Debata publiczna jest fikcją
Z Bartłomiejem Radziejewskim, redaktorem naczelnym kwartalnika
"Rzeczy Wspólne", politologiem, publicystą, rozmawia Agnieszka Żurek
Gazeta Wyborcza" ocenzurowała ostatnio wypowiedź Angeli Merkel,
wycinając z niej fragment o tym, że "Niemcy są wielkim europejskim krajem i
poczuwają się do odpowiedzialności z tym związanej", oraz krytyczną wobec
ministra Radosława Sikorskiego wypowiedź o słabym przywódcy, który chce się
pozbyć odpowiedzialności na rzecz innych. Czy selekcjonowanie wypowiedzi
niemieckiej kanclerz oznacza, że wkraczamy w nowy etap funkcjonowania polskich
mediów?
– Takiego incydentu chyba rzeczywiście jeszcze w Polsce nie było. Nie jest to
już "standardowa" manipulacja wypowiedzią polskiego polityka, wyrwanie jakiegoś
zdania z kontekstu, ale bardzo wyraźna zmiana sensu wypowiedzi przeznaczonej do
publikacji w określonym, skończonym kształcie. W dodatku dotyczy to bardzo
ważnego przywódcy zagranicznego.
Wielkiej reakcji społeczeństwa na to wydarzenie chyba nie było.
Jesteśmy już tak przyzwyczajeni do manipulacji?
– Jeżeli chodzi o poziom debaty publicznej, to jesteśmy na równi pochyłej.
Wynika to przede wszystkim z ogromnej nierównowagi medialnej. W sytuacji kiedy
media konkurencyjne wobec "Gazety Wyborczej" i będące w stanie skontrować taką
manipulację, mają tak bardzo ograniczony zasięg, trudno liczyć na falę oburzenia
społecznego, która przywróciłaby równowagę i przywołała manipulujących
dziennikarzy do porządku. Taka sytuacja nie byłaby raczej możliwa w żadnym kraju
zachodnim. Mechanizmy równowagi medialnej i rynkowej sprawiają, że tego rodzaju
zjawiska są tam piętnowane i eliminowane. U nas tej równowagi nie ma.
W jaki sposób możemy próbować postawić tamę tego rodzaju zjawiskom?
– Teoretycznie rozwiązania są dość proste. Pierwszym z nich jest
odpolitycznienie mediów poprzez likwidację systemu koncesji i bardzo uważne
przyjrzenie się powiązaniom polityczno-medialnym. Przecięcie tych więzi
sprawiłoby, że zacząłby działać rynek i konkurencja, a media zaczęłyby się
równoważyć. Dzisiejszy system powiązań polityki i mediów w połączeniu z
politykami nieszanującymi wolności i pluralizmu to uniemożliwia. Drugim
rozwiązaniem jest budowa niezależnych mediów. Jest to możliwe, pytanie tylko –
do jakiego poziomu. Na poziomie praktycznym wygląda to dużo gorzej.
Zapotrzebowanie na wiarygodną analizę polityczną i na poważną informację jest
coraz mniejsze. Ludzie coraz bardziej oczekują na informacje pomieszane z
komentarzami i na tzw. infotainment, czyli na informację pomieszaną z rozrywką –
krótko mówiąc: czekają na treści niepoważne i coraz mniejszą wagę przywiązują do
mechanizmów równowagi w debacie. To ostatnie widać na każdym poziomie –
począwszy od kwestii ustrojowych, poprzez kwestię stosunku do odmiennych
poglądów, do statusu opozycji, po kwestię mediów. Polakom nie przeszkadza
zasadniczo istnienie głębokiej nierównowagi politycznej i medialnej. Tworzy to
sytuację, w której ta nierównowaga może się utrzymywać, a nawet pogłębiać.
Kiedy minister Sikorski ogłosił w Berlinie gotowość do ograniczenia
suwerenności, zaprotestowała także jedynie część społeczeństwa związana z
opozycją.
– Nasza suwerenność nie jest w tej chwili zasadniczo zagrożona, przemówienie
Sikorskiego zostało skierowane w próżnię. Brak większej reakcji obywateli na to
wystąpienie potwierdza jednak, że jesteśmy społeczeństwem głęboko
postkolonialnym. Tym syndromem dotknięte są zwłaszcza nasze elity. Nie myślą one
o Polsce w kategoriach samodzielnego centrum, ale w kategoriach przypodobania
się centrom zagranicznym i stamtąd czerpania prestiżu. Dużej części
społeczeństwa to odpowiada, ponieważ myśli ona podobnie, jest pełna kompleksów i
nie przywiązuje dużej wagi do polskiej podmiotowości.
Przywiązuje za to wagę do konsumpcji. A jednak z jakiegoś powodu
także nie reaguje w sposób zdecydowany, kiedy polski rząd zamierza na przykład
ratować z kryzysu bogatsze państwa Unii Europejskiej kosztem swoich obywateli.
