy nie kłamią, którzy nie pozwoliliby nigdy na obecność w związku agentów, jakichś tam „Bolków” czy im podobnych. Bo to był prawdziwy zryw Polaków! Pewien człowiek, powątpiewając w sens tego, w czym uczestniczył mój syn, zapytał mnie kiedyś: „To po co tam poszedł?”. Odpowiedziałam mu: „A poszedł tam po to, żebyś ty miał lepiej, żebyś żył godnie, jak Polak, w tym kraju”.


Dziękuję za rozmowę.

drukuj