Cała władza w rękach PO

Zwycięstwo w wyborach prezydenckich kandydata Platformy Obywatelskiej
Bronisława Komorowskiego i obecny kształt polskiej sceny politycznej przypomina
sytuację z roku 2001. Wówczas wygrana Aleksandra Kwaśniewskiego, a następnie
umocnienie się u władzy lewicy po wiktorii w wyborach parlamentarnych
doprowadziły do monopolizacji władzy w rękach jednolitego pod względem
ideologicznym obozu politycznego.

Następstwem wydarzeń sprzed niespełna dekady był najpoważniejszy jak dotychczas
kryzys polityczny w Polsce po roku 1989. Afera Rywina paradoksalnie przyczyniła
się do tymczasowego odrodzenia życia społeczno-politycznego, o którym mowa w
sanacyjnym programie IV Rzeczypospolitej zaakceptowanym przez wyborców w roku
2005.
Pewne podobieństwa do afery Rywina wykazywała ujawniona jesienią ubiegłego roku
afera hazardowa, której konsekwencją była głęboka rekonstrukcja rządu, w tym
także dymisja ówczesnego wicepremiera, a obecnego marszałka Sejmu Grzegorza
Schetyny. Pamiętajmy jednak, że konsekwencje Rywingate były znacznie
poważniejsze. Doprowadziła ona bowiem ostatecznie do upadku rządu Leszka Millera
i stworzenia, przy wydatnym udziale i poparciu prezydenta Aleksandra
Kwaśniewskiego, gabinetu Marka Belki. Warto przypomnieć, że konsekwencją
wspomnianego kryzysu było wzmocnienie pozycji Aleksandra Kwaśniewskiego nie
tylko w jego własnym obozie politycznym, ale również w zakresie posiadanej
władzy.
Na wyciągnięcie dalszych wniosków odnośnie do zasięgu i skali afery hazardowej
należy jednak poczekać do zakończenia prac sejmowej komisji śledczej. Stąd też
wydaje się, że to właśnie dzisiaj Platforma Obywatelska, uzyskując
nieograniczoną władzę w państwie, znajduje się w sytuacji niemal analogicznej do
tej, w jakiej znajdowało się SLD w roku 2001.

Platforma umacnia władzę
Możemy wskazać na kilka czynników które wpłyną, przynajmniej w perspektywie
najbliższego roku, na ugruntowanie się monopolu władzy w rękach Platformy
Obywatelskiej.
Jednym z nich jest ukazywanie dorobku IV Rzeczypospolitej jako głównego tematu
sporu politycznego pomiędzy PO a PiS. Czynnik ten wpłynie na dalszą petryfikację
dotychczasowych podziałów w ramach polskiej sceny politycznej, a przez to na
wzmocnienie zarysowującego się od wyborów parlamentarnych z 2005 r. podziału na
tzw. Polskę liberalną i Polskę solidarną. Potwierdza to przebieg minionej
kampanii wyborczej. Dopiero powrót Platformy Obywatelskiej do agresywnej
retoryki z okresu kampanii parlamentarnej w 2007 r. pozwolił na zwycięstwo jej
kandydata. Sztabowcy Bronisława Komorowskiego ograniczyli się do dyskusji o
stylu uprawiania polityki, co pozwoliło na uniknięcie dysputy o różnych wizjach
państwa reprezentowanych przez każdego z kandydatów.
Kolejną okolicznością umacniającą władzę Platformy Obywatelskiej jest, podobnie
jak na początku IV kadencji Sejmu RP, słaba opozycja. Pomimo dobrego wyniku
wyborczego Jarosława Kaczyńskiego i odbudowania społecznego poparcia dla idei IV
Rzeczypospolitej na forum parlamentu Prawo i Sprawiedliwość ma ograniczone
możliwości tworzenia nawet doraźnych sojuszy i koalicji. Tylko w niewielkim
stopniu może liczyć na poparcie pozostałych partii opozycyjnych, szczególnie
gdyby ze strony rządu pojawiły się projekty podniesienia podatków lub też
likwidacji uprawnień dotychczas przysługujących poszczególnym grupom społecznym
i zawodowym. Trudno jednak wyobrazić sobie – zarówno teraz, jak i po przyszłych
wyborach parlamentarnych – koalicję z Sojuszem Lewicy Demokratycznej pomimo
podejmowanych w trakcie kampanii prezydenckiej zabiegów o pozyskanie wyborców
tej partii.
Również Polskie Stronnictwo Ludowe – po fatalnym wyniku Waldemara Pawlaka w
wyborach prezydenckich, nie może sobie pozwolić na bliższą współpracę z Prawem i
Sprawiedliwością. Obie partie walczą bowiem o ten sam wiejski, konserwatywny i
tradycyjny elektorat, co doskonale potwierdzają przepływy elektoratu w drugiej
turze tegorocznych wyborów prezydenckich. Sytuację PSL pogarsza z jednej strony
silna frakcja ludowa w ramach PiS, z drugiej zaś liberalizacja postaw tzw.
lokalnych baronów, którzy w drugiej turze wyborów prezydenckich poparli, wbrew
własnemu elektoratowi, Bronisława Komorowskiego. Ta postępująca "frakcjonalizacja"
poszczególnych środowisk politycznych w obrębie dwóch głównych partii
politycznych jest więc kolejnym czynnikiem umacniającym pozycję rządzącej
Platformy.

