Dajmy szansę dzieciom z Pragi
Mija kolejny rok, a Siostry Loretanki wciąż nie mogą ukończyć remontu
prowadzonej przez nich świetlicy środowiskowej, miejsca, które było domem dla
setek najbiedniejszych dzieci z warszawskiej Pragi. Problemem jest brak
pieniędzy. Na ponowne otwarcie świetlicy czekają dzieciaki, dla których dom to
ulica lub brudne, betonowe podwórka określane potocznie "studniami". Czy znajdą
się pieniądze, które pozwolą siostrom zakończyć remont i ponownie otoczyć opieką
najmłodszych, których los często nie interesuje nawet ich własnych rodziców?
– Gdyby te dzieci miały dobry przykład, byłyby całkiem inne, byłyby dobre. Ale
trzeba po prostu dać im szansę. Naszą szansą była świetlica – twierdzą Agnieszka
i Daniel, młode małżeństwo, które poznało się w Domu Ojca Ignacego
Kłopotowskiego prowadzonego na warszawskiej Pradze przez Zgromadzenie Sióstr
Loretanek. Tworzą szczęśliwą rodzinę – mają troje dzieci. Mieszkają na jednej z
ulic warszawskiej Pragi. Widzą, co się dzieje z dziećmi, które nie mają
możliwości, tak jak oni kiedyś, by przyjść do świetlicy spełniającej rolę
drugiego domu. – Te dzieci spędzają całe dnie na podwórku. Rodzice kompletnie
się nimi nie interesują. Nie mając dobrych wzorców, bardzo wcześnie popadają w
nałogi – niektóre z nich już w wieku 12 lat palą papierosy – opowiada Daniel.
Dlatego kiedy wraz z trojgiem własnych dzieci idą na spacer do ZOO lub do parku,
zabierają ze sobą inne maluchy ze swojego podwórka. Jest to dla nich czymś
naturalnym. – Nam kiedyś też ktoś pomógł – twierdzą zgodnie.
Ich dzieciństwo także – delikatnie mówiąc – nie należało do łatwych. – Bardzo
często w domu rodzinnym nie było co jeść, nie można było również spokojnie
przespać nocy. Siostry o każdej porze zawsze nas wpuszczały do świetlicy.
Wystarczyło zadzwonić przez domofon – wspomina Agnieszka.
Świetlica od momentu powstania w 1995 r. zapewniała podopiecznym posiłki, a
także – jeśli była taka potrzeba – również nocleg. Tu, doświadczając ciepła i
troskliwej opieki, dzieci odrabiały lekcje, bawiły się i uczyły normalnego
życia. A przede wszystkim czuły się bezpiecznie.
Świetlicę dzieci wspominają jako szkołę życia. – Mieliśmy swoje obowiązki, za co
jesteśmy siostrom ogromnie wdzięczni – wspomina Agnieszka. Po przyjściu ze
szkoły dzieci musiały odrabiać lekcje, sprzątać, pomagać w kuchni oraz zajmować
się młodszymi. – Znajdowaliśmy tutaj to wszystko, czego nie mieliśmy szansy
nauczyć się w domu rodzinnym – podkreśla Agnieszka. Twierdzi, że chwile spędzone
u Sióstr Loretanek procentują w jej dorosłym życiu i pomagają jej być dobrą żoną
i matką. – Nauczyliśmy się tutaj rytmu dnia, podstawowych zasad, bez których w
naszym życiu panowałby kompletny chaos – wyznaje.
