Świat rozwinął się inaczej niż chciał Sikorski

Z posłem Witoldem Waszczykowskim (PiS), byłym wiceministrem spraw
zagranicznych, rozmawia Jacek Dytkowski
.

Rozpoczynając swoje coroczne sejmowe exposé, minister Radosław
Sikorski promieniował optymizmem. Roztaczał wizję, jakoby polska polityka
zagraniczna zyskała na stabilności i przewidywalności…

– Oceniam bardzo krytycznie wystąpienie ministra. Rozmija się ono całkowicie z
pragmatyką przedstawiania tego typu informacji o polityce zagranicznej.

Dlaczego?
– Informacja szefa polskiej dyplomacji powinna zawierać co najmniej trzy
elementy. Po pierwsze, jasną wizję oceny sytuacji międzynarodowej najbliższego
otoczenia Polski. Musi zawierać definicję wyzwań i zagrożeń – tego wszystkiego,
co może stać na drodze rozwoju naszego bezpieczeństwa. Po drugie, powinna
wskazywać na zdecydowane cele, do których szef dyplomacji państwa polskiego
będzie zmierzał. Czyli jaką rolę Polska – po jego dokonaniach – zajmie w Europie
i ewentualnie w świecie. Chodzi mianowicie o przedstawienie racji stanu,
interesów narodowych oraz tego, do czego zmierzamy i z jakiej pozycji. Po
trzecie, informacja ministra powinna zawierać cały katalog sił, środków,
instrumentów, w jaki sposób dyplomacja chciałaby się przeciwstawić wyzwaniom i
zagrożeniom oraz jak zrealizować takie cele.

Zdefiniowania tych problemów nie dostrzegłem podczas wystąpienia
Sikorskiego.

– Niestety, uzyskaliśmy jakieś pogadanki i refleksje o tym i owym. Minister nie
był w stanie się zdecydować, czy poważnie, solidnie omawiać politykę Polski z
poszczególnymi krajami, regionami i instytucjami. Tu i ówdzie o czymś wspomniał,
natomiast połowę swego wystąpienia poświęcił dywagacjom o problemach, takich jak
suwerenność, federalizm. Jego rozważania były naszpikowane źródłoznawczymi
cytatami, czasem odniesieniami do Biblii. Nawet poplecznicy ministra na sali
plenarnej patrzyli ze zdumieniem i nie wiedzieli, jak reagować – czy nagradzać
niektóre jego wypowiedzi brawami. Byliśmy świadkami zaskakującego wystąpienia,
które raczej pokazuje obecnie bezradność naszej dyplomacji. To służba, która
przez kilka lat ćwiczyła całkowite odejście od poprzednich naszych kanonów. I w
tej chwili jest zaskoczona tym, że świat jednak rozwinął się inaczej, niż
zakładały polskie władze. Ich polityka rezygnacji z aktywności, zabiegów o
podmiotowość, odcinania sobie instrumentów prowadzenia polityki i polegania na
łasce państwa niemieckiego – co miało zapewnić nam rolę w Europie i oczywiście
korzystny przyszły budżet Unii Europejskiej – dzisiaj jest zagrożona. A w
zasadzie mało realne jest, żeby została zrealizowana.

Diagnoza relacji z Niemcami zarysowana w wystąpieniu ministra przekonuje
Pana?

– Nie kwestionuję, że nasz potężny sąsiad po zachodniej stronie jest krajem, z
którym należy współpracować. Z Niemcami związana jest nasza gospodarka i nikomu
nie zależy na zepsuciu relacji polsko-niemieckich. I nikt tego nie robił przed
laty. Mity o tym, że w okresie rządu Prawa i Sprawiedliwości te stosunki
wyglądały gorzej, są demonicznymi ocenami preparowanymi na użytek kampanii
wyborczej i następnych lat odcinania się od tego ugrupowania. Natomiast mówiąc o
dobrych i partnerskich relacjach, nie można wpędzić się w stosunki klienckie w
całkowitej zależności. A do tego dziś doszło. MSZ, odcinając się od wielu
instrumentów w polityce zagranicznej, współpracy z Amerykanami, udziału w
różnego rodzaju operacjach wojskowych – praktycznie skazało Polskę na zależność
od Niemiec.

Jeśli chodzi o bilateralne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, Sikorski
zapewniał, że nasz kraj jest gotowy do realizacji polsko-amerykańskiej umowy o
bazie obrony przeciwrakietowej.

– To kolejny mit, jakim karmi się polskie społeczeństwo. Minister Sikorski miał
możliwość zrealizować to podpisane w 2008 r. porozumienie. Mógł wówczas dokonać
jego ratyfikacji i pozwolić Amerykanom na realizację. Ponieważ tego nie zrobił,
w końcu 2009 r. prezydent Barack Obama wycofał się z tego porozumienia. Jako
nagrodę pocieszenia zaproponował mglistą ideę, że w trochę innym wymiarze
powstanie tarcza antyrakietowa współpracująca z systemem NATO-wskim w 2018 roku.
Mówiąc to, Obama jasno pokazał Rosjanom, z którymi zaczynał rozwijać reset
wzajemnych relacji, że za czasów jego kadencji w Polsce nie powstanie żadna
tarcza antyrakietowa. Jeśli obejmie teraz drugą kadencję, przestanie być
prezydentem Stanów Zjednoczonych w styczniu 2017 roku. Nie ma zatem więcej
żadnych możliwości zaręczania nam formułowanych zobowiązań, że taka tarcza
powstanie w 2018 roku. Te kwestie będzie podejmował już inny prezydent – być
może nawet z innego ugrupowania politycznego. Takie stawianie sprawy przez
ministra jest po prostu nieuczciwe wobec polskiego społeczeństwa. O tym, że
Obama nie chce zrealizować tego projektu, świadczy chociażby rozmowa, którą
kilka dni temu podsłuchały media w Seulu. W wymianie zdań z Dmitrijem
Miedwiediewem, prezydentem Rosji, Obama jasno dawał do zrozumienia, żeby
Rosjanie spokojnie czekali i nie denerwowali się, bo on tego porozumienia nie
będzie realizował.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj