Aleksander Kwaśniewski pomaga losowi
Wiele znaków na ziemi i niebie wskazuje, że Słońce Peru z wolna chyli się
ku zachodowi. Nieznaczy to, że pogrąży się w niebycie – co to, to nie; reakcja
na kazus Julii Tymoszenko pokazuje, iż wśród Umiłowanych Przywódców wytworzyła
się solidarność ponad podziałami i aby pójść sobie na rękę, nie tylko respektują
wszystkie immunitety, które sobie dotychczas zagwarantowali, ale obmyślają dla
siebie nawzajem różne rekompensaty na otarcie łez, gdy coś pójdzie nie tak –
zatem pewnie i laureat Nagrody Karola Wielkiego dostanie jakąś unijną synekurę,
gdy Siły Wyższe uznają, że trzeba wreszcie coś zmienić, aby wszystko zostało po
staremu.
Problem jednakże w tym, że na razie nie widać kandydata, któremu można by,
nawet z ograniczonym zaufaniem, powierzyć zewnętrzne znamiona władzy w naszym
nieszczęśliwym kraju. Wprawdzie Siły Wyższe patrzą na Janusza Palikota i jego
dziwnie osobliwą trzódkę z widocznym zainteresowaniem, ale i z niepokojem.
Biłgorajski filozof wie, gdzie przebiega wedle stawu grobla, ale niekiedy bywa
rozrywkowy, a w swojej dziwnie osobliwej trzódce udało mu się zgromadzić tak
niezwykłych oryginałów, że na wszelki wypadek powinien go pilnować ktoś bardziej
zaufany. Świetnie nadawałby się do tego Leszek Miller, ale problem w tym, że
między Januszem Palikotem a Leszkiem Millerem iskrzy do tego stopnia, iż były
premier nazwał nawet dziwnie osobliwą trzódkę biłgorajskiego sowizdrzała
"naćpaną hołotą". Powody tego iskrzenia mogą być rozmaite, ale pewnie chodzi o
to, kto w zjednoczonej lewicy byłby pierwszy, a kto drugi.
Nie jest żadną tajemnicą, że "patronem" takiej lewicy pragnąłby zostać były
prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Aleksander Kwaśniewski, który po utracie
prezydenckiej synekury ani rusz nie może ustatkować się na żadnej posadzie.
Tymczasem bezcenny czas mija i pewnie dlatego Aleksander Kwaśniewski postanowił
trochę losowi dopomóc. Pamiętając o Archimedesie, co to potrzebował tylko punktu
oparcia, by podnieść Ziemię, najwyraźniej upatrzył sobie punkt oparcia w
niezależnej prokuraturze. W rozmowie z Agatą Nowakowską i Dominiką Wielowieyską,
wbrew wcześniejszym zaprzeczeniom, przyznał, że wiedział o tajnych więzieniach
CIA w Polsce, ale swoim zwyczajem uznał, iż nie jest odpowiedzialny za to, co
tam amerykańscy oprawcy ze swoimi więźniami wyprawiali. Swoim zwyczajem – bo czy
Aleksander Kwaśniewski kiedykolwiek za cokolwiek odpowiedział? Za nic i nigdy –
ale nie o to w tej chwili chodzi, tylko o to, dlaczego zdecydował się przyznać,
i to właśnie teraz?
Otóż nietrudno zauważyć, że deklaracja Aleksandra Kwaśniewskiego, iż wiedział o
tajnych więzieniach CIA w Polsce, bije przede wszystkim w Leszka Millera. Skoro
bowiem wiedział o nich prezydent, to nie mógł nie wiedzieć ówczesny premier. Co
więcej – to właśnie on, jako szef rządu, musiał wydać formalną zgodę. I
wprawdzie komentując tę deklarację Aleksandra Kwaśniewskiego Janusz Palikot o
Leszku Millerze nie wspomina ani słowem, ale nie bez słuszności zauważa, iż
teraz prokuratura nie ma już wyjścia: musi wszcząć w tej sprawie energiczne
śledztwo. W tej sytuacji Leszek Miller jest postawiony wobec alternatywy: albo
pogodzi się z Januszem Palikotem, umożliwiając w ten sposób Siłom Wyższym
podmiankę Słońca Peru na Zjednoczoną Lewicę, gdzie jeden drugiego by pilnował,
albo świetlaną przyszłość zagrodzi wyrok Trybunału Stanu, który w takiej
sytuacji na pewno stanąłby na nieubłaganym gruncie konstytucyjnej
praworządności. Taka, panie, kombinacja – jak mawiał poeta Antoni Lange.
Stanisław Michalkiewicz
