[ŚWIADECTWO] Kamila i Marek Helsztajn: Jesteśmy wdzięczni za dar krótkiego życia Alusi
Radośni, pomocni i bezgranicznie oddani Bogu. Ich codzienna postawa nie zdradza bólu, z którym przyszło im się zmierzyć po stracie 2-letniej córeczki. Kamila i Marek Helsztajn to rodzice Mateusza, Łukasza i Alicji w Niebie. Alusia zginęła w wypadku, wciąż jest jednak obecna tu, na ziemi. Historia życia rodziny z Torunia to świadectwo siły, odwagi i wiary w wieczność.
W grudniu minęło osiem lat odkąd Alusi fizycznie nie ma z Wami. Co się stało?
Kamila: Zaprowadzałyśmy z Alusią Mateusza do przedszkola. Było bardzo zimno. Gdy wracałyśmy, zatrzymałyśmy się, bo Ala nie miała założonych rękawiczek. Kucnęłam przed nią, a ona tak bardzo pięknie się do mnie uśmiechnęła. Pomyślałam wówczas – pamiętam bardzo dokładnie te wszystkie myśli – „uśmiechnęłaś się do mnie, tak jakby to miał być ostatni raz”. Zatrzymałyśmy się przy ulicy, żeby przejść na drugą stronę. Jechały samochody, więc czekałyśmy. Przejechały, zaczęłyśmy przechodzić. Z ul. Wodociągowej – to jest blisko naszego domu – wyjeżdżała koparka. Patrzę: nie zatrzymuje się, więc przyspieszyłam. Dalej nie wiem co było. Chyba upadłam. Widziałam, że Alusia leży. Koparka się zatrzymała. Zaczęłam krzyczeć. Później pojawiła się karetka. Pamiętam jeszcze, że odmawiałam „Zdrowaś Maryjo”, gdy odprowadzałyśmy Mateusza. Cały czas. I w jedną, i w drugą stronę. Nie wiem dlaczego. Znalazłyśmy się w szpitalu. Czekałam. Zadzwoniłam do Marka. Przyszli po mnie, nie wiem po jakim czasie, powiedzieli, że się nie udało… Zaprowadzono mnie do Ali, żebym mogła ją zobaczyć.
Byłeś wtedy w Toruniu Marku?
Marek: Nie, byłem w Lubsku koło Żar. Kamila zadzwoniła, że był wypadek; lekarze walczą o życie… Zadzwoniłem do p. Haliny Mazurek, o. Eugeniusza Leśniaka CSsR oraz mojego brata z prośbą o modlitwę. Człowiek jest w takim amoku, że tak naprawdę nie wie do końca co się dzieje. Pojechałem dalej ciężarówką do Gubina – nie wiem, jak tam dojechałem – rozładować towar. Zostało mi jeszcze z pięć miejsc do końca dnia pracy, ale stwierdziłem, że nie dam rady. Leżałem, płakałem. Jakkolwiek pospinałem towar i dojechałem do Poznania. Siostra zabrała mnie do domu.
Jak na początku radziliście sobie z tym ciężkim doświadczeniem?
M: Po ludzku patrząc, to jest nie do opowiedzenia i nie do przeżycia, ale Pan Bóg pomógł nam nie zwariować.
Co przynosiło Wam ulgę?
M: Bardzo pomógł nam o. Marian Krakowski CSsR. „Ulgą” dla nas były słowa, że „to dziecko jest święte”. W tej całej sytuacji po ludzku ciężko nam to wszystko było przyjąć, ale patrząc przez pryzmat wiary, takie słowa były dla nas kojące.
K: To było jak lekarstwo.
M: Poza tym autorytetem jest dla nas p. Halina Mazurek [z Domowego Kościoła przy parafii oo. redemptorystów w Toruniu], a o. Eugeniusz Leśniak CSsR od wielu lat towarzyszy naszej rodzinie. Oni nas wspierali.
Od początku potrafiliście patrzeć na to wszystko przez pryzmat wiary? Nie pojawił się bunt?
