Homilia wygłoszona podczas Mszy Świętej w krakowskim parku im. dr Henryka Jordana, z okazji upamiętnięnia męczeństwa Św. Maksymiliana Marii Kolbego i polskich ofiar II wojny światowej.


Pobierz Pobierz

Bracia i Siostry!

Dzisiaj, z perspektywy 70 lat od rozpoczęcia II Wojny Światowej wiemy, że
ta wojna przyniosła ze sobą nowe, niespotykane dotąd doświadczenia, stwarzała
sytuacje wcześniej nieznane, te najtrudniejsze z trudnych, trudne do określenia
moralnie, nieopisane, nieprzewidziane także w historycznych wzorach męstwa i
świętości. Dlatego byli i są ludzie, którzy twierdzili i nadal twierdzą,
że do jej rzeczywistości – rzeczywistości wojny totalnej nie da się zastosować
się ani tradycyjnego heroizmu, ani tradycyjnej moralności, że ta wojna była
i jest klęską wszystkich tradycyjnych kodeksów i wartości, i że KL
Auschwitz – Birkenau, a wraz nim inne obozy hitlerowskiego nazizmu i łagry
sowieckiej Rosji to podwaliny nowej, potwornej cywilizacji wyzutej z bohaterstwa
i świętości, z miłości i nadziei. Jak pisał Tadeusz Borowski, tam w KL
Auschwitz objawiła się straszna prawda o człowieku, który dotychczas okłamywał
sam siebie, mówiąc, że jest zdolny do czegoś więcej niż tylko walki o
swoje istnienie; nową moralność, nowe prawo, nowy ład społeczny trzeba
budować na prawdzie Auschwitz, a nie na ułudach filozofii czy fikcjach prawa i
religii –  pisał.

Bo na czym polegała nowość tej straszliwej wojny i nowość
hitlerowskiego obozu w Oświęcimiu? Na okropnościach śmierci i ucisku? Nie.
Człowiek zawsze zadawał drugiemu człowiekowi cierpienia. Wystarczy wspomnieć
okrucieństwa wcześniejszych wojen, losy niewolników i jeńców, straszliwe więzienia
w lochach i pieczarach wszystkich czasów. Przerażająca nowość tej wojny i
nowość Auschwitz polegała na liczbach. Według najnowszego bilansu,
dokonanego przez historyków Instytutu Pamięci Narodowej, w
II wojnie światowej zginęło od 5,5 do 5,8 miliona polskich obywateli (nie
jest to jeszcze bilans pełny!), a
przez obszar oświęcimskiego obozu,
który nie przekraczał rozmiarami prowincjonalnego miasteczka, przeszło w ciągu
5 lat tylu ludzi , ile liczą dzisiaj wielkie metropolie świata, z czego od 1,1
do 1,5 mln pozbawiono tam życia. Człowiek umierał w tłumie i pośpiechu,
poganiany jednakowo do pracy, jedzenia i śmierci. Umierał bezimiennie,
oznaczony wielocyfrowym numerem. Umierał niezauważony. Dobijany nie tylko z
okrucieństwa, ale po to by zrobić miejsce następnym. I mogło się wydawać,
że to wszystko jedno, jak umrze: heroicznie czy w poniżeniu, skoro nikt tego
miał nie dojrzeć, nikt nie zapamiętać.

Dlatego bohaterstwo tamtej wojny i bohaterstwo w Auschwitz było
bohaterstwem małej liczby w wielkich liczbach. Bo takie jest bohaterstwo mas
ludzkich sterroryzowanych siłą i literą narzuconego prawa, takie jest
bohaterstwo w strukturach zautomatyzowanych, odczłowieczonych, bohaterstwo człowieczeństwa
wyzutego z odruchów solidarności, człowieczeństwa, którego więzi
poprzecinano, by opleść je więzami stworzonymi sztucznie w imię jakiejś
ideologii. Bohaterstwo, które nie ma świadków i które nie przenika do
innych.

