Kościół na Białorusi potrzebuje wsparcia

Kościół katolicki na Białorusi przetrwał dziesiątki lat rusyfikacji dzięki
modlitwie różańcowej i determinacji wiernych. W okresie politycznej odwilży
katolicy zajęli się odzyskiwaniem i odbudową swoich kościołów. Obecna sytuacja
stawia jednak nowe zadania – Białorusi potrzeba wsparcia w prowadzeniu
ewangelizacji.

Białoruś odwiedziłam w ubiegłym roku. Pojechałam tam wraz z przedstawicielką
organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, by zrealizować filmy dokumentalne.
Wydawało mi się, że w kraju tym zobaczę to samo, co w innych byłych republikach
sowieckich: w kościołach same siwe głowy, wypalone przez lata komunizmu dusze
ludzi, którzy nie z własnej winy są duchowo zagubieni, lecz dlatego, że przez 70
lat nie było komu przekazać im wiary; ludzi, którzy z powodu strachu o życie
swoje i swoich bliskich przestali się kiedyś modlić i walczyć o zachowanie
wiary. Tymczasem zobaczyłam drugą, dawną Polskę, Polskę sprzed wojny, Polskę, o
której opowiadał mi mój ojciec.

Na białoruskim wschodzie

Pierwsza fala prześladowań Kościoła katolickiego na Białorusi rozpoczęła się
po III rozbiorze Polski i z roku na rok przybierała na sile. Po upadku Powstania
Listopadowego (od 1832 roku) likwidowano klasztory, zamykano katolickie szkoły i
wprowadzono zakaz budowania nowych świątyń. Wierni nie mogli przechodzić z
prawosławia na katolicyzm, a dzieci z małżeństw mieszanych
katolicko-prawosławnych można było wychowywać jedynie w Cerkwi.

W 1842 roku został wydany ukaz o kasacie majątków kościelnych, a
duchowieństwu wypłacano urzędnicze pensje, uzależniając tym samym duszpasterzy
od państwa.
Po upadku Powstania Styczniowego, w 1864 roku, aby ukarać duchownych za
popieranie powstańców, a nierzadko i za współpracę z nimi, skazywano ich na
śmierć lub zesłanie na Syberię. Zlikwidowano większość parafii, a świątynie
przekazano do zagospodarowania Kościołowi prawosławnemu. W 1848 roku wprowadzono
ukaz o obowiązkowym stosowaniu języka rosyjskiego przy odprawianiu nabożeństw
oraz w katechizacji. Kolejna fala silnych prześladowań rozpoczęła się w latach
20. ubiegłego wieku. W 1921 roku, na mocy postanowień traktatu ryskiego,
zachodnia część Białorusi znalazła się w granicach II Rzeczypospolitej. We
wschodniej części, zajętej przez bolszewicką Rosję, utworzono Białoruską
Republikę Radziecką. Tak jak na innych okupowanych przez Sowietów terenach,
jednym z celów ówczesnej władzy było zlikwidowanie Kościoła katolickiego bądź
całkowita jego kontrola.
Jego Ekscelencja ks. bp Władysław Blin, obecny ordynariusz witebski, tak
opowiada o terenach, które przed 1939 rokiem nie należały do Rzeczypospolitej:
"Władze się postarały, na rozkaz Moskwy zniszczyli wszystkie świątynie. Nie było
ani jednego czynnego kościoła. A jak zostały – to ruiny, w których były albo
spichlerze, albo magazyny soli, tak jak w Witebsku u świętej Barbary. (…) No i
nie było żadnego kapłana".