K: Zawsze mam przy sobie różaniec. Pamiętam, że w szpitalu go wyciągnęłam. Gdy Marek wrócił po miesiącu do pracy i Mateusza trzeba było dalej prowadzić do przedszkola, codziennie byłam na Mszy św. Zaczęłam jeździć do sanktuarium [NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu], tam czułam się dobrze. Msze były dla mnie ratunkiem, naprawdę. Płakałam, wyrzucałam Jezusowi i Maryi swoje bolączki. Po około trzech miesiącach zwróciłam się do Matki Bożej: „Maryjo, proszę, postaw mnie na nogi”. Jak byłam u spowiedzi u o. Krakowskiego przypomniał mi, że Alusia jest naszym aniołkiem, że jest święta. Bardzo dużo mi to dało. Bardzo dużo. Alusia zginęła 7 grudnia, a 26 stycznia przyjęłam szkaplerz karmelitański. Maryja otacza mnie dużą opieką (…). Nawróciłam się jak miałam 22 lata, wcześniej nie chodziłam do kościoła, moja rodzina nie była blisko Boga. Stało się to we wspólnocie neokatechumenalnej. Tam wszystko toczyło się swoimi torami… Jak w 2008 r. poszłam na pielgrzymkę pieszą z prośbą o wierzącego męża, to pół roku później poznałam Marka. Naprawdę czuję opiekę Maryi.
M: Wiadomo, że po takim wydarzeniu człowiek nie jest w stanie kontrolować wszystkiego, co się wokół niego dzieje. Ale nie miałem żadnego buntu na Pana Boga. Patrząc na Hioba: „Bóg dał, Bóg zabrał”. Oczywiście to nie było takie proste, jednak cały czas patrzyłem na to wszystko przez pryzmat wiary. Wspólnota, wiara, Kościół – to było to, co utrzymało nas na nogach. To się stało 7 grudnia – za trzy tygodnie była Wigilia. Te Święta były dla nas… ciężkie. Ale znowu pojawili się pomocni ludzie. Mój brat zaproponował, żeby Wigilię spędzić u niego. Było nas około dwudziestu osób. Nie byliśmy sami. Wiedzieliśmy też, że ludzie się za nas modlą, zamawiają Msze święte. Gdyby nie wiara, to człowiek by oszalał. Co nie oznacza, że z wiarą to wszystko było fajne.
K: Modlitwa wielu osób dała nam tyle łask i siły.
Czego nauczyła Was krótka chwila z Alą?
M: Dla człowieka pewne rzeczy są oczywiste. Przez to doświadczenie Pan Bóg mnie nauczył, że tak nie jest. Wszystko, co w życiu masz – to łaska od Boga. Zamiast zastanawiać się, „co zrobiłem?” itd., zrozumiałem, że tu nie chodziło o moje postępowanie. Pan Bóg pewne rzeczy dopuszcza. Jest to bolesne? Jest. Wyjdziesz z tego silniejszy. Człowiek musi umieć dostrzegać to, co ma i dziękować. Pierwsze myślenie było takie, że jestem taki hultaj, że Pan Bóg musiał jakiegoś groma z Nieba spuścić, żeby człowiek się obudził. Jednak po przepracowaniu pewnych rzeczy dostaliśmy łaskę, by patrzeć na to w inny sposób: Panie Boże, dziękuję Ci za dar życia tego dziecko, że Aluśka była z nami i ponad dwa lata mogliśmy się nią cieszyć. I to, że jest święta. A jak nie będziemy aż takie hultaje, to w Niebie się z nią spotkamy.
K: Tak… Za te 2 lata, 2 miesiące i 4 dni Alusi nauczyłam się dziękować. Chociaż tyle była z nami. To bardzo zmieniło nasze życie. Uczę się wdzięczności za wszystko, nawet za trudne dni. Marek pomógł mi dostrzec, że ciężkie doświadczenia nie są „takie negatywne”, bo czegoś mnie uczą.