A jednak tamto bohaterstwo przeniknęło, choć trzeba było wielu lat, aby
czyn ojca Kolbego stał się znany i aby doszło do aktu kanonizacji czy też
wydarzenia, którego teraz jesteśmy świadkami. Czyn ojca Maksymiliana przenikał
do świata powoli, jak powoli przenika do naszej świadomości prawda o jego świętości.

Bo przecież o. Maksymilian Kolbe uratował tylko jednego człowieka. Czy
ten człowiek był kimś wybitnym? Uczonym, wynalazcą? Mądrym politykiem?
Duchownym wyższego stopnia? Nie. Znamy jego nazwisko. Nieżyjący już
Franciszek Gajowniczek, był Polakiem, ojcem rodziny, przeżył obóz i wojnę i
na szczęście starał się być dobrym człowiekiem, który za życia pamiętał,
kto i dlaczego złożył za niego ofiarę. Ale mógł być też złym człowiekiem.
Było to wtedy obojętne. Tak obojętne, jak po dziś dzień jest obojętnym,
kim był Barabasz wymieniony za Chrystusa, jak zareagował na wiadomość, że
darowano mu życie, aby zabić Galilejczyka, i co potem ze swoim darowanym życiem
zrobił. Maksymilian zechciał zająć miejsce jednego, zwykłego człowieka.
Uratował od śmierci jednego, ale tą ofiarą złożoną za tego jednego,
przeprowadził nas przez próg wieku ideologii, próg wieku utopii, wieku rozwiązań
globalnych, w epokę, która stała się poszukiwaniem pojedynczego człowieka.
Pojedynczego i każdego człowieka. Dlatego, ktoś powiedział, że nie było
jeszcze takiego świętego. 

Byli święci, którzy uzdrawiali chorych i wskrzeszali umarłych, byli
tacy, którzy słynęli ze szczodrobliwości dla biednych i miłosierdzia dla trędowatych.
Byli święci szczycący się tysiącami nawróconych pogan lub słynni
kaznodzieje skruszający serca możnych, niektórzy powstrzymywali inwazje
barbarzyńców, sami cudowną mocą wygrywali wojny, albo jako męczennicy
znosili śmierć i wymyślne tortury dla zaświadczenia wierności Chrystusowi,
Ewangelii i Kościołowi.

Esesmanom, którzy 14 sierpnia 1941 przeprowadzali selekcję do bunkra głodowego,
było zupełnie obojętne, jakiej wiary jest człowiek proszący, aby go wzięto.
Nie mieli pewnie satysfakcji, z jaką urzędnicy i oficerowie rzymskiego
imperium zabijali wyznawców Nauczyciela z Nazaretu ani fanatyzmu niektórych
wyznawców Allacha. Hitlerowcy nie planowali specjalnie zniszczenia religii w
imię naukowego światopoglądu. Było im to raczej obojętne. W imperium
Hitlera walka toczyła się nie o prawo wyznawania takiej czy innej religii
(poza żydowską, która ideologicznie została skazana na zagładę), nie o
taki czy inny dogmat wiary. Oni myśleli o oczyszczeniu świata z ludzi, których
sami, według własnych kryteriów uznali za złych, których według ich zamysłu
należało wyeliminować. Dlatego ojca Kolbego nikt pewnie nie pytał, jakiej
jest wiary ani nie żądał wyrzeczenia się jej. On oddał życie za jednego człowieka,
stając się nie tylko patronem naszych trudnych czasów, ale i symbolem
drobnych duchowych bohaterstw ludzi wszystkich wyznań, żołnierzy, lekarzy,
pielęgniarek, nauczycieli, duchownych, urzędników i funkcjonariuszy ratujących
ludzi przed wyeliminowaniem, cichych męczenników codziennego ryzyka – wtedy
ryzyka wojny, podczas której ogólne prawo wielkiej liczby w umieraniu mówiło
tylko każdemu: chroń siebie, nie myśl o innych.