Do dziś różnice między białoruskim wschodem i zachodem widać gołym okiem. Gdy
podróżowaliśmy z Witebska do Grodna, ksiądz Andrzej Steckiewicz, który był
naszym przewodnikiem, powiedział, że od razu zorientujemy się, gdzie przebiegała
granica jeszcze w 1939 roku. Rzeczywiście, istnieje w tym miejscu ślad po murze
granicznym, ale to, co różni najbardziej obie strony, to duża liczba cerkwi we
wschodniej części, a w zachodniej kościołów katolickich i krzyży przydrożnych. W
wielu miejscach obok krzyży katolickich stoją też krzyże prawosławne – wyraźny
znak próby pojednania między dwoma Kościołami. 70-letnia rusyfikacja wschodniej
części zebrała obfite żniwo: zniszczono przywiązanie do wiary i wartości, takie
jak miłość małżeńska czy poszanowanie życia.

Heroiczne kapłaństwo

W części należącej niegdyś do II Rzeczypospolitej wzbudza podziw pielęgnowana
do dziś, głęboka wiara. W jednej ze wsi dane nam było odwiedzić samotnie żyjącą
staruszkę o polskim nazwisku. Łzy wzruszenia napływały do oczu, kiedy
zobaczyliśmy w skromnym domku wiele dowodów jej wiary: stare obrazy Jezusa i
Matki Bożej na ścianach, różańce, święte obrazki, przedwojenne modlitewniki –
przedmioty, za których przechowywanie jeszcze 20 lat temu groziła zsyłka…
Wielka była jej radość, że mogła gościć u siebie Polaków, w tym kapłana!
Rok 1939 przyniósł kolejną falę ciężkich prześladowań stalinowskich, obejmującą
tym razem terytorium całej obecnej Białorusi. Zlikwidowano wówczas niemal 75
proc. przedwojennych parafii. Wielu kapłanów internowano. Pozostawiono jedynie
52 księży katolickich, którzy mogli działać wyłącznie na terenie kościoła.
Wizyty w domach, wspólna modlitwa w miejscach publicznych, katechizacja dzieci
były surowo zabronione. Co roku władze w Moskwie wydawały decyzje dotyczące
tego, ilu kandydatów na kapłanów można było przyjąć do dwóch działających
seminariów duchownych w Kownie i w Rydze. Limit przyjęć był niewielki. Ci,
którym odmówiono pozwolenia na wstąpienie do seminarium, próbowali uczyć się na
tajnych kompletach i nierzadko byli również potajemnie wyświęcani. Jeśli
zdarzyło się, że kapłan został wyświęcony bez wiedzy i zgody władz, nie miał
szans na objęcie obowiązków duszpasterskich. Kapłani, tak jak wszyscy mężczyźni,
musieli odbyć regularną służbę wojskową.
Ksiądz biskup Antoni Dziemianko, dziś biskup pomocniczy archidiecezji
mińsko-mohylewskiej, opowiadał nam, jak po potajemnych święceniach nie mógł
przyznać się do tego, że jest kapłanem. Przez dwa lata służył jako żołnierz pod
Murmańskiem. Nie miał tam ze sobą ani mszału, ani kielicha, ani pateny. Tak
wspomina tamten okres: "W tym czasie, kiedy już wiedziałem, że po prostu mam się
zgłosić do służby wojskowej, wtedy ujawniłem się, odprawiłem Mszę Świętą w
uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego w rodzinnej parafii. Pamiętam, kościół
był wypełniony, około sześciuset ludzi było w kościele. Na następny dzień
poszedłem do wojska. (…) Ale trzeba wiedzieć, jakie to było wojsko. Bo przede
wszystkim tam trafiali młodzi ludzie już po wyrokach. (…) Wszystkie rzeczy
religijne, jakie miałem przy zmianie ubrania, to wszystko zostało zabrane,
skonfiskowane, nie miałem nic przez trzy miesiące (…) miałem palce, mogłem się
modlić na różańcu. Trzy części różańca zamiast brewiarza. (…) Warunki [tam]
byli takie proste. Twarde. Osiem godzin pracy. Dwie godziny musztry. (…) W
czerwcu jeszcze był śnieg, a we wrześniu już był śnieg. A mróz: to był teren
wiecznej zmarzliny, tylko na piętnaście, dwadzieścia centymetrów ziemia się
rozpuszczała, a dalej był lód. (…) W dodatku w listopadzie i grudniu w ogóle
słońca nie było, było ciemno. No i zorza polarna. W dodatku brak witamin. Przez
dwa lata żaden z tych żołnierzy, a nas było ponad czterysta osób w tej
jednostce, nikt nie widział owocu. (…) Jak z Mszą? Przez pierwsze trzy
miesiące nie miałem żadnych, żadnych możliwości. Ale kiedy potajemnie jeden raz
mama przyjechała i przywiozła potrzebne paramenty, już miałem taką mydelniczkę.
Wszystko tam zmieściło się, i kielich, i wszystkie paramenty tam były. Trzymałem
to w kieszeni. Jest przepis w wojsku, że w dowolnej chwili dowódca może
sprawdzić u ciebie kieszenie. A w kieszeniach, oprócz przepisanych rzeczy, ty
nie masz prawa innych rzeczy nosić. A siostra przysyłała komunikanty, przysyłała
wino w takich buteleczkach z napisem, że to są krople sercowe.