M: Nawet jak zrobimy coś po swojemu, popełnimy błędy, to Pan Bóg patrzy: dobra, zepsuli plan A, to robimy plan B. I tak z planu B idziemy do Z. Już brakuje literek, a Pan Bóg cały czas wyciąga rękę. To jest to, o czym mówiła św. Faustyna, że największym naczyniem do czerpania łask jest ufność. (…). W TV Republika był wywiad z mamą ks. Michała Olszewskiego. Stwierdziłem, że muszę posłuchać jego kazań. Po pierwszym się popłakałem. Nie ma opcji, pomyślałem, by to „więzienie zrobiło mu krzywdę”. Zrobił tyle dobra, ma tak otwarte serce na innych, a tu Pan Bóg w swojej mądrości dopuścił, że go zamknęli. Wiadomo, że dla niego – tak jak i dla nas – nie jest to łatwe. Musimy starać się ufać, mimo że myślimy, że wiemy, co jest dla nas najlepsze. Nie wiemy. I dopóki nie zrozumiesz tego, że nie wiesz, to będziesz się szarpał i obrażał na Pana Boga.
Poznając Was wcześniej w innych sytuacjach miałam okazję zobaczyć, jak żywa jest Wasza relacja z Alusią.
M: Ona cały czas towarzyszy nam w życiu. Człowiek w najróżniejszych sytuacjach przypomina sobie np. słowa, które mówiła. To wszystko w nas jest.
K: Jak ktoś mnie pyta, ile mam dzieci, to zawsze mówię: troje. Łukaszek urodził się ponad rok po śmierci Alusi, co też jest cudem, bo lekarz nam mówił, że ciężko mi będzie zajść w kolejną ciążę.
M: A nawet jak Kamila zajdzie w ciążę, to jest to bardzo ryzykowne i niewskazane.
K: I niedawno Łukaszek powiedział mi: Mama, żałuję, że nie poznałem Alusi. To bardzo mnie wzruszyło. Widać, że Alicja cały czas jest z nami.
M: Nawet jak są Święta, to stawiamy na stole Ali zdjęcie. Dla nas ona jest – nie ciałem, ale duchem (…). Nie wyobrażam sobie przechodzić przez to bez świętych obcowania, bez łaski Bożej. Tam, gdzie pracuję jest mężczyzna, którego córka – mając ok. 18 lat – kąpała się w wannie. Wpadła jej suszarka. Zmarła. On mówi, że Boga nie ma, bo jakby był, to jego córka by żyła. Kiedyś z nim rozmawiałem. Powiedziałem: wiesz, to jest twoje serce. Nie jest to proste, ale ja patrzę na to zupełnie inaczej. Pan Bóg dopuścił, że coś takiego się stało. Nie jesteśmy w stanie tego uzasadnić, bo po ludzku to nie ma sensu. Pierwsze co, to uciekałem do kościoła i prosiłem: „Panie Boże, daj mi siłę, żebym był w stanie żyć dalej”. Bez udziału łaski Bożej nie wyobrażam sobie dalszego życia. Inaczej człowiek by sfiksował. Ale idziemy do przodu. Cieszymy się Mateuszem i Łukaszem, cieszymy się wszystkim, co Pan Bóg nam daje.
Zwracacie się o wstawiennictwo Alusi u Boga? Prosicie o konkretne łaski?
K: Oj tak. Jak jestem na cmentarzu, proszę o opiekę nad Markiem i chłopakami.
M: Nie może być źle – babcia, mama i Alusia są w Niebie i orędują za nami, więc jesteśmy „skazani” na sukces. Wiem, że jej orędownictwo jest silne.
K: Ogromne.
M: Czasami myślę sobie, że patrzy na nas z góry i myśli: „Ale wariaci”.
Chcielibyście coś jeszcze dodać?
M do K: Chcesz coś dodać?
K: Że Cię kocham.
Artykuł ukazał się w miesięczniku „W Naszej Rodzinie”.
Monika Tomaszek