– Rzeczywiście, wydaje się, że konsumpcja jest obecnie priorytetem społecznym
i politycznym. Można tu się posłużyć pojęciem "kryształowego pałacu" – metaforą
Dostojewskiego rozwiniętą potem przez Sloterdijka. "Kryształowy pałac" byłby
symbolem tego, co obiecuje zachodnia nowoczesność, to znaczy znalezienia się w
przestrzeni wiecznego dobrobytu rozumianego przede wszystkim jako konsumpcja, a
co za tym idzie – degradacji wszystkich innych potrzeb. Wydaje się to obecnie
priorytetem wystarczająco dużej liczby Polaków, żeby na tej bazie móc rządzić i
tworzyć politykę. Pojawia się tutaj pytanie o możliwość prowadzenia tradycyjnej
polityki w ramach postpolityki, czyli pytanie o możliwość prowadzenia sensownej
polityki – rozumianej jako troska o dobro wspólne – w kryształowym pałacu.
Ludzie na Zachodzie zazwyczaj rozumieją, że to, ile będziemy konsumować, zależy
również od polityki, a więc trzeba zainwestować w nią trochę wysiłku i pieniędzy
choćby po to, żeby zagwarantować sobie możliwość konsumpcji na wyższym poziomie.
Polacy uwierzyli w trwałość swojego pobytu w "kryształowym pałacu" w sposób
bardzo prostoduszny i naiwny. To także kwestia etapu, na którym się obecnie
znajdujemy. Zachodnie społeczeństwa żyją konsumpcjonizmem od kilkudziesięciu
lat, my na dobrą sprawę dopiero od kilku. Wynika stąd pewien infantylizm,
zachłyśnięcie się konsumpcją do tego stopnia, że nie dostrzega się nawet zjawisk
mocno z nią związanych, w tym tego, że nawet w obrębie "kryształowego pałacu"
toczy się do pewnego stopnia również tradycyjna polityka.
A może brak aktywności społecznej wypływa nie tylko ze skupienia na
konsumpcji, ale i z przekonania o braku skuteczności tego rodzaju działalności?
– Sposób działania rządu zachęca do postaw obywatelskich i do wyrażania swojego
sprzeciwu. Pokazuje to chociażby sprawa ACTA. Nie wiadomo, czy ostatecznie
dojdzie do ratyfikacji tego dokumentu. Okazuje się, że sprzeciw społeczny jest w
stanie sprawić, iż w pewnych sytuacjach rząd mięknie. Pokazuje to, że mamy coś
do powiedzenia jako obywatele i możemy mieć wpływ na politykę. Sprawa ACTA ma
jednak także inny, bardziej niepokojący wymiar – pokazuje, że dopóki nie ma
silnego oporu społecznego, rząd jest w stanie stanowić absurdalne, niemądre i
niebezpieczne prawa bez pytania nas o zdanie. Rozmowa zaczyna się dopiero wtedy,
kiedy pojawia się silny opór, co w dłuższej perspektywie oznacza, że będziemy
mieć tylko tyle wolności, ile sobie wywalczymy.
O czym świadczy reakcja na ACTA?
– Łączą się tu ciekawie – trudno jeszcze ocenić, w jakich proporcjach – sprzeciw
wobec ograniczenia możliwości konsumpcji, której wielka część odbywa się dziś w
internecie, z oporem przeciwko limitowaniu wolności politycznej. Być może
pozytywnym efektem będzie m.in. zwrócenie uwagi części społeczeństwa nastawionej
dotychczas wyłącznie na konsumpcję na problem wolności.
A może poprzez ACTA rząd testował stopień wrażliwości społeczeństwa
na ograniczanie wolności i jego gotowość do wszczęcia protestu?
– Rząd Tuska ma tendencję do bezrefleksyjnego podpisywania różnych
międzyrządowych i ponadnarodowych dokumentów i możliwe, że teraz właśnie to
miało miejsce. Możliwe, że członkowie rządu zgodzili się na podpisanie ACTA,
chcąc być w "głównym nurcie", a dopiero później zdali sobie sprawę z
konsekwencji tego rodzaju posunięcia. Nie można jednak wykluczyć także tego, że
gabinet Tuska działał świadomie, dążąc do rozszerzenia swojej władzy. Każda
władza ma skłonność do ekspansji i do ograniczania wolności obywatelskich, jeśli
nie napotyka na skuteczne mechanizmy kontroli i na opór społeczny. Sprawa ACTA
jest tutaj charakterystyczna – dokument ten był tworzony od ponad trzech lat, a
zaczęliśmy o nim w Polsce rozmawiać kilka dni temu. Ten przykład pokazuje, jak
iluzoryczna jest – na całym Zachodzie, choć w Polsce w stopniu szczególnym –
debata publiczna. Coraz bardziej zasadne staje się pytanie o fasadowość
demokracji liberalnej. Jeżeli tak ważne dokumenty są tworzone w zaciszu
gabinetów rządowych i międzyrządowych, opinia publiczna nic o nich nie wie, a
dyskusja o nich następuje dopiero w momencie ich uchwalania lub zgoła post
factum – jest to zaprzeczenie republikańskiego ideału "rządów poprzez dyskusję",
gdzie wszystkie istotne zmiany prawa, a zwłaszcza te redefiniujące wolność i
własność – tak jak w przypadku ACTA – są najpierw dyskutowane publicznie, a
następnie dopiero uchwalane. Tutaj mamy coś dokładnie odwrotnego – tajne
dokumenty, negocjacje w zaciszu gabinetów i spóźniony opór społeczny. Warto
podkreślić, że sprawa ACTA jest wyjątkiem, ponieważ większość praw, które
ograniczają naszą wolność, nie jest w ogóle dyskutowana.
Dziękuję za rozmowę.