Na budowli był taki kierownik, Rosjanin, który był życzliwy dla nas i od
czasu do czasu nawet dawał klucze, więc mogliśmy pójść do jego mieszkania. Więc
tam mogłem sprawować od czasu do czasu Msze Święte u niego. Ponieważ na mrozie
pracowaliśmy, na otwartej budowli, więc mrozy byli i dwadzieścia stopni,
dwadzieścia pięć i trzydzieści stopni. (…) W szoferce mogłem też tak samo,
jako kierowca, odprawiać Mszę Świętą. Komunikanty siostra przywoziła, znaczy
nakładała tabletki, askorbinki, jak to się nazywa, nie wiem dokładnie, nasypała,
bo każda paczka jest sprawdzana przez starszynu roty. To znaczy to był taki
kapral, który odpowiadał za sprawy gospodarcze. Ale też na nim leżał obowiązek,
że on musiał każdą paczkę, która przychodziła, sprawdzać, żeby nie było rzeczy
niedozwolonych. Więc też jeżeli miał jakieś wątpliwości, to się pytał. No i
akurat jak było pudełko z tymi lekami, więc on widział z wierzchu tabletki,
dziwił się. Mówił, że ty jesteś taki chory, no i zezwalał, bo nie miał
podejrzeń. Bo byli wypadki, że przemycali żołnierze tabletki, żeby później
gotować jakieś różnego rodzaju warzywa, i narkotyzować się. Ale ja tego nie
robiłem i dlatego nie miał dowódca żadnych wątpliwości wobec mnie".

Świątynie zamienione w ruinę

Władze sowieckie nie poprzestały na atakach na kapłanów. Zamknięto większość
kościołów. Część z nich, jak choćby kościół farny Witoldowy w Grodnie, wysadzono
w powietrze. Skonfiskowane świątynie zamieniane były na hale sportowe, muzea,
sklepy, spichlerze. Wierni próbowali wspólnymi siłami sprzeciwiać się
konfiskacie świątyń. Zdarzało się, że kładli się pod koła samochodów urzędników,
którzy przyjeżdżali przejąć budynek. Ci, którzy bronili katedry w Mińsku,
przekształconej w nowoczesny obiekt rekreacyjny, w niedzielę, dzień Pański,
kładli się krzyżem na schodach. Sportowcy wchodzący do tej nowej hali deptali po
ciałach żywych ludzi!
Gdy hala była zamknięta, kapłan wystawiał stolik na szczycie schodów i na nim,
jak na ołtarzu, odprawiał Eucharystię. Ludzie modlili się wraz z nim w upale i
chłodzie, klęcząc w deszczu i śniegu.

Nieskonfiskowane świątynie stały puste – brakowało duszpasterzy do posługi.
Nie przeszkadzało to jednak wiernym w regularnym gromadzeniu się przed
kościołami w każdą niedzielę. To wszystko z tęsknoty za Mszą Świętą.

