Manewr matematycznie niemożliwy

Z serią wykładów poświęconych prezentacji wyników badań dotyczących
przyczyn katastrofy na Siewiernym przyleciał do Polski prof. Wiesław Binienda z
Uniwersytetu w Akron w USA. Jutro weźmie udział w posiedzeniu parlamentarnego
zespołu smoleńskiego.


Profesor Binienda w poniedziałek wziął udział w XX Francusko-Polskim
Seminarium Mechaniki na Wydziale Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki
Warszawskiej, jego macierzystej uczelni. Przedstawił tam za pomocą symulacji
komputerowych rezultat swoich badań dotyczących przyczyn katastrofy smoleńskiej.
W swoich obliczeniach zastosował różne parametry skrzydła i brzozy, starał się,
by skrzydło było jak najsłabsze, a drzewo jak najmocniejsze. Za każdym razem
efekt był ten sam – brak utraty panelu skrzydła po zderzeniu z drzewem. Tego
samego dnia wieczorem do kina Palladium na prezentację wyników prac Biniendy
przyszły prawdziwe tłumy. Ludzi było tak wielu, że nie wszyscy zdołali w ogóle
wejść do sali, w której odbywała się prezentacja. Binienda omówił kilka
przykładów katastrof lotniczych zbliżonych do smoleńskiej, w których pasażerowie
przeżyli zderzenie z ziemią. Jedna z nich dotyczyła samolotu Tu-134, który
wylądował do góry kołami (wszyscy pasażerowie przeżyli, rannych zostało 31
osób), inna wypadku samolotu Tu-154, do którego doszło 5 grudnia 2010 roku
(wszyscy przeżyli, ranne zostały 83 osoby), choć samolot, podobnie jak w
Smoleńsku, wylądował w lesie. W tej katastrofie maszyna rozbiła się na kilka
części. Na trzecim przykładzie profesor zaprezentował zdjęcie wraku samolotu,
który uderzył lewym skrzydłem o betonową lub stalową zaporę, wyrywając całe
skrzydło razem z częścią kadłuba. – To skrzydło jest tak solidnie zbudowane, że
raczej wyrwie pół kadłuba, niż się złamie – dowodził Binienda. Podkreślił, że to
właśnie wiedza na temat przebiegu i skutków tych katastrof sprawiła, że zajął
się, jako ekspert w dziedzinie wytrzymałości materiałów i analizy mechanicznej
uderzeń o wielkiej energii, próbą wyjaśnienia tego, co stało się 10 kwietnia
2010 roku. – Chciałem wykorzystać swoją wiedzę i metodologię, nad którą
pracowałem razem z grupą ekspertów z różnych przedsiębiorstw silników
odrzutowych, jak FAI, Boeing czy NASA. Metodologia ta polega na wirtualnych
eksperymentach, które służą na przykład do konstrukcji silników odrzutowych –
powiedział profesor.

Czy to w ogóle możliwe?
Binienda skonfrontował się z pytaniem, czy dane zawarte w raporcie MAK można w
ogóle pozytywnie zweryfikować, stosując wspomnianą metodologię, czy dadzą one
efekt złamanej brzozy i skrzydła samolotu. – Chciałem odpowiedzieć na
stwierdzenie z raportu MAK, że samolot uderzył w drzewo o średnicy 30-40
centymetrów, w wyniku czego stracił jedną trzecią skrzydła, a następnie po 5-6
sekundach odwrócił się do góry kołami i upadł na ziemię, zabijając wszystkich
pasażerów – wskazał. Binienda zbudował metodą elementów skończonych model
matematyczny Tu-154M, konsultował się z innymi ekspertami w USA, m.in. głównym
inżynierem Boeinga, który konstruował Boeinga 727, samolot zbliżony parametrami
do tupolewa. Binienda zrobił sześć obliczeń dla sześciu różnych grubości
poszczególnych elementów samolotu, które według niego mogły być najbardziej
odpowiedzialne za tę katastrofę. Zwiększał grubość i masę drzewa, odejmował
pewne części wzmacniające skrzydło od wewnątrz, tak by było słabsze. Wyniki
symulacji wskazywały, że po zderzeniu z brzozą skrzydło, choć ze zniszczoną
krawędzią natarcia, nadal pozostawało przytwierdzone do samolotu, a brzoza
łamała się, przewracając w innym kierunku niż to widoczne na zdjęciach z
katastrofy.

