Brzemię polsko-rosyjskiego „przełomu”

Ciężar tego smutnego czasu
musimy nieść
I mówić, co czujemy,
nie, co wypada pleść…

Dziś, kiedy mijają dwa lata od smoleńskiej tragedii, te właśnie słowa
przychodzą mi na myśl – słowa kończące "Króla Lira".

Scena tuż po śmierci starego króla i tych, którzy byli mu najbliżsi. Ci,
którzy pozostali przy życiu, mają obowiązek niesienia ciężaru tej katastrofy – w
prawdzie.

Prawda oznacza nie tylko walkę z kłamstwem, ale również konieczność rozstania
się ze złudzeniem. To ciężkie brzemię i wielu je odrzuca, bo strach przed
prawdą, przed jej konsekwencjami obezwładnia.

Nie wiemy wciąż, jaka jest prawda o przyczynach tego, co stało się rankiem 10
kwietnia 2010 roku. Ale mówimy, co czujemy. Mówimy o naszym żalu, o upokorzeniu,
bezsilności wobec zuchwałego kłamstwa, które tworzy się, by nas właśnie
upokorzyć. To najpierw kłamstwo o czterokrotnym podchodzeniu rządowego samolotu
do lądowania, pod naciskiem fanatycznego "głównego pasażera"; potem kłamstwo o
"pijanym polskim generale", który wyrwał ster z rąk załogi; kłamstwo o
"pancernej brzozie"; setki innych kłamstw, które składają się na obraz "wzorowej
współpracy polskich i rosyjskich służb w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy". To są
kłamstwa i dziś wiemy o tym z coraz większą pewnością, dzięki determinacji tych,
którzy odważyli się szukać prawdy i chcą jej poszukiwać nadal – niezależnie od
polityki własnego państwa.

Słyszeliśmy jednak od początku, że warto zacisnąć zęby, że nie należy się
przejmować "drobnymi nieścisłościami", że to tylko bałagan, że jest sprawa
ważniejsza od naszych wątpliwości. Jaka to sprawa? Kiedy na smoleńską ziemię
runął polski samolot, kiedy straciliśmy prezydenta i 95 naszych znakomitych
współobywateli, usłyszeliśmy, że ta śmierć, ta tragedia to przełom w stosunkach
polsko-rosyjskich. Przełom pozytywny.

Niektórzy interpretowali to wprost: zginął ten, kto przeszkadzał najbardziej
w osiągnięciu zgody. Inni chcieli uwierzyć, że być może ta tragedia, w tak
symbolicznie wstrząsającym miejscu i czasie, będzie miała siłę oczyszczenia –
katharsis. W tym duchu pobrzmiewał nawet ton homilii towarzyszących pochówkowi
pary prezydenckiej i innych reprezentantów władz polskich, którzy zginęli pod
Smoleńskiem. Czy to była mądra nadzieja? Czy tylko tak wypadało mówić? Narzucona
w chwili szoku polityczna poprawność?

Spróbujmy odpowiedzieć na te pytania.

Początek odpowiedzi nie jest trudny. To prosty bilans efektów owego
"przełomu" dla Polski i Polaków w ostatnich dwóch latach. Największe
osiągnięcia? To chyba zaszczyt obecności rosyjskiego ministra spraw
zagranicznych Siergieja Ławrowa na corocznej naradzie polskich ambasadorów.
Minister Ławrow zgodził się wystąpić wobec dyplomatów polskiego państwa w roli
mentora. Polsce udało się z kolei uzyskać funkcję skutecznego "adwokata"
interesów Federacji Rosyjskiej wobec Unii Europejskiej w sprawie ruchu
bezwizowego dla obwodu kaliningradzkiego. Przełamaliśmy w tej sprawie sprzeciw
wielu państw członkowskich Unii, w tym w szczególności naszego małego sąsiada –
Litwy.

Niestety, przykro tę listę "sukcesów" przedłużać. Być może największym na ich
liście (tylko nie wiem czyim: ministra Sikorskiego czy Moskwy) jest radykalny
zwrot w stosunkach Polski z jej bezpośrednimi wschodnimi sąsiadami: Litwą
właśnie i Ukrainą. Zwrot na gorsze. Chcemy być państwem, które w zabiegach o
łaskawość Kremla nie jest obciążone bagażem "anachronicznej", jak podkreśla
minister Sikorski, tradycji jagiellońskiej. I to się udało… Odrzuciliśmy ten
bagaż lekką ręką.