Ale od tego chorego prawa wielkich liczb zalęknionych ludzi silniejsze
okazało się prawo miłości wobec jednego, pojedynczego człowieka, które
jest istotą Chrystusowego przyjścia na świat, najgłębszą treścią
Chrystusowej śmierci na krzyżu i powodem nieskończonej wartości każdej
ludzkiej istoty, której przeznaczeniem jest zmartwychwstanie i życie wieczne w
Chrystusie.

Dlatego powtórzmy: o. Maksymilian, którego nikt nie pytał, jakiej jest
wiary i od którego nikt nie żądał wyrzeczenia się jej, w istocie poniósł
za tę wiarę i Chrystusa śmierć, otwierając dla nas, ludzi żyjących w świecie
wielkich liczb, jej najgłębszą prawdę: nadprzyrodzona wartość pojedynczego
ludzkiego istnienia. I to on św. Maksymilian Maria Kolbe jest ojcem Kościoła
otwartego na całą ludzkość i na każdego człowieka z osobna. Jest ojcem
Soboru Watykańskiego II i czterech pontyfikatów drugiej połowy XX wieku, które
zmieniły związki Kościoła ze światem. Jest duchowym ojcem papieża Jana,
Pawła i dwóch Janów Pawłów, na czele z Janem Pawłem II Wielkim, autorem
wydanej przed 30 laty encykliki Redemptor hominis, Odkupiciel człowieka, którym
jest Chrystus nasz Pan, Syn Niepokalanej i Mistrz naszego o. Maksymiliana.

W tym miejscu nie będę przypominał szczegółowo, kim był ojciec
Maksymilian. Wiadomo dobrze, kim był, bo przecież pozostawił wielu świadków
swej działalności, wiele dzieł organizacyjnych i wiele pism po sobie.
Wszystko to tworzy pewną logiczną całość, począwszy od przyjęcia w dzieciństwie
dwóch koron z rąk Niepokalanej aż do jego ostatniego dzieła, ostatniego
czynu i słowa, którym była śmierć z wyboru.

Ktoś kiedyś napisał, że gdyby nie ta śmierć, ojciec Maksymilian byłby
w swoim zakonie i w Kościele czczony jako gorliwy kapłan, pobożny zakonnik,
niezwykle czynny apostoł Ewangelii i czciciel Maryi. Zapamiętano by jego
niezwykłe pomysły spożytkowania współczesnych wynalazków technicznych dla
głoszenia Słowa Bożego i być może –  powracano by nieraz do jego idei
Rycerstwa Niepokalanej, które niby maryjna anty – masoneria miało ogarnąć cały
świat, aby skrycie i otwarcie słowem, przykładem i modlitwą pracować nad
jego moralną naprawą. Być może. Tego nie wiemy.

Ale przybywający dziś do Auschwitz turyści i pielgrzymi pierwsze swe
kroki często, bardzo często kierują nie do krematorium czy pod szubienice
Hoessa, ale właśnie do jego celi i być może przyjdzie kiedyś czas, że na
hasło Auschwitz ludzie znajdą w pamięci tylko imię o. Kolbego, dzięki któremu
to miejsce, które ustami wielu do dziś pyta, gdzie był wtedy Bóg, zobaczyło
narodzenie Chrystusa i doczekało się objawienia miłości. Na wstrząsających
„Kliszach pamięci” profesora Kołodzieja, porusza szczególnie jeden obraz.
Jakże prawdziwie ludzkie i potwornie nierealne w Auschwitz marzenie o Bożym
Narodzeniu. A jednak ono miało tu miejsce. Auschwitz czekające na objawienie
Boga wcielonego, pytające, gdzie jest jego kamienny żłób, znalazło go w
bloku 11, w pełni lata, gdy za człowieka umierał człowiek i rodziła się MIŁOŚĆ.
Gdy więc o nią pytasz, posłuchaj: „Da te ipsum aliis = Amor” – Oddaj
siebie drugim, oto Miłość.

Amen.

drukuj