Jedyne takie miejsce w Warszawie
Jej mąż Daniel wspomina, że w dzieciństwie niezbyt chętnie się uczył. – Ale
siostry były cierpliwe i bardzo konsekwentne. Kiedy chciałem się wykręcić od
nauki, one spokojnie mówiły: zrób jeszcze to i to. Nie dały się oszukać – jedna
z sióstr zawsze sprawdzała, czy odrobiłem zadanie – opowiada. Skończył technikum
i zdał maturę. Teraz pracuje, kończy nowe kursy, które pozwolą mu zdobyć jeszcze
lepszą pracę. Dzięki temu może utrzymać swoją pięcioosobową rodzinę. Żona
Agnieszka nie pracuje – zajmuje się dziećmi: 6-letnim Patrykiem, 5-letnim
Piotrusiem i 8-miesięcznym Adriankiem. Na podstawie własnych przeżyć z
dzieciństwa doskonale wiedzą, jak ważny jest czas, który poświęcają swojemu
potomstwu. – My byliśmy po prostu wypuszczani na podwórko, nieważne, gdzie się
poszło, o której się wróciło. To, czego doświadczaliśmy na świetlicy, pozwala
nam wychowywać nasze dzieci inaczej – podkreślają. A na Pradze nie brakuje
dzieciaków, którymi nie interesują się nawet ich rodzice. Nie mają one często co
jeść, czasem także gdzie spać, nie mówiąc już o jakimkolwiek wakacyjnym
wypoczynku. Niektórzy z rodziców tych dzieci nawet nie ubiegają się o pomoc z
opieki społecznej, a ci, którzy ją otrzymują, niejednokrotnie wszystkie
pieniądze wydają na alkohol i papierosy. Owszem, działają w okolicy inne
świetlice, ale te mają wyznaczone godziny pracy. – To tylko chwilowa pomoc –
ocenia Agnieszka. Natomiast świetlica Sióstr Loretanek była czynna dla
najmłodszych mieszkańców Pragi praktycznie całą dobę. – Mimo że formalnie
otwierałyśmy dopiero o godz. 11.00, dzieciaki często od wczesnych godzin
porannych okupowały schody przy wejściu, wołając: Siostrooo! Siostrooo! –
wspomina siostra Dominika. Niektóre dzieci z powodu libacji i awantur uciekały
ze swoich domów w środku nocy i przybiegały na ul. Sierakowskiego, przy której
znajduje się świetlica. Zdarzało się też, że zaalarmowane przez inne dzieci
siostry same szły po schowane przed szalejącym, pijanym rodzicem, gdzieś w
szafie, sparaliżowane ze strachu dziecko. U sióstr znajdowało bezpieczne
schronienie. Dzieci mogły liczyć na pomoc w każdej trudnej sytuacji. W przypadku
problemów w szkole to siostry udawały się na rozmowy z nauczycielami i
wychowawcami. – Wiele z nas nie miało zeszytów. Wtedy siostra otwierała półkę i
mogliśmy wybierać to, co nam było potrzebne. A zimą siostry zapewniały nam
ciepłą odzież, kiedy któreś z nas nie miało np. kurtki – opowiada Agnieszka. –
To było jedyne takie miejsce, gdzie byliśmy przyjmowani zawsze z otwartymi
ramionami – zaznacza.
Aby świetlica znów mogła żyć
– Decyzja o zamknięciu świetlicy była konieczna ze względu na zagrożenie
katastrofą budowlaną. Serce się nam krajało, ale dzieci, które u nas przebywały,
musiały wrócić na ulicę – opowiada drżącym ze wzruszenia głosem siostra Zuzanna,
ekonom w Domu Generalnym Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Loretańskiej.
Prowadzona przez Siostry Loretanki świetlica środowiskowa w Domu Ojca Ignacego
Kłopotowskiego działała do 2005 roku. Wówczas ze względu na fatalny stan
techniczny pomieszczeń została czasowo zamknięta. Rozpoczął się trwający do dziś
remont. W tym czasie udało się przeprowadzić szereg ważnych prac, ale z powodu
braku pieniędzy rachunki za część z nich wciąż jeszcze nie zostały uregulowane.
Oprócz tego na wykonanie czekają równie kosztowne prace wykończeniowe, m.in.
założenie instalacji elektrycznej i sanitarnej. – Naprawdę nie jest łatwo –
wzdycha siostra Zuzanna. Jak wylicza, na całkowite zakończenie remontu potrzebna
jest kwota rzędu 3,5 mln złotych. Siostry dużą nadzieję pokładały w środkach
przyznawanych w ramach rewitalizacji miast z Regionalnego Programu Operacyjnego
Województwa Mazowieckiego. Urzędowa rzeczywistość okazała się jednak brutalna.
Spośród 135 złożonych wniosków dziewiętnaście zostało rozpatrzonych pozytywnie.
Z tym że wniosek Sióstr Loretanek znalazł się na miejscu dwudziestym… Kiedy
świetlica działała, łatwiej było pozyskiwać fundusze. – Wiele prywatnych osób,
zainteresowanych działalnością świetlicy, mogło tutaj przyjść, spędzić jakiś
czas z dziećmi. To, co tutaj widzieli i czego doświadczali, przekonywało ich do
niesienia nam pomocy – opowiada siostra Dominika, dyrektor świetlicy. – Ale
teraz, kiedy mury świecą pustkami, ciężko jest pozyskać ofiarodawców i sponsorów
– dodaje.
Pomimo trudności siostry nie tracą nadziei, że wkrótce znajdą się potrzebne
pieniądze i świetlica znowu zacznie działać. Same mają serca i ręce gotowe na
przyjęcie dzieci. Starają się na nowo organizować pracę placówki, zbierając
również osoby, które chciałyby tutaj pracować. – Pragniemy doprowadzić do
ponownego otwarcia świetlicy, aby zaczęła ona znowu żyć na Pradze – podkreśla
siostra Dominika.
