Chcemy być sobą

Wybuch zamieszek w związku z Marszem Niepodległości nie był trudny do
przewidzenia. Od dłuższego czasu środowisko "Krytyki Politycznej" i "Gazety
Wyborczej" podgrzewało atmosferę, nazywając uczestników marszu faszystami. Kim
są w rzeczywistości ci, którzy 11 listopada 2011 roku przyszli na plac
Konstytucji? – Jestem Polakiem i chcę w ten sposób zamanifestować swoją narodową
dumę. Nie wstydzę się być patriotą, i nie wstydzę się polskiej flagi i tego, że
przynależę do polskiego Narodu – mówi Rafał z Warszawy, uczestnik marszu. –
Jestem tutaj, bo to mój obowiązek. Chcę oddać hołd wszystkim, którzy żyli przed
nami i walczyli dla nas i z myślą o nas – opowiada inna uczestniczka
manifestacji, 24-letnia Anna. – Przyjechaliśmy z Lublina, chcemy pokazać, że
patriotyzm jest czymś pięknym, a nie "zacofanym" – deklarują Marek i Kuba,
uczniowie liceum ogólnokształcącego. Jedna z osób zapytanych o to, dlaczego
bierze udział w Marszu Niepodległości, odpowiada krótko: "Bo tak!". I dodaje z
uśmiechem: "Pani to zamieści?".

Wielu uczestników marszu zdecydowało się wziąć w nim udział po tym, jak
środowiska skupione wokół "Krytyki Politycznej" i "Gazety Wyborczej"
zapowiedziały blokadę z udziałem "antyfaszystowskich" posiłków – grup
sprowadzanych z Niemiec. – Nie byłem jakoś szczególnie związany z tym świętem,
ale kiedy dowiedziałem się, że Niemcy przyjeżdżają uczyć nas walki z faszyzmem,
stwierdziłem, że to jednak lekka przesada. Postanowiłem więc przyjść na marsz –
mówi 25-letni Paweł z Warszawy. Wtóruje mu jego dziewczyna, Ania: – Nie
rozumiem, dlaczego ci, którzy chcą świętować rocznicę odzyskania niepodległości,
nagle zostają nazwani "faszystami".
– Śmieszny wydaje mi się fakt, że to środowiska lewicowe próbują narzucić swoją
nowomowę Polakom, nazywając patriotów "faszystami", jest to przykład typowej
lewicowej operacji na języku, polegającej na odbieraniu słowom ich znaczeń i
stygmatyzowaniu środowisk konserwatywnych, które za pośrednictwem nowomowy chcą
wypchnąć na społeczny margines – wskazuje Rafał z Warszawy.
Używanie epitetu "faszysta" wobec środowisk niepodległościowych ma swoją długą i
niechlubną tradycję. W ten sposób totalitarny aparat władzy komunistycznej
próbował zohydzić Polakom wszystkich, którzy nie zgadzali się na sowiecką
okupację Polski po zakończeniu II wojny światowej. – Mianem "faszystów"
określano żołnierzy AK, NSZ czy WiN, próbując wmówić Polakom, że jedyną siłą
walczącą w Polsce z hitlerowskim okupantem była Armia Ludowa – komentuje prof.
Jan Żaryn. Zdaniem historyka, ci, którzy wobec dzisiejszych patriotów używają
określenia "faszysta", demonstrują tym samym głęboką ignorancję, która – choć
nie zawsze intencjonalna – ma groźne konsekwencje. W czasach niewoli
komunistycznej stygmat "faszysty" utrudniał znalezienie pracy, prowadził do
wykluczenia ze wspólnoty. Obecnie także wspólnota jest zagrożona. Osłabianie
wspólnoty narodowej prowadzi do osłabienia państwa. Zdaniem Stanisława
Michalkiewicza, środowiska, które do tego dążą, są w gruncie rzeczy niechętne
polskiej niepodległości. – W tym wszystkim chodzi cały czas o to samo – tak jak
za komuny chciano za wszelką cenę przerobić Polaków na "ludzi sowieckich", tak
teraz chce się nas przekształcić w "ludzi europejskich" – tłumaczy
Michalkiewicz. I dodaje: – Robią to te same środowiska, co kiedyś. Ojcowie czy
dziadkowie współczesnych działaczy lewackich wdeptywali w ziemię naszych ojców.
A oni próbują wdeptywać w ziemię nas. – Nie rozumiem, dlaczego ciągle każą
Polakom stawać się kimś innym – zastanawia się Wojtek z Warszawy. – Chodzi mi
dzisiaj po głowie piosenka "Perfectu": "Chciałbym być sobą". Ja czuję się sobą,
czuję się Polakiem i jest mi z tym doskonale. Dlatego dzisiaj chcę tu być,
spędzić ten dzień z ludźmi, którzy czują podobnie – dodaje.

