Wojna o polską szkołę
Głodówka ogłoszona przed kilkunastoma dniami przez grupę krakowskich
opozycjonistów z lat osiemdziesiątych przywróciła publiczną debatę na temat
jakości nauczania historii w szkołach ponadgimnazjalnych po wprowadzeniu nowych
podstaw programowych. Debacie tej towarzyszą również zastrzeżenia co do
właściwości użytych przez protestujących środków. Mówi się, że są zbyt
drastyczne, nie powinny mieć miejsca tam, gdzie toczy się cywilizowana debata
między stronami, czasem też zaznacza się, że protest nie może osiągnąć
jakiegokolwiek celu, bo decyzje już zapadły – podpisane rozporządzenie wchodzi w
życie wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Klamka zapadła, można było
protestować wcześniej, ale czas na protesty już się skończył. Teraz buduje się
nowa szkoła i nie należy przeszkadzać.
Nie jest jednak prawdą, że nie protestowano. Świętej pamięci prezydent RP
Lech Kaczyński konsekwentnie wetował założenia nowych podstaw programowych już w
2008 roku podczas trwającego trzy tygodnie okrągłego stołu edukacyjnego.
Następnie przyszedł czas na pytania posłów PiS, protesty środowisk
nauczycielskich, liczne listy otwarte z najgłośniejszym autorstwa m.in. prof.
Andrzeja Nowaka, a także oficjalne głosy krytyczne uniwersyteckich instytutów
historii. Mogłoby to wyglądać na rzetelną, cywilizowaną debatę między stronami.
Tyle że już wtedy druga strona takiej debaty sobie nie życzyła. Nie o debatę jej
chodziło. Od początku prowadziła wojnę z nauczaniem historii przy zastosowaniu
wszelkich środków z tym najbardziej wypróbowanym przez obecną ekipę rządzącą na
czele – bezczelnym kłamstwem.
Trzeba to kłamstwo precyzyjnie wskazać, by dojść do wniosku, jaki charakter i
jakie skutki może przynieść wygrana przez naszych przeciwników wojna
cywilizacyjna.
Front antynarodowy
W tym tekście pojawi się sporo cytatów. Niestety nie dlatego, że są one
wartościowe, mądre czy odkrywcze. Ich walorem jest wartość dowodowa w sporze o
nauczanie historii w polskiej szkole. Ich zawartość w zdecydowanej większości
pokrywa się z naszymi zarzutami, tyle że autorzy tych myśli są z nich dumni.
Twierdzą, że tak być powinno, że tak ma wyglądać szkoła przyszłości, której
głównym atutem jest to, że ustępuje, nie stanowi bariery dla – w ich mniemaniu –
konieczności dziejowej, która przynosi dobro. Znamienne jest jednak, że cytaty
te nie są eksponowane. Z oficjalnych wypowiedzi urzędników MEN i głównych
twórców nowych podstaw programowych wynika przecież, że zagrożenia, jakich
dopatrują się w nich konserwatyści, są urojone.
Na wstępie przytoczmy te oficjalne wypowiedzi. "W Polsce nauczanie historii
pełniło zawsze szczególną rolę – wiedzę historyczną uznaje się za spoiwo
narodowej i cywilizacyjno-kulturowej wspólnoty, co wywołuje bardzo wysokie
oczekiwania wobec osób i instytucji, biorących udział w tworzeniu i realizacji
koncepcji szkolnej edukacji historycznej. Winna ona nie tylko zaznajamiać
uczniów z dziedzictwem minionych epok, ale również kształtować ich postawy" –
czytamy w komentarzu do podstawy programowej przedmiotów historia oraz historia
i społeczeństwo. Wynika z niego, że nie mamy się czego bać. Autorzy tego
dokumentu chcą tego samego, co my, tyle że zapewne lepiej i nowocześniej. Obawy
dotyczące kadłubowego przedmiotu, który zamiast rozszerzonego kursu historii
wybierać będzie ponad 90 proc. uczniów, również zdają się przesadzone, ponieważ
"Historia i Społeczeństwo pozwala na kształtowanie postawy obywatelskiej,
postawy poszanowania tradycji i kultury własnego narodu".
W czym problem? Otóż problem w tym, że front edukatorów jest nieszczelny.
