Batalia o pieniądze OFE

Unia Europejska chce, by pieniądze przepływające do OFE tytułem składki
emerytalnej były traktowane jak wydatek budżetu na rzecz instytucji prywatnych,
czyli powiększały deficyt budżetowy. Rząd PO – PSL zabiega o uznanie tych
funduszy za część finansów publicznych, co w statystykach zredukowałoby nasz
deficyt o niemal 2 punkty procentowe.

Polska wraz z dziewięcioma innymi państwami Unii podpisała w sierpniu wspólny
list, w którym domaga się, aby Komisja Europejska uznała otwarte fundusze
emerytalne za element publicznego systemu emerytalnego i aby ta część składki
emerytalnej, która jest przekazywana z ZUS do OFE, traktowana była jako transfer
wewnątrzbudżetowy, a nie wydatek budżetu państwa.
Rządowi, który boryka się z dziurą w budżecie i rosnącym długiem publicznym,
chodzi o to, aby pieniądze wpłacone do OFE nie powiększały deficytu budżetowego,
który sięgnie w tym roku blisko 7 proc. PKB. Według przepisów unijnych deficyt w
krajach członkowskich nie powinien przekraczać 3 proc. PKB pod rygorem kary
finansowej i przymusowych cięć. Autorzy propozycji twierdzą, że unijna metoda
obliczania deficytu i długu publicznego jest krzywdząca dla krajów, które
przeprowadziły reformę emerytalną. – OFE wraz z wpłatami przejmują część
zobowiązań emerytalnych państwa. W krajach, w których systemy emerytalne oparte
są w całości na budżecie, te zobowiązania także istnieją, ale po prostu nie są
ujawniane i nie wpływają na poziom deficytu – wyjaśnia dr Zbigniew Kuźmiuk.
Zaznacza jednak, że perspektywa dalszego "bezkarnego" zadłużania przez obecny
rząd jest niebezpieczna. – Długi ktoś w końcu będzie musiał spłacić –
przypomina.
Te same postulaty podnosił na forum Unii także rząd PiS w czasie, gdy ministrem
finansów była prof. Teresa Lubińska. Był to nawet element programu wyborczego
tej partii. Dodatkowym argumentem, jaki wówczas podnoszono, było to, że uznanie
OFE za publiczne fundusze spowoduje, iż nie będą podlegały one unijnej zasadzie
swobody przepływów kapitału, co uchroni polskich emerytów przed ryzykiem
wytransferowania ich oszczędności za granicę. Obecne przepisy ograniczają
funduszom możliwości inwestowania składek za granicą do poziomu maksymalnie 15
proc. aktywów. Jak ważne jest utrzymanie tego ograniczenia, pokazał światowy
kryzys finansowy, który niczym ogień pochłonął pieniądze ulokowane w
komercyjnych funduszach inwestycyjnych. W razie przyjęcia, jak chce Komisja
Europejska, że OFE są funduszami prywatnymi, wspomniane ograniczenie musiałoby
zniknąć.
– Budżet poprzez ZUS przekazał w tym roku do OFE ok. 24 mld zł, tj. kwotę
odpowiadającą prawie 2 proc. PKB. O tyle właśnie spadłby deficyt finansów
publicznych, gdyby UE zgodziła się na zmianę metodologii liczenia długu –
wyjaśnia dr Kuźmiuk. To zaś oznaczałoby, że zaciskanie pasa w ramach redukowania
nadmiernego deficytu byłoby dla społeczeństwa mniej dotkliwe. Z drugiej strony
rząd, który w ciągu niespełna trzech lat powiększył nasze zadłużenie aż o 200
mld zł, nie musiałby już obawiać się przekroczenia barier zapisanych w ustawie o
finansach publicznych oraz Konstytucji, i mógłby dalej nas zadłużać.
– Gdyby nie reforma emerytalna, nasz dług publiczny wynosiłby 40 proc. PKB –
mówił w styczniu minister finansów Jacek Rostowski, prezentując na Politechnice
Warszawskiej plan konsolidacji finansów publicznych. Obecnie grozi nam, że
zadłużenie w relacji do PKB przekroczy 55 procent.
Według prof. Zyty Gilowskiej z Rady Polityki Pieniężnej, środki zgromadzone
przez OFE – ok. 180 mld zł – nie mogą zasilać finansów publicznych. – Składka
emerytalna w części przeznaczonej dla OFE trafia nie bezpośrednio do funduszy,
lecz do ZUS, i ZUS używa tych pieniędzy, zaś budżet refunduje to funduszom w
formie dotacji, która – nie wiedzieć, dlaczego – jest traktowana jako "rozchód
poza rachunkiem deficytu", a nie jako "wydatek budżetowy" – tłumaczy prof.
Gilowska. – Cały system skomplikowano, aby zakamuflować fakt, że wydajemy
pieniądze z budżetu na rzecz prywatnych funduszy, które w zamian niczego ludziom
nie gwarantują, a jednocześnie – ukryć rzeczywiste rozmiary deficytu ZUS –
twierdzi prof. Gilowska i podkreśla, że tak naprawdę dotacja do ZUS powinna być
wyższa.
Zmianą metodologii liczenia długu publicznego nie są zainteresowane pozostałe
kraje UE, a najgłośniej sprzeciwiają się Niemcy. Przeciwnicy argumentują, że
zmiana sposobu obliczania zadłużenia w dziewięciu krajach spowoduje, że dane z
poszczególnych państw staną się nieporównywalne. Zgłaszają też obawy, że
precedens może uruchomić lawinę dalszych postulatów o wyłączenie różnych
kategorii wydatków budżetowych spod reżimu długu publicznego.
Komisja Europejska od 2003 r. do początków 2007 r. przymykała oko na to, że
Polska nie wlicza do zadłużenia publicznego transferów do OFE. Nieformalne
ustalenia na ten temat zapadły podobno na szczycie w Atenach. W tym czasie w
Polsce rządy sprawowała lewica. – Być może Komisji Europejskiej chodziło o
poprawienie wskaźników finansowych Polski w przededniu akcesji, która miała w
naszym kraju wielu przeciwników – twierdzą nasi informatorzy. Po objęciu rządów
przez PiS Komisja Europejska zmieniła stanowisko na bardziej restrykcyjne. W
praktyce – gdyby stosować metodologię liczenia długu proponowaną przez UE –
górną granicą zadłużenia byłoby w Polsce nie 3 proc. PKB, lecz ok. 1 proc. PKB.
Jednoczesne obligatoryjne poluzowanie zasad inwestowania OFE za granicą miałoby
ten skutek, że z czasem cały ciężar wypłaty emerytur z powrotem spocząłby na
barkach państwa.

Małgorzata Goss

drukuj