Komu przeszkadzają Sowieci?
W swojej dziecięcej naiwności sądziłem, że jeśli przez Polskę także
przetoczy się walec politycznej poprawności, to jego przejawem będzie wypranie
języka z wszelkich wyrażeń, które według ideologów political correctness
obrażają inne narodowości, a zwłaszcza środowiska homoseksualne i inne tzw.
mniejszości. Ale oto na naszych oczach polityczna poprawność zaczyna wkraczać na
obszar historii, i to w kuriozalny sposób.
Oczywiście, nie ma się co czarować, że owej poprawności do tej pory w naukach
historycznych nie było, wręcz przeciwnie, kwitła i kwitnie w najlepsze.
Przejawem tego jest choćby to, że pewnych tematów "nie powinno się podejmować"
albo należy je ujmować w jeden ustalony przez salon sposób (jak choćby pisanie o
historii Narodowej Demokracji czy Narodowych Sił Zbrojnych), że nie można
krytycznie pisać o "naszych bohaterach, naszych srebrach narodowych" (vide
przypadek Lecha Wałęsy) czy wypominać win komunistom, którzy przyczynili się do
"pokojowego przekazania władzy w 1989 roku" (jak Wojciech Jaruzelski). Do tego
już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Ale oto okazuje się, że niektórym ludziom
przeszkadza już nawet używanie w opisach wydarzeń historycznych słowa
"sowiecki".
Symbolicznie zaczęło się to od Andrzeja Brzozowskiego, redaktora naczelnego
nowego biuletynu IPN, który zażądał, by w artykułach publikowanych w tym
czasopiśmie używano wyłącznie formy Związek Radziecki, która obowiązywała w PRL,
a nie Związek Sowiecki. Brzozowski nie krył, że słowo "sowiecki" ma negatywne
skojarzenia, nieprzychylne Rosji, a w nauce nie powinno się stosować określeń
"emocjonalnych". Przykład z pana Brzozowskiego wzięli szybko posłowie z komisji
kultury, którzy zaprotestowali, aby do uchwały czczącej pamięć poety Władysława
Sebyły wpisać zdanie o tym, że w 1940 roku został on zamordowany przez Sowietów.
Dlatego zaproponowano, by napisać, że zamordowało go NKWD. W końcu stanęło na
"sowieckim NKWD".
Komu przeszkadzają "Sowieci"? Zapewne tym, którzy chcą kosztem własnej
historii budować "dobre relacje polsko-rosyjskie". I nie jest to proces, który
zaczął się dopiero teraz. W tę nową "politykę historyczną" wpisał się już i
Stefan Niesiołowski, który o zbrodni katyńskiej mówił, że nie była to zbrodnia
przeciwko ludzkości, co dla Polaków jest oczywiste, i Andrzej Wajda, który
wzywał do zapalania zniczy na mogiłach sowieckich żołnierzy i uczczenia w ten
sposób pamięci tych, którzy przynieśli nam "wyzwolenie", i wreszcie prezydent
Bronisław Komorowski, który gorąco popierał postawienie obelisku poświęconego
żołnierzom sowieckim, którzy w 1920 roku szli na Warszawę i zginęli w bitwie pod
Ossowem, zatrzymani przez polską kontrofensywę. Takie działania budują
odpowiednią atmosferę, nie dziwmy się więc żądaniom usunięcia z historii Polski
słowa "sowiecki". Bo przecież nie chcemy drażnić Rosji, nie chcemy odbudowywać
"historycznych podziałów".
A przecież słowa w historii są ważne. Przymiotnik "sowiecki" nie miałby dla
Polaków, i nie tylko dla nas, negatywnego skojarzenia, gdyby nie ogrom zbrodni
dokonanych przez Rosję sowiecką i Związek Sowiecki. W czasach PRL wielu ludzi
gniło w więzieniach za mówienie, odkrywanie prawdy o zbrodniach sowieckich.
Marzyli o tym, aby nastały czasy, kiedy będzie można swobodnie o tym pisać w
wolnej Polsce. I nastały czasy nowej polityki historycznej, której ukoronowaniem
jest rugowanie nauczania historii najnowszej ze szkół. Przynajmniej w szkołach
nie będzie się mówić i przypominać o zbrodniach dokonywanych przez niemiecką III
Rzeszę i Związek Sowiecki. Ale i "edukowanie" dorosłych już się – jak widać –
zaczęło.
Krzysztof Losz