Małe dzieci chrzczono potajemnie, często w nocy. By móc przystąpić do
Pierwszej Komunii Świętej, nierzadko należało przebyć 100 km rowerem. Taką nocną
jazdę na swoją Pierwszą Komunię Świętą wspomina ks. bp Kazimierz Wielikosielec,
biskup pomocniczy diecezji pińskiej: "Ojciec mnie już przygotował do pierwszej
spowiedzi, Komunii Świętej. To już miałem osiem lat, o drugiej w nocy posadził
na rower i pięćdziesiąt pięć kilometrów, mniej więcej, zawiózł do Kobrynia.
Przyjechał do swojego przyjaciela, z którym służył w wojsku. U niego też był syn
mego wieku i pamiętam, wszystkich czterech my poszli do kościoła na pierwszą
Mszę Świętą w moim życiu właśnie, która była połączona z pierwszą spowiedzią i
Komunią Świętą. To takie niezapomniane (…) moja pierwsza spowiedź i Komunia
Święta, która pozostała już w pamięci na całe życie. No i potem gdzieś po
szóstej wieczorem z powrotem pięćdziesiąt pięć kilometrów przyjechaliśmy i
wrócili do domu".

Wierni tęsknili za sakramentem pojednania. W jednym z kościołów, w ścianie,
za ołtarzem, urządzono tajny konfesjonał. Nie zawsze jednak znalazł się kapłan,
który mógł wysłuchać spowiedzi. Ksiądz arcybiskup Tadeusz Kondrusiewicz, obecny
metropolita mińsko-mohylewski, opowiada ze wzruszeniem: "W pewnym miejscu
kapłan, który miał dojechać, zachorował. Wielki Post był, ludzie czekali. Potem
ktoś może dojechał, może zadzwonił, że ksiądz niestety nie przyjedzie. No i co
robić? Jedna z kobiet wzięła wtedy krzyż, wstawiła do konfesjonału i
powiedziała: "Mężczyźni, kobiety – do spowiedzi! Ksiądz jest władzą Chrystusa.
Nie ma księdza, ale Chrystus jest tutaj. Tu jest krzyż, wszyscy do spowiedzi!".
To było niesamowite".
Na Białorusi wprowadzony został zakaz nauczania religii. Najstarsze pokolenie:
babcie i dziadkowie wzięli na siebie ciężar nauki modlitwy, katechizmu i
przygotowań do Pierwszej Komunii Świętej. Dzieci aż do 18. roku życia nie miały
prawa uczestniczenia w życiu religijnym, a w kościele mogły pokazywać się
jedynie w obecności rodziców.

To się stało na naszych oczach

Prześladowania białoruskiego Kościoła katolickiego trwały do okresu
pieriestrojki. Wraz z odwilżą polityczną przyszedł okres wolności. Ksiądz biskup
Władysław Blin tak mówił nam o odzyskaniu wolności przez Kościół białoruski:
"Dziękuję wam za to, że wyście wymodlili nawrócenie Wschodu. Te wszystkie
nabożeństwa fatimskie, te wszystkie modlitwy zanoszone o nawrócenie Wschodu, o
upadnięcie tego reżimu zostały wysłuchane. To się stało na naszych oczach. I za
to serdecznie dziękuję".