Dobro jak ziarnko gorczycy
Siostry dbały również o życie religijne swoich podopiecznych. Uczyły dzieci
pacierza, pilnowały, żeby chodziły na lekcje religii, nie opuszczały
niedzielnych Mszy św. i przystępowały do spowiedzi pierwszopiątkowych. Wspólna
modlitwa, praca i zabawa tworzyły szczególne i głębokie relacje pomiędzy
podopiecznymi. Nic więc dziwnego, że wielu spośród nich do dzisiaj utrzymuje ze
sobą kontakt. Daniel i Agnieszka są świetnie zorientowani, co dzieje się z ich
kolegami i koleżankami ze świetlicy. Jak twierdzą, większość zdobyła zawód i
znalazła pracę. Niektórzy założyli własne rodziny. W rozmowach między sobą
mówią, że także ich pragnieniem jest, aby świetlica działała tak jak dawniej,
aby również ich dzieci mogły do niej przychodzić. Nie chcą, aby większość czasu
spędzały na podwórku. – Nasze zaufanie do Sióstr Loretanek jest tak ogromne, że
z chęcią powierzylibyśmy im opiekę nad własnymi dziećmi – podkreśla Agnieszka.
Siostrom w prowadzeniu świetlicy pomagali ludzie świeccy: psychologowie,
pedagodzy, studenci. Dziś na nowo zgłaszają się osoby, które swoimi siłami,
umiejętnościami i zapałem chciałyby wesprzeć siostry w ich pracy. Jedną z nich
jest psycholog Aleksandra Skręta. Ma świadomość, że opieka nad takimi dziećmi to
szczególny rodzaj pracy. – Wiem, że nie będzie łatwo. To wymaga osobistego
poświęcenia, ofiarowania własnego czasu. To praca, która angażuje emocje –
problemy i zmartwienia dzieci często towarzyszą nam także po wyjściu z pracy –
zauważa. Tym bardziej że siostry i osoby pracujące na świetlicy utrzymywały
kontakty z rodzinami dzieci, a także ze szkołami, kuratorami i opieką społeczną.
– To zupełnie co innego niż praca w prywatnym gabinecie. Jednak daje siłę i
satysfakcję wynikające ze świadomości, że robi się coś więcej i że to przynosi
wspaniałe efekty – dodaje pani Aleksandra. Na przykładzie Agnieszki i Daniela
widać wyraźnie, że błogosławione skutki czasu spędzonego przez nich na świetlicy
odczuwa także ich najbliższe otoczenie. Stworzenie własnego domu, w którym
wprowadzili własne, wyniesione z Domu Ojca Ignacego Kłopotowskiego zasady
pozwala im na nowo odbudowywać relacje z własnymi rodzicami. Agnieszka i Daniel
wspierają ich w przezwyciężaniu kłopotów zdrowotnych i innych związanych z
przeszłością problemów. – Staramy się ich motywować do lepszego życia, do tego,
aby cieszyli się każdym dniem – wyznaje Agnieszka. A sami jak ognia wystrzegają
się tego, co mogłoby zagrozić szczęściu ich rodziny. – Wszystkie święta, w tym
chrzciny naszych dzieci, obchodzimy bez alkoholu. I jesteśmy z tego bardzo dumni
– podkreśla.
Charyzmat bł. ks. Kłopotowskiego
– Opieka nad najbiedniejszymi dziećmi jest jednym z charyzmatów pozostawionych
Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Loretańskiej przez założyciela bł. ks. Ignacego
Kłopotowskiego. Mam w sercu głęboką nadzieję, że ta świetlica będzie jeszcze
działać. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej – zastrzega siostra
Dominika. Wiary dodaje siostrom również świadomość, że tam, gdzie rodzi się
piękno i dobro, zawsze na początku pojawiają się trudności i kłopoty, które
trzeba przezwyciężyć. Dlatego zapowiadają, że nie zaprzestaną starań o uzyskanie
funduszy na zakończenie remontu. Tym bardziej że liczba dzieci czekających na
pomoc ciągle rośnie. Wzrasta również liczba problemów, z którymi w czasie, kiedy
świetlica jest zamknięta, muszą sobie radzić same.
– Wierzymy, że pomimo obecnych kłopotów świetlica znów będzie mogła na nowo
otworzyć swoje podwoje na dzieci Pragi, wydając tak wspaniałe owoce, jak rodzina
Agnieszki i Daniela – mówi z optymizmem siostra Dominika. Będzie to jednak
możliwe pod warunkiem, że znajdą się pieniądze na ukończenie trwającego remontu.
Bogusław Rąpała