Skrzydło co prawda – wskazywał profesor – mogło zostać oderwane, ale nie przy
zderzeniu z brzozą. Binienda zwrócił też uwagę na fakt, że gdyby uznać za
prawdziwe informacje raportu MAK, samolot musiałby niezauważalnie przeniknąć
przez las, który znalazł się na jego drodze, ponieważ nie wyciął w nim żadnej
alei, przesieki. Co więcej, samolot po utracie jednej trzeciej skrzydła
gwałtownie wznosi się do góry. Jeżeli tak miałoby być, ta stutonowa maszyna
musiałaby w tym momencie osiągnąć przyspieszenie pionowe 10 g lub 8 g, by nabrać
wysokości. Takiego manewru nie jest w stanie wykonać żaden samolot tego typu.
Ale – według Rosjan – tak właśnie się stało, ten manewr miał uzasadniać kolejną
daną z raportu MAK: półbeczkę autorotacyjną. Binienda wskazał również na niechęć
członków komisji Jerzego Millera i Rosjan do konfrontacji z jego tezami. – 8
września, kiedy miałem swoją pierwszą prezentację, zaproponowałem ekspertom z
komisji Millera i MAK, żeby przedstawili wyniki swoich obliczeń, jeszcze wtedy
myślałem, że oni też coś policzyli, na konferencji w Pasadenie przed ekspertami
z całego świata. Ku mojemu zdziwieniu nikt nic nie przysłał – zaznaczył
profesor.

Tusk mówi: nie
Binienda zaznaczył też, że jest jeszcze wiele istotnych problemów, na które do
tej pory nie odpowiedziano w sposób konkluzywny. Wyjaśnienia wymaga m.in.
kwestia, w jaki sposób Tu-154M znalazł się na wysokości 26 m nad ziemią, skoro
dowódca na wysokości 100 m wydał komendę: odchodzimy. I dlaczego ta próba się
nie powiodła? Binienda dodał, że w Polsce jest wielu wybitnych naukowców, którzy
mogliby pomóc w wyjaśnieniu katastrofy, ale boją się angażować.
Obecny na spotkaniu Antoni Macierewicz (PiS), szef parlamentarnego zespołu
smoleńskiego, zwrócił uwagę na próby kneblowania ust środowisku naukowemu,
dysponującemu wiedzą i instrumentarium, które można wykorzystać do rzetelnych
badań. – Raport Millera jest fundamentem stanowiska rządu pana Donalda Tuska i
nie można go zmieniać, nie wolno go zmieniać. To jest raport, który zamknął
sprawę smoleńską, w którym żaden przecinek nie może zostać zmieniony i żadne
dowody uwzględnione – powiedział poseł. Na spotkanie z profesorem Biniendą
przyszło wiele znanych osób, m.in. satyryk Jan Pietrzak, reżyser filmowy Antoni
Krauze oraz sędzia Wiesław Johann. Z rodzin smoleńskich byli: Ewa Kochanowska,
Andrzej Melak, Dariusz Fedorowicz i Stanisław Zagrodzki. Wczoraj prof. Wiesław
Binienda przedstawił również swój wykład na Uniwersytecie Kardynała Stefana
Wyszyńskiego w Warszawie. Dzisiaj natomiast wyniki swoich badań zreferuje na
Uniwersytecie Jagiellońskim, zaś w piątek na Politechnice Białostockiej.

Piotr Czartoryski-Sziler

drukuj