Wspólnota jest siłą
Etykietowanie osób o poglądach patriotycznych jako "faszystów" nie jest jedyną
analogią między chwilą obecną a czasami komunistycznymi. W podobny sposób
rozbija się dzisiaj wspólnotę. – Chętnie wzięłabym udział w marszu, ale nie
ukrywam, że trochę się boję – wyznaje Zofia z Warszawy. – Kiedy słyszę o
lewackich bojówkach z Niemiec, nie bardzo mam ochotę uczestniczyć w tym
wydarzeniu – zwłaszcza że jestem już starszą osobą – dodaje.
Możliwe, że chodzi o to, żeby zniechęcić Polaków do udziału w jakichkolwiek
wydarzeniach patriotycznych. Nasuwa się tu analogia ze stosowaną przez Służbę
Bezpieczeństwa propagandą przed pierwszą pielgrzymką Ojca Świętego do Polski. –
Ostrzegano wtedy przed tłumami ludzi, którzy będą się tratować i stwarzać
ogromne niebezpieczeństwo – komentuje Stanisław Michalkiewicz. – Na szczęście
Polacy nie posłuchali wtedy ostrzeżeń komunistów – dodaje.
Mimo że ogromna rzesza Polaków nie dała sobie odebrać prawa do świętowania
niepodległości, czemu dała wyraz, uczestnicząc w marszu, składaniu wieńców pod
pomnikami Ignacego Jana Paderewskiego, Romana Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego
czy polecając Polskę Bogu w czasie odprawianych tego dnia Mszy za Ojczyznę bądź
biorąc udział w Krucjacie Różańcowej, zdaniem wielu – relacje mediów głównego
nurtu pokazały to święto w krzywym zwierciadle. – Wiadomo było, że znów zrobią z
nas oszołomów – mówi Marcin, uczestnik Marszu Niepodległości. – Nie pokazali
rodzin z dziećmi trzymającymi biało-czerwone flagi, ale bijących się chłopaków.
O tym, że chłopcy ci kilka chwil wcześniej zostali sprowokowani, już nie
wspomniano – kwituje.
Słowa Marcina potwierdza Stanisław Michalkiewicz: – Nie liczyłem na jakikolwiek
rzetelny przekaz medialny z tej uroczystości. W porównaniu z zeszłym rokiem
nastąpiła eskalacja niechęci wobec środowisk niepodległościowych. Rola mediów
publicznych w zakłamywaniu rzeczywistości także coraz bardziej przypomina czasy,
kiedy pisanie na murach: "telewizja kłamie", było w pełni uzasadnione.

Byliśmy – jesteśmy – będziemy
Takim hasłem odpowiadają uczestnicy Marszu Niepodległości działaczom
Porozumienia 11 Listopada, którzy na kilka dni przed świętem oplakatowali
Warszawę hasłami "Blokowaliśmy. Blokujemy. Blokować będziemy". I rzeczywiście –
trudności stwarzano nie tylko uczestnikom warszawskiego marszu, ale także osobom
z innych miast chcących wziąć w nim udział. Wiozący zwolenników marszu bus z
Krakowa został bez żadnego powodu zatrzymany przez antyterrorystów. – Chcą nas
zniechęcić. Tak jak w zeszłym roku pobili chłopaków jadących z Łodzi na marsz,
podobnie jest teraz – stwierdza Rafał. – Tak wygląda ich "kolorowa
Rzeczpospolita" – dodaje. Rzeczywiście, na wzywającym do blokowania marszu
plakacie czytamy: "Ich święta mają kolor brunatny. Dla nas niepodległość będzie
zawsze kolorowa". – Brunatny kolor to miały mundury dziadków zaproszonych przez
nich towarzyszy z Niemiec – komentuje Marcin z Warszawy. Trudno powiedzieć, co
właściwie świętują dzisiaj uczestnicy lewackiej blokady. Raczej nie jest to
świętowanie odzyskania przez Polskę niepodległości. Można odnieść wrażenie, że
stworzona przez nich wspólnota istnieje tylko wtedy, jeśli posiada jakiegoś
wspólnego wroga. "Łączy nas sprzeciw wobec faszyzmu, jego współczesnego oblicza"
– czytamy na stronie Porozumienia 11 Listopada. Gdyby "antyfaszyści" nie byli
rzeczywiście niebezpieczni, można by było uśmiechnąć się na widok jednego z ich
haseł: "Bądźcie spontaniczni i punktualni. Czekajcie na dalsze info". Widać tu
jak na dłoni, że "blokady antyfaszystowskie" nie są "spontanicznym odruchem"
zatroskanych obywateli w obliczu rodzącego się zagrożenia. Są działaniem
sterowanym, sztucznym generowaniem podziałów mającym zohydzić Polakom
świętowanie najważniejszych wydarzeń z historii naszego kraju. – Przez to
wszystko umyka nam sens święta, skupiamy się na blokadach i w końcu tylko o tym
myślimy – obawia się Zofia z Warszawy. – Najbardziej zdenerwujemy lewaków, jeśli
nie damy się sprowokować, ale będziemy zachowywać się dumnie i godnie – uważa
Marcin. – Nie ma też żadnego powodu, dla którego mielibyśmy być w defensywie –
dodaje. – Nie wiem, w imię czego legalna manifestacja miałaby ustępować przed
lewackimi bojówkami – podkreśla Stanisław Michalkiewicz. Nie mamy powodu z
niczego się tłumaczyć, mamy prawo świętować – podobnie jak wszystkie narody
całego świata. – Nie słyszałem, żeby ktoś odmawiał Amerykanom prawa do
świętowania 4 Lipca czy Francuzom – 14 Lipca – przypomina prof. Żaryn. Nie
musimy także pozwalać na sztuczne próby zantagonizowania nas i podzielenia na
"brunatnych" i "tęczowych". Nasze barwy narodowe są biało-czerwone.

 

Agnieszka Żurek

drukuj