W sprawie najbardziej konkretnej, dotyczącej interesu materialnego milionów
Polaków, to jest w kwestii importu gazu z Rosją, rząd Donalda Tuska podpisał z
Gazpromem umowę, która gwarantuje nam uzależnienie od dostaw rosyjskich na
kilkadziesiąt lat. Płacimy Gazpromowi jedną z najwyższych cen za metr sześcienny
gazu w Europie. Zdecydowanie wyższą niż np.

Niemcy. To też zapewne dobrze służy pozytywnemu "przełomowi" w stosunkach z
Moskwą.

By "przełom" był pewniejszy, władze Federacji Rosyjskiej, ustami swoich
najwyższych przedstawicieli wojskowych i cywilnych (z prezydentem Miedwiediewem
na czele), zapowiedziały rozmieszczenie systemu rakietowego ziemia – ziemia w
Zachodnim Okręgu Wojskowym w Kaliningradzie. Czy warto się jednak przejmować
takimi "abstrakcjami", jak zbrojenia, w XXI wieku? To na pewno nie jest doktryna
naszego rządu. Warto może jednak zwrócić uwagę na rzeczywisty przełom, jaki
obserwujemy w tej właśnie sferze w ostatnich miesiącach – przełom, który dotyczy
Polski tylko pośrednio. 9 lutego 2011 roku minister obrony Federacji Rosyjskiej
Anatolij Sierdiukow podpisał umowę z wielkim koncernem niemieckim Rheinmetall.
Na podstawie tej umowy niemiecki inwestor rozbuduje największy w Europie poligon
artyleryjski – w miejscowości Mulino pod Niżnym Nowogrodem. Rheinmetall
dostarczy m.in. wyposażenie informatyczne oraz specjalną amunicję "przyjazną dla
środowiska". To pierwszy od czasu paktu w Rapallo przypadek dopuszczenia na
teren rosyjski zachodniego (niemieckiego) inwestora do budowy infrastruktury
militarnej. To jest, owszem, jakiś przełom. Nie, nie oznacza on żadnego
bezpośredniego zagrożenia militarnego dla Polski. Pokazuje tylko, kogo państwo
Putina zaprasza do realnej współpracy, oczywiście "przyjaznej dla środowiska" –
geopolitycznego, tego, w którym i my się mieścimy. Pociski artyleryjskie nie w
nas będą strzelać, może troszkę w Gruzję, może w któregoś innego sąsiada ambicji
Władimira Putina. Nasza chata z kraja… Może to jest istota korzystnego dla nas
"przełomu"? Chyba jednak nie. Nasza chata nie jest z kraja, ale wciąż leży na
szlaku najważniejszej osi współpracy, jaką Moskwa chce podejmować i zaprasza do
niej stale jednego partnera: Niemcy. Polska nie jest w tej perspektywie
przedmiotem agresji, ale nie jest też żadnym partnerem. Jest korytarzem.

Ocieplenie w stosunkach z Rosją miało przynieść poprawę w sferze
symbolicznej, w dziedzinie polityki historycznej: zmianę stanowiska wsprawie
Katynia czy być może jakieś inne gesty. Niestety, mamy wskaźnik, który w tym
zakresie bardzo jasno oddaje stan rzeczy. W kwietniu 2011 roku Centrum Lewady
(jedyne wiarygodne centrum badania opinii społecznej w Rosji) sprawdziło stan
świadomości Rosjan w sprawie zbrodni katyńskiej. Otóż w ciągu roku od kwietnia
2010 r. do kwietnia 2011 r. nastąpił niezwykły regres stanu tej świadomości w
odniesieniu do prawdy historycznej. A przecież miał być to rok, w którym
stosunki polsko-rosyjskie miały kwitnąć. Tymczasem po chwilowym otwarciu mediów
rosyjskich na prawdę o zbrodni katyńskiej, które nastąpiło po katastrofie
smoleńskiej, powróciła zmasowana akcja odgórnie prowadzonej polityki medialnej w
Rosji, która doprowadziła do tego, że dziś znacznie więcej osób niż przed
kwietniem 2010 r. sądzi, iż za Katyń odpowiadają "faszyści", a nie NKWD. Uchwała
Dumy, przyjęta jesienią 2010 roku w sprawie zbrodni stalinowskich, niestety
także okazała się krokiem bardzo połowicznym i niemającym żadnych konsekwencji
prawnych. W sferze prawnej w ciągu ostatnich czterech lat nastąpił znów regres,
a nie postęp w rozwiązaniu problemów przeszłości. Stanowisko prawne rządu
Federacji Rosyjskiej po sześciu latach "zbliżania się" Polski irządu Donalda
Tuska do Moskwy jest takie, że nie wiadomo, czy ofiary Katynia nie zostały
zabite słusznie. Kwestia ich winy lub niewinności nie jest jeszcze wyjaśniona –
stwierdza Prokuratura Federacji Rosyjskiej… Czy to jest jakiś pozytywny
przełom?
Przełom jest jeden, jak najbardziej realny. Symbolizuje go pocięty wrak
rządowego samolotu, przez ponad rok leżący pod deszczem i śniegiem na
smoleńskiej ziemi. Zapewnienia rządu polskiego, że już wkrótce, już zaraz
odzyskamy ten symbol polskiej państwowości (jej aktualnego stanu), powtarzane są
co kilka miesięcy. Z żałosną bezradnością, której najbardziej wymownym wyrazem
były kiepską ruszczyzną wymówione słowa przeprosin ministra Grasia pod adresem
rosyjskich omonowców: "Izwinitie, eto była oszybka"…

Może czas byłoby powiedzieć, po polsku, do obywateli tego kraju:
"Przepraszamy, pomyliliśmy się, nie ma przełomu – jest katastrofa"?

Nie doczekamy się tych przeprosin. Nie z tych ust; nie od tego rządu. Czy
doczekamy się przełomu w stosunkach polsko-rosyjskich? Taki przełom, zmiana jest
i nam, i Rosji, i Europie bardzo potrzebna. Nie da się jej jednak osiągnąć
hipokryzją, udawaniem, kłamstwem. Taka postawa, postawa tchórzliwego pochlebcy,
który nie ośmiela się zaprzeczyć najbardziej zuchwałym i poniżającym (takim jak
raport MAK) kłamstwom silniejszego, umacnia zawsze butę tego drugiego. Rosjanie
pokazali w ostatnich miesiącach, że daleko nie wszyscy identyfikują się z tą
butą, z tym systemem, który poniża najbardziej ich samych. Jeśli Polska
pozostanie, tak jak w ostatnich latach, doskonałym dowodem, że polityka siły,
prowadzona przez Władimira Putina, jest skuteczna, że nie napotyka oporu nawet
ze strony państwa średniej wielkości, należącego do Unii Europejskiej i NATO, ze
strony państwa, które w tradycji pamięci rosyjskiej zapisało się jako
symboliczny rywal w walce o kształt Europy Wschodniej – wówczas przysłużymy się
jak najbardziej zniechęceniu tych Rosjan, którzy marzą o zmianie swojego kraju,
o zbliżeniu go do Europy.

O przełomie w stosunkach polsko-rosyjskich będziemy mogli powiedzieć wtedy,
gdy zmieni się Rosja. Czy to możliwe? Tak. I nie użyję tu tyle razy powtarzanych
argumentów geopolitycznych oraz odnoszących się do wewnętrznej sytuacji w Rosji,
że zmiany nastąpić muszą, że Rosja zbliży się do Europy albo ulegnie sama
katastrofie. Argument najważniejszy jest inny, moralny. Nie ma narodów
potępionych. I nie ma zbawionych. Mamy obowiązek szukać porozumienia. Możemy się
porozumieć językiem KGB. I możemy się porozumieć językiem ofiar przemocy.
Złudzeniem okazało się założenie, że przełom w stosunkach polsko-rosyjskich
można osiągnąć, udając, że zbrodnię można ukryć, że można zapomnieć o naszych
ofiarach.

Może powinniśmy, wobec klęski tej polityki, wobec poczucia bezradności,
któremu często dziś ulegamy, powtórzyć słowa, które przywołał niedawno Benedykt
XVI w czasie swej pielgrzymki do Meksyku: ""Stwórz, o Boże, we mnie serce
czyste" (Ps 51 (50) 12) – Serce czyste, serce nowe, to takie, które uznaje, że
nic nie może samo z siebie, i oddaje się w ręce Boga, aby iść dalej, pokładając
nadzieję w Jego obietnicach" (León, 25 marca 2012).

Po fazie szoku związanego ze smoleńską tragedią, po fazie żałoby, fazie
buntu, potrzebna jest nam – i przyjdzie – faza nawrócenia. Poczucie, że
powinniśmy iść dalej, wierni pamięci o ofiarach, poczucie ugruntowane nie w
politycznych kalkulacjach, kompromisach ani tym bardziej w nienawiści, ale w
nadziei obietnicy, jaką daje przeżywana przez nas pamiątka Zmartwychwstania
Chrystusa. Tylko ta obietnica otworzyć może drogę do przełomu.

Prof. Andrzej Nowak
historyk, Uniwersytet Jagielloński

 

drukuj