Konflikt pozorowany
Pojęciem, które ostatnio robi zawrotną karierę w niektórych mediach, jest
"triumwirat". Użyte przez Pawła Piskorskiego w jednym z wywiadów miało określać
podział władzy między Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego i Grzegorza
Schetynę. Zdaniem przewodniczącego Stronnictwa Demokratycznego, nowa sytuacja
wywołana porozumieniem Komorowskiego i Schetyny prowadzi z jednej strony do
ograniczenia sfery władzy, którą rozporządza premier, z drugiej zaś strony jest
zarzewiem kolejnych nieuniknionych konfliktów w PO. Konfliktów, których
cykliczne występowanie jest jednym z ważnych elementów funkcjonowania obecnie
rządzącej Platformy.
Autor niniejszego artykułu bardziej krytycznie ocenia możliwość zaistnienia
realnych podziałów między politykami sprawującymi obecnie najważniejsze funkcje
w państwie. Skłania się bardziej ku formułowanej równie często formule
"konfliktu pozorowanego". Jednak wbrew powtarzanym opiniom, że konflikty te będą
miały na celu podkreślenie niezależności nowego prezydenta od środowiska
politycznego, z którego się wywodzi, bardziej prawdopodobne wydaje się, iż ich
podstawowym zadaniem będzie wycofanie się ze złożonych w trakcie kampanii
prezydenckiej obietnic wyborczych. Skąd ta teza? Po pierwsze, od połowy marca,
czyli już po uzyskaniu nominacji ze strony Platformy Obywatelskiej, Bronisław
Komorowski w swoich wypowiedziach podkreślał, że nie interesuje go prezydentura
symboliczna, czyli taka, którą Donald Tusk, tłumacząc swoją rezygnację z
kandydowania na urząd, sprowadził do symbolu żyrandola wiszącego w Sali
Kolumnowej Pałacu Prezydenckiego. Stąd też premier Donald Tusk powinien być
ostatnią osobą, która jest zaskoczona polityczną emancypacją prezydenta elekta.
Wydaje się, że dużo poważniejszym problemem dla obozu rządzącego są obietnice
złożone w trakcie kampanii prezydenckiej. Pomimo że mają one niewiele wspólnego
z faktycznymi uprawnieniami głowy państwa – składane zarówno przez samego
kandydata, jak i przedstawicieli rządu z premierem na czele – będą w najbliższym
czasie stanowiły poważne obciążenie dla polityki prowadzonej przez koalicję
rządową. Stąd też możliwe wydaje się zastosowanie wobec projektów szczególnie
niepopularnych społecznie następującej taktyki: rządowy projekt dotyczący
przykładowo ograniczenia uprawnień emerytalnych służb mundurowych może zostać
zawetowany przez Bronisława Komorowskiego, przez co koalicja rządowa będzie
mogła wycofać się z kłopotliwych propozycji, prezydent zaś spełni jedną ze swych
przedwyborczych obietnic. Dlatego też o faktycznej skali niezależności
prezydenta będą świadczyły konkretne decyzje polityczne, a nie przedwyborcze
deklaracje zarówno samego prezydenta, jak i ludzi z jego politycznego zaplecza.
Jest jeszcze jeden argument wskazujący na sztuczny charakter konfliktów między
liderami Platformy Obywatelskiej. Od początku bieżącej kadencji Sejmu zarówno
rząd, jak i klub parlamentarny PO umiejętnie stosują taktykę przekierowywania
dyskursu politycznego w pożądanych przez siebie kierunkach. Głównym zadaniem tej
"wektorowej" polityki jest kreowanie tematów zastępczych przez polityków
Platformy, szczególnie w momentach krytycznych dla rządzącej większości. W tym
kontekście warto chociażby przypomnieć, że po ujawnieniu afery hazardowej
tematem często podnoszonym przez jej przedstawicieli była kwestia tzw. afery
gruntowej. Natomiast dzisiaj, kiedy coraz częściej ze strony mediów padają
niewygodne pytania o konkretne decyzje dotyczące reform finansów państwa,
słyszymy coraz więcej o wewnętrznych konfliktach targających Platformą
Obywatelską.
Wydaje się, że obecnie nie jesteśmy w stanie udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi
na pytanie, jak monopolizacja władzy w rękach Platformy Obywatelskiej,
wspieranej przez ludowego koalicjanta, wpłynie na działanie państwa i jego
instytucji. Dotychczasowe doświadczenia ostatnich dwudziestu lat nie są
najlepszym prognostykiem. Niemalże zawsze rządzące koalicje prowadziły działania
zmierzające do wzmocnienia swych wpływów w obszarach, które powinny być trwale
oddzielone od bieżącej polityki – na przykład w mediach i administracji
publicznej. Równie istotnym problemem, a może cechą charakterystyczną polskiego
systemu politycznego, były podejmowane szczególnie w ostatnich latach działania
zmierzające do unifikacji koalicjantów i ugrupowań opozycyjnych w ramach partii
politycznej dominującej w danym okresie. Ograniczenie powyższych zjawisk powinno
być pierwszym krokiem w kierunku normalizacji życia politycznego. W kilku
przypadkach konieczne będzie wprowadzanie daleko idących zmian ustrojowych,
wyraźnie ograniczających politykom możliwość zawłaszczania państwa.

Dr Maciej Wojtacki

Autor jest politologiem, wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i
Medialnej.

drukuj