W 1989 roku Kościół nawiązał oficjalny kontakt ze Stolicą Apostolską, która
mianowała pierwszych biskupów. Gdy tylko stało się to możliwe, parafie
rozpoczęły starania o zwrot świątyń: zaczął się pracowity okres remontów
zrujnowanych i budowania nowych kościołów. Dziś na Białorusi działa ponad 600
parafii zorganizowanych w 4 diecezje: mińsko-mohylewską, grodzieńską, pińską i
witebską. Liczbę wiernych szacuje się na około półtora miliona. Parafie
dysponują 450 obiektami sakralnymi. Na 400 pracujących duszpasterzy aż 160
przyjechało z Polski. Powoli powracają też zgromadzenia zakonne: obecnych jest
już parę wspólnot czynnych. Ostatnio ks. bp Aleksander Kaszkiewicz, ordynariusz
diecezji grodzieńskiej i przewodniczący Konferencji Biskupów Katolickich na
Białorusi, podjął starania o sprowadzenie na Białoruś choć jednego zakonu
kontemplacyjnego, bo – jak twierdzi – "jest to ogromne duchowe zaplecze". –
Przecież te siostry modlą się za cały Kościół, na całym świecie, a tych modlitw
my potrzebujemy bardzo – mówi.

Prowadzone są wstępne rozmowy z Siostrami Karmelitankami. Zostało znalezione
odpowiednie miejsce na założenie klasztoru. Jednakże budynek, który mogłyby
zająć siostry, trzeba odkupić od lokalnych władz. Kościół pilnie szuka funduszy
na ten cel. Katolikom na Białorusi, których przez dziesiątki lat próbowano
obedrzeć z prawdziwego człowieczeństwa i na siłę przyoblec w skórę homo
sovieticus, potrzeba dziś pod względem duchowym wszystkiego: katechizacji
dzieci, młodzieży i dorosłych, formacji rodzin, nauki modlitwy, świadectwa życia
w duchu przebaczenia i wreszcie uświadamiania konieczności ochrony życia.
Białoruś potrzebuje modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne, o nową
ewangelizację i tych, którzy będą świadczyć o Chrystusie.

Najpilniejsze wydaje się ewangelizowanie ludzi w miastach. Tu pierwszym
krokiem powinno być budowanie nowych kaplic i świątyń. Z miesiąca na miesiąc
rozrastają się miasta, gdyż ludność wiejska masowo opuszcza prowincję z powodu
braku pracy. Centra obudowywane są nowymi osiedlami, a niekiedy i całymi
samodzielnymi miasteczkami. Ludzie, jeśli nawet chcieliby dotrzeć na niedzielną
Eucharystię, musieliby podróżować dosłownie dziesiątki kilometrów. Ksiądz biskup
Aleksander Kaszkiewicz podkreśla, że wciąż nie jest możliwa katechizacja w
szkołach. Nauczanie najmłodszych odbywa się jedynie w niektórych parafiach.
Brakuje katechetów, brakuje pomieszczeń. Co prawda od kilku już lat świeccy mogą
kształcić się w instytucie katechetycznym, trudno jednak wymagać od dorosłego
człowieka, mającego na utrzymaniu rodzinę, by zostawił pracę zarobkową i za
darmo poświęcił się nauczaniu dzieci i młodzieży. Katecheci nie są przecież
opłacani przez państwo, bo nie są uznawani za nauczycieli. Świeccy pomagają
charytatywnie, po parę godzin tygodniowo (nie każdą parafię stać na utrzymanie
choćby jednej osoby nauczającej religii), ale to nie rozwiąże całego problemu
katechizacji.
Białoruski Kościół nie może oficjalnie prowadzić domów dziecka ani hospicjów.
Ostatnio jednak, wyjątkowo, wydano zezwolenie na otwarcie jednego przedszkola
katolickiego oraz jednego domu spokojnej starości. Na uwagę zasługuje wspaniała
inicjatywa o. Piotra Bielewicza, oblata, pełniącego posługę diecezjalnego
duszpasterza rodzin archidiecezji mińsko-mohylewskiej.

