Wszystkie domysły Sikorskiego
Na jakiej podstawie NIK uznała, że resort spraw zagranicznych był
przygotowany do zarządzania kryzysowego i właściwie spełniał tę rolę, skoro 10
kwietnia, w dniu katastrofy, nie działał internet? O awarii mówi Radosławowi
Sikorskiemu pracownik Centrum Operacyjnego MSZ w jednej z ujawnionych wczoraj
rozmów, informując swojego szefa o powodzie, dla którego nie może wysłać mu
e-maila z listą osób, które były na pokładzie.
Sikorski mówił wczoraj dziennikarzom, że swoje "hipotezy" dotyczące przyczyn
katastrofy formułował na gorąco, nie miał pełnej wiedzy na temat zdarzeń na
Siewiernym, a po informacji z wieży, iż samolot zawadził o drzewa, uznał, że
maszyna musiała obniżyć lot i ktoś ją tam musiał sprowadzić. Pytanie tylko, na
jakiej podstawie minister uznał, że zrobili to piloci, a nie kontrolerzy lotu,
którzy sprowadzali tupolewa. Nadinterpretacją było też domniemanie o śmierci
wszystkich pasażