Wolność słowa to nasze prawo

Gdy mowa jest o wolności słowa, nie wystarczy stwierdzić, że każdy
człowiek ma prawo do wyrażania swojej opinii. To za mało i niezbyt precyzyjnie.
Bo co z tego, że wolno mi pójść do lasu i tam głośno mówić, jeśli mnie nikt nie
usłyszy? Gdy mowa o wolności słowa, to chodzi o wolność w wymiarze publicznym,
tak by inni mogli dowiedzieć się, usłyszeć, zobaczyć, przeczytać, co ja myślę.
Inni to nie tylko kilka osób, ale kilka tysięcy, a nawet miliony. Jeżeli zechcą,
bo wolność słowa to nie jest przymus wysłuchiwania lub czytania. Ludzie mają
prawo do wyrażania swoich opinii wtedy, gdy nie tylko wolno im zabierać głos,
ale gdy mają do dyspozycji odpowiednie środki techniczne, bo bez nich głos
dotrze tylko do niewielu.

Łatwo o akty barbarzyństwa

Prawo do wolności słowa jest prawem ludzkiej natury. Prawem, którego złamanie
wydaje się początkowo niegroźne, bo przecież można żyć, nie mówiąc i nie pisząc.
Ale jak długo można żyć, milcząc? I jakie to jest życie? W człowieku zbierają
się myśli, które musi wypowiedzieć. Człowiek zadaje pytania, na które szuka
odpowiedzi u innych. To jest rozległy obszar życia osobowego człowieka, z jakim
nie spotykamy się w żadnym ze światów. Dlatego jeżeli mowa o wolności, to jedną
z podstawowych wolności jest wolność słowa, wolność wyrażania słowa i odbierania
słowa od innych, dla innych, a nawet dla wszystkich. Człowiek, nawet gdy w danym
momencie nie mówi lub nie pisze, to przecież zastanawia się, percypuje, wyobraża
sobie, ocenia, z myślą, że kiedyś o tym komuś powie. A jeśli jest przekonany, że
są to rzeczy ważne, to chciałby to wypowiedzieć nawet na cały świat. Gdy więc
brak realnej wolności słowa, i to w wymiarze publicznym, wtedy tworzy się
sytuacja groźna dla sprawiedliwości i pokoju, wtedy łatwo o akty barbarzyństwa,
z którymi ludzkość nieraz miała do czynienia i które wstrząsały jej sumieniem.
Dokładnie przed taką sytuacją ostrzega Powszechna Deklaracja Praw Człowieka
(1948), uznana za najważniejszy dokument będący dziełem ludzkości (M.A. Krąpiec).
Deklaracja ostrzega już w Preambule, gdzie czytamy: "ZWAŻYWSZY, że
nieposzanowanie i nieprzestrzeganie praw człowieka doprowadziło do aktów
barbarzyństwa, które wstrząsnęły sumieniem ludzkości, i że ogłoszono uroczyście
jako najwznioślejszy cel ludzkości dążenie do zbudowania takiego świata, w
którym ludzie korzystać będą z wolności słowa i przekonań oraz z wolności od
strachu i nędzy…". Jest uderzające, że właśnie w jednym fragmencie połączona
została wolność słowa z wolnością od strachu i nędzy. Tak jakby odebranie
wolności słowa szło w parze z zastraszaniem, a także z pogłębiającą się nędzą.
Gdzie coraz więcej nędzy, tam coraz mniej wolności słowa, tam zwiększa się też
zastraszanie. Tekst Preambuły był dokładnie przemyślany przez przedstawicieli
wielu państw, przyjęty został jednogłośnie, bo tak wielka była ciągle świadomość
krzywd, jakie wyrządzili ludzkości sprawcy II wojny światowej.

Artykuł 19 Deklaracji doprecyzowuje: "Każdy człowiek ma prawo wolności opinii
i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii,
poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi
środkami, bez względu na granice". Widzimy wyraźnie, że nie chodzi tu o prawo do
prywatnej wolności słowa, ale do wolności w wymiarze publicznym, i to
przekraczającym granice państw. A do tego nie wystarczy wypowiedzenie słów lub
ich napisanie, ale musi temu towarzyszyć możliwość korzystania "z wszelkich
środków". Takich środków, które pozwalają docierać do milionów i które pozwalają
przekraczać granice.

Tekst Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka jest jasny i czytelny. Nie jest
pisany na siłę językiem zbyt technicznym czy zbyt asekuranckim, odwołuje się
przecież do wspólnej natury ludzkiej, a ta nie jest tworem ani prawników, ani
parlamentów. Wszelka debata na temat prawa stanowionego przez ludzi, zaczynając
od konstytucji, musi uwzględniać to właśnie, co zawiera ta sławetna i unikalna
Deklaracja. Bo czujemy, że trafia ona w sedno.

 

Na bakier z prawem

Gdy więc dziś słyszymy, że jakaś komisja, rada czy inne ciało, złożone z
kilku ludzi, korzystając z pokrętnego prawa i niezbornej Konstytucji RP, odmawia
udostępnienia środków (czyli miejsca na multipleksie) do wolności słowa tym,
którzy mają cieszącą się popularnością i szacunkiem milionów odbiorców Telewizję
Trwam i Radio Maryja, to przecieramy oczy ze zdumienia. To tak ma wyglądać
respektowanie praw człowieka? To tak ma wyglądać demokracja? Jeszcze chwila, a
dojdziemy do sytuacji, gdy pytano Radio Erewań, czym różni się wolność
wypowiedzi w Związku Sowieckim i w Stanach Zjednoczonych. Odpowiedź brzmiała: W
obu państwach mamy wolność wypowiedzi, tyle że w Związku Sowieckim jest wolność
przed wypowiedzią, a w Stanach po wypowiedzi. Podobnie i u nas, Telewizja Trwam
będzie mogła nadawać swoje programy, nikt jej tego nie zakaże, tyle że programy
te nigdzie nie dotrą, bo telewizji tej nie będzie na multipleksie.

Ten misterny i przewrotny plan, za którym stoją najwyżsi urzędnicy państwowi,
prezydent i premier, jest bezwzględnie realizowany przez mianowanych z klucza
politycznego niższych urzędników wchodzących w skład Krajowej Rady Radiofonii i
Telewizji. Rada ta jest reliktem PRL, który potrafił zawarować sobie możliwość
kontroli obywateli w przeróżnych instytucjach, a ponieważ Konstytucja była
uchwalana za czasów prezydentury ekskomunisty, więc poszło to całkiem gładko.
Dzięki istnieniu takiej Rady władza może zmieniać nie tylko prawa człowieka
zawarte w Powszechnej Deklaracji, ale również prawa zawarte w Konstytucji RP. Bo
przecież w tej Konstytucji czytamy w art. 54, że "każdemu zapewnia się wolność
wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji". W
jaki sposób Telewizja Trwam może rozpowszechniać informacje, jeśli jest
pozbawiona miejsca na multipleksie? W żaden sposób, który byłyby proporcjonalny
do możliwości technicznych i zapotrzebowania odbiorców. Wyżsi i niżsi urzędnicy
państwowi lekceważą nie tylko Powszechną Deklarację Praw Człowieka, ale i własną
Konstytucję, więcej – lekceważą miliony ludzi, bo ostatecznie uderzają w ich
podstawowe prawa. A to już są, mówiąc językiem Deklaracji, akty, które prowadzić
mogą do barbarzyństwa.
 

Determinacja decydentów

Walka o miejsce na multipleksie dla Telewizji Trwam i Radia Maryja jest więc
walką o fundamentalnym znaczeniu cywilizacyjnym. Monopol władzy wyraża się w
monopolu środków przekazu i jest wstępem do zastraszania i doprowadzania
społeczeństwa do nędzy. 11 listopada 2011 roku mieliśmy przykład zastraszania,
które było celowe i wpisane w strategię inżynierii społecznej. Ale wtedy nie
uwzględniono do końca, jak akcja ta będzie nieskuteczna, gdy prawidłowo
funkcjonują pluralistyczne media. Dlatego podczas kolejnych manifestacji
zaprzestano zastraszania. Ale z tym większą determinacją przystąpiono do
likwidacji niezależnych mediów, by móc później społeczeństwo swobodnie
dezinformować i zastraszać, zwłaszcza gdy kraj będzie pogrążał się w coraz
większym kryzysie, a ludzie wpadać będą w nędzę. Więc za wszelką cenę,
korzystając z większości parlamentarnej, z posiadania dwóch najwyższych
urzędników w państwie i uległych im nominatów z KRRiT, prowadzona jest akcja
eliminowania katolickiego głosu i obrazu z naszych polskich, katolickich domów.
Operacja ta prowadzona jest na wielką skalę, stanowczo i bezlitośnie, a nawet w
sposób grubiański i prowokatorski, taki, jaki nie przystoi urzędnikom
państwowym, jeśli faktycznie rozumieliby, co to znaczy polityka, a więc troska o
państwo, które ma być dla ludzi, a nie przeciw ludziom.

Człowiek tym różni się od reszty stworzeń, że posiada rozumiejącą świadomość,
to znaczy potrafi zrozumieć rzeczywistość i samego siebie. Wtedy też zdolny jest
do podejmowania odpowiedzialnych decyzji, bo odróżnia prawdę od fałszu, dobro od
zła. Jednak tę zdolność może utracić lub ją osłabić, choćby w czasie choroby,
ale również może popaść w dezorientację, gdy sygnały, jakie zacznie otrzymywać,
będą sygnałami zwodniczymi lub gdy ich w ogóle nie otrzyma, a wtedy niczym
zagubiony okręt rozbije się o skały, bo ktoś nie zapalił latarni albo zapalił ją
w nieodpowiednim miejscu. Rzeczywistość, w której żyjemy, jest na tyle złożona,
że jako ludzie musimy ciągle się komunikować, wysyłać sygnały, pomagać sobie w
orientacji. Taką rolę odgrywają dzisiaj media, taką rolę powinny odgrywać media.
Ale czy odgrywają? Czy w porę ostrzegają? Czy nie kłamią? Zbyt wiele jest
dowodów na to, że są media, które kłamią. Zbyt często politycy posługują się
mediami, by budować swoje kariery, kosztem społeczeństwa. A wtedy, czując
zagrożenie przed zdemaskowaniem, atakują, nawet wściekle, media, które odważnie
dążą do prawdy i prawdę głoszą. Jeśli zaś mają ku temu okazję, decydują się
nawet na ich zniszczenie. Właśnie teraz jesteśmy świadkami nie tylko ataku, ale
wręcz zamachu na wolne media, które są przecież warunkiem wolności życia
społecznego. To widać gołym okiem, to jest już jasne. Dlatego ludzie zaczęli
protestować, teraz protestują i będą protestować. Do skutku, bo na ponowne
zniewolenie, zastraszanie i zubożanie już więcej nie pozwolą.
 

Bolesna powtórka

Pamięć jest ciągle żywa, pamięć zniewolenia peerelowsko-komunistycznego. Tam
było kłamstwo, zastraszanie, nędza. Więc dlatego władza przypuściła atak na
naszą pamięć, tak by kolejne pokolenia nie miały pamięci, by dały sobą
manipulować, by dały się wodzić, zastraszać, eksploatować lub sobą poniewierać.
Eliminacja lekcji historii w szkołach to tylko jeden z elementów, drugi to zanik
kultury polskiej w placówkach kulturalnych takich jak teatr czy opera, to
nieobecność filmów historycznych, to zamykanie bibliotek i muzeów. Ale by o tym
wiedzieć, musimy się komunikować, musimy mieć wolne media, odpowiedzialne za
Polskę. By działać i by się temu przeciwstawiać – musimy mieć wolne media. By
obronić najstarsze pokolenie przed wyzyskiem, musimy mieć wolne media. By
odzyskać wpływ na państwo, województwa, miasta – musimy mieć wolne media.
Wszędzie, czegokolwiek nie dotkniemy, jawi się konieczna obecność wolnych
mediów, jeśli społeczeństwo faktycznie ma decydować o swoich losach, jeśli ma to
być prawdziwa demokracja, w której respektuje się podstawowe prawa człowieka.

Dlatego właśnie musimy maszerować, tłumaczyć, żądać. Musimy maszerować, bo
wtedy jesteśmy razem, musimy tłumaczyć, bo nie wszyscy jeszcze rozumieją, musimy
żądać – bo to się nam należy, należy się nam prawo do wolności słowa, którego
nikt nie ma prawa nam odebrać. Dlatego będziemy maszerować w obronie Telewizji
Trwam.

Prof. Piotr Jaroszyński filozof


Autor wykłada na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II i w Wyższej
Szkole Kultury Społecznej i Medialnej.

drukuj