Ojciec Bielewicz wraz ze współdziałającymi z nim świeckimi ze wspólnoty
Legionu Maryi za zgodą władz odwiedza oddziały ginekologiczne szpitali w całym
kraju. Celem jest rozmowa z każdą kobietą, która chce dokonać aborcji. Liczba
zabijanych dzieci poczętych jest przerażająca. Na Białorusi nie rozpowszechnia
się prawdy o życiu poczętym. Wierni, zwłaszcza prawosławni, nie mają świadomości
tego, czym jest aborcja. Po pierwszym półroczu realizacji tej niezwykłej
inicjatywy władze poprosiły księdza Bielewicza o kontynuację posługi w klinikach
aborcyjnych. Kilka dni, które spędziłam na Białorusi, pokazało mi, jak wiele
wyzwań wciąż stoi przed tamtejszymi kapłanami i wiernymi. Starsze pokolenie
obroniło wiarę i odzyskało świątynie. Młode pokolenie musi natomiast "poradzić"
sobie z wolnością wiary.
Przez całe życie byłam przekonana, że Polska jest jedynym krajem w Europie tak
pełnym wierzących. Pełne kościoły podczas niedzielnych Eucharystii, kolejki do
konfesjonałów, osoby modlące się przed Najświętszym Sakramentem, spontaniczny
Różaniec po Mszy Świętej – to już niestety rzadki widok na naszym kontynencie.
Tymczasem na Białorusi odnalazłam dokładnie to samo zaangażowanie, tę samą
gorliwość. Tam młodzi wraz ze starszymi po godzinnej Mszy Świętej chcą zostać na
kolejną godzinę, by klęcząc na zimnej posadzce, wspólnie odmówić Różaniec.

A modlitwa różańcowa jest tam bardzo popularna zarówno wśród starszych, jak i
młodszych. W czasach prześladowań, gdy nie było kościołów, całe rodziny
odmawiały wspólnie tę piękną modlitwę. Mam wrażenie, że dzisiejsze młode
białoruskie pokolenie wyssało Różaniec z mlekiem matki!
 

Nie bójmy się pomagać

Kościół na Białorusi, tak podobny do polskiego Kościoła, potrzebuje naszej
pomocy. Kieruję więc apel do kapłanów, zgromadzeń zakonnych, katechetów, grup
parafialnych, wspólnot, ministrantów, młodzieży: Nie bójmy się pomóc! Wierzącym
na Białorusi potrzeba naszego świadectwa, potrzeba formacji, dni skupienia,
rekolekcji dla rodzin, kursów przedmałżeńskich. Do pomocy może włączyć się
każdy, niekoniecznie zaangażowany w działalność wspólnot. Wystarczy zaplanować
wakacje na Białorusi. Wiele jest tam pamiątek po wspaniałych Polakach –
pisarzach, poetach, malarzach. Warto odwiedzić miejsca, w których mieszkali,
tworzyli i zostali pochowani. Kraj jest piękny: znajdziemy tam wielkie tereny
leśne, przypominające Puszczę Augustowską, mnóstwo jezior i wiele miejsc wciąż
niezmienionych obecnością człowieka.
Kwatery prywatne nie należą do drogich, a sposobów na spędzenie wolnego czasu
nie powinno zabraknąć. Można pożeglować, popłynąć kajakiem do końca Kanału
Augustowskiego czy też wybrać się na wyprawę rowerową. Może nas zaskoczyć, jak
bardzo tamtejsi ludzie żyją polskością i jak bardzo są jej złaknieni. A na tę
potrzebę odpowiedzieć może jedynie Polak!
Wszystkie wspólnoty, chcące zorganizować rekolekcje czy obozy na Białorusi, mogą
odwiedzić oficjalną stronę Kościoła rzymskokatolickiego: www.catholic.by,
dostępną również w polskiej wersji językowej. Można na niej znaleźć adresy i
telefony do księży biskupów, parafii i domów zakonnych.

Agnieszka Dzieduszycka-Manikowska
 dziennikarka, reżyser filmów dokumentalnych

 

Współpraca Ilona Budzbon

 


Autorka realizuje filmy dokumentalne dla Catholic Radio and Television
Network. Od 13 lat współpracuje z międzynarodową organizacją katolicką Pomoc
Kościołowi w Potrzebie (Kirche in Not).

drukuj