Czasem piszą lub mówią to, co naprawdę myślą zrobić z polską szkołą. Zacytujmy
fragment oceny podstaw programowych nauczania historii, którą sporządził
Instytut Badań Edukacyjnych, placówka badawcza pod nadzorem MEN.
"Najistotniejszym (…) warunkiem prawdziwej zmiany jest przedefiniowanie
celów, jakim służy nauczanie historii w polskiej szkole. Dostrzeżone przez
ekspertów IBE zachowawcze podejście do historii, skoncentrowanie na
zagadnieniach polityczno-militarnych, rozpatrywanych na dodatek w
dziewiętnastowiecznym paradygmacie narodowo-patriotycznym – wszystko to czyni
historię nieatrakcyjną i całkowicie abstrakcyjną". Mamy tu zatem cel, jakim jest
zniszczenie dotychczasowej misji szkoły i który wydaje się trafnie oddawać
zamiary edukatorów, ale także motywację, która zdaje się jednak być mniej
prawdziwa, a przez to bardziej zdatna do publicznego użycia – dotychczasowa
szkoła i to, co ma do zaoferowania, jest nudne dla ucznia. A w nowej szkole ma
rządzić uczeń, tylko on ma zawsze rację, choć często jeszcze ma problem z jej
wyrażeniem. "Młodzi ludzie w Polsce wzrastają już w klimacie nieufności wobec
wielkich narracji politycznych i choć nie potrafią (a w każdym razie szkoła nie
dostarcza im do tego narzędzi) sproblematyzować czy nawet zwerbalizować owej
nieufności, z pewnością nie chcą i nie mogą przyswoić bezkrytycznie tradycyjnego
wykładu dziejów". Z pewnością nie chcą – zapamiętajmy sobie tę frazę, bo leży
ona u podstaw nowego myślenia o szkole. Ta nowa szkoła ma co najwyżej dawać
miejsce do popisu uczniowi, który przychodzi do niej już wszystko wiedząc,
mającemu w sobie wielkie pokłady kreacji, której szkoła może życzliwie pomóc w
rozkwitaniu. Jeśli taka fraza padnie, to dalszą dyskusję o zadaniach szkoły
edukatorzy uważają za szkodliwą. Jeśli zaś o treść nauczania chodzi, to o ile
bezkrytycznie tradycyjny wykład dziejów jest do kosza – taki jest wyrok dziecka,
które jeszcze nie umie tego tak nazwać, ale edukator rozumie go bez słów – o
tyle "wprowadzenie perspektyw mniejszościowych (w tym nade wszystko
feministycznej), rozwój badań mikrohistorycznych", których w dzisiejszej
zapyziałej szkole brakuje, dziecko przyjmie z radością, bo przecież tego chce.
Dowodzi tego "praktyka pedagogiczna śmiałych nauczycieli, że lektura "Montaillou,
wioski heretyków" Le Roy Ladurie czy "Sera i robaków" Ginzburga budzi w młodych
adeptach i adeptkach historii daleko większe ożywienie, zainteresowanie,
skłonność do samodzielnego myślenia niż podręcznik sugerujący (fałszywie), że
historia polityczna wraz z drobnymi rozdzialikami poświęconymi gospodarce czy
kulturze pozwala poznać przeszłość i stwierdzić "jak naprawdę było"". O śmiałym
nauczycielu będzie jeszcze mowa, teraz podsumujmy słowami ekspertów z IBE, o co
w nowym nauczaniu historii chodzi naprawdę: "Potrzebna jest zatem odwaga
głośnego stwierdzenia, że historia nie może być zakładniczką polityki
historycznej, narzędziem formowania patriotycznego. Jej zadaniem musi być
dostarczenie narzędzi do rozumienia świata w jego różnorodności, w wielości
dyskursów, w skomplikowaniu kwestii społecznych, ekonomicznych, kulturowych,
także – politycznych".
Kuriozalne pomysły
Jak już wspomniałem, władze oświatowe nie wykazują nadmiaru takiej odwagi.
Wolą kłamać, że wszystko będzie po staremu, tylko że lepiej. W rzeczywistości
wrogami w tej wojnie, którą prowadzą, są wszyscy oprócz uczniów. Przede
wszystkim zaś nauczyciele, którzy nie są śmiali. Można o nich sporo przeczytać w
raporcie "Jak będzie zmieniać się edukacja? Wyzwania dla polskiej szkoły i
ucznia" wydanym przez Instytut Obywatelski, będący w założeniu intelektualną
podbudową rządzącej partii, a w efekcie dający codzienne świadectwo, że można
obyć się w rządzeniu bez przykrego balastu głębszej refleksji. "Nauczycielu –
czas na zmiany" – wzywa w jednym ze śródtytułów raport i zaraz później podaje
wskazówki, kim nowoczesny nauczyciel ma być: "Rola nauczyciela ulega redefinicji
w kierunku relacji bardziej partnerskich, bardziej trenera i mentora, i coacha
niż wykładowcy i egzaminatora – sędziego". W drodze do tego autorzy wskazują, że
w pierwszym rzędzie zabrać się należy za uczelnie pedagogiczne, gdzie powinno
nastąpić zerwanie z tradycyjnym kształtowaniem nauczyciela "jako mistrza w swej
dziedzinie". Gdy już nauczyciel wyzbędzie się swojego wstecznego i szkodliwego
myślenia o sobie jako o kimś lepszym od ucznia, choćby była to dziedzina, której
poświęcił większość życia, wtedy konieczność dziejowa się spełni. Jest nią
"otwarcie się nauczyciela na współpracę i wymianę z uczniami. (…) Jeśli tylko
zechce, będzie mógł osiągnąć z uczniami znacznie więcej, niż osiągał jeszcze
kilka lat temu. Problem i jednocześnie wyzwanie tkwią jednak w mentalności
nauczyciela".
Charakterystyczne jest to, że w dokumencie sporadycznie tylko pojawiają się
rodzice. Są oni przeważnie zastępowani bliżej niesprecyzowanym społeczeństwem,
które również nie ma w oczach edukatora większych tajemnic i jest dość
jednorodne, bo według niego dość zgodnie "domaga się rzeczywistości bez masowej
szkoły. Nie chce tej zbudowanej na anachronicznym modelu fabryki, funkcjonującej
na błędnych założeniach. (…) Społeczeństwo zaczyna domagać się edukacji, która
zapewni rozwój pojedynczych osób", przy czym rozwój ten również ma swoje
czytelne cele, których porządek interesująco oddaje następujący fragment
raportu: "Kiedy mam za co żyć, mogę się spokojnie rozwijać intelektualnie.
Odwrotnie raczej się nie da. I to jest chyba kierunek, w którym powinna zmieniać
się edukacja w wymiarze osobistym". Wizja takiego właśnie rozwoju jest w
przekonaniu autorów tak powszechna, a przez to tak korzystna dla jednostek, że
jeśli nie dojdzie do poważnych i trwałych zmian w edukacji, to "niebawem
społeczeństwo nie znajdzie już powodu, dla którego młodzi ludzie mieliby chodzić
do szkoły".
Przysięgam, jakkolwiek absurdalnie brzmią powyższe cytaty, nie zmyśliłem ich.
Ale dotarcie do nich nie było sprawą oczywistą, ponieważ w oficjalnych,
medialnie nagłaśnianych wypowiedziach przedstawicieli władz oświatowych słyszymy
coś zgoła odmiennego. Warto się nad tymi cytatami pochylić głównie dlatego, że
trafnie oddają sposób myślenia naszego przeciwnika i podstawowe metody, jakich
używają. Sami występują jako nasi wrogowie, wskazując na wspólnotę narodową jako
największe obciążenie w myśleniu o szkole. Wypowiadają się w imieniu jakiegoś
wymyślonego, rzekomo jednorodnego społeczeństwa, choć najdzielniejsi
przedstawiciele tego realnego prowadzą właśnie protest głodowy przeciwko nim, a
duża część pozostałych solidaryzuje się z protestującymi. Zuchwale atakują
nauczycieli, w tej chwili chyba najbardziej pomiataną, kompletnie opuszczoną
przez państwo grupę zawodową. Koronują w końcu równie wymyślone dziecko na
marionetkowego króla edukacji, by przez niego wyrażać i nim uzasadniać swoje
chore pomysły na edukację.
Tak, o polską szkołę toczy się obecnie wojna, ta głodówka ma głęboki sens.
Obok batalii o prawdę w sprawie tragedii smoleńskiej nie ma ważniejszego pola
walki. Musimy wygrać.
Prof. Ryszard Legutko
poseł do Parlamentu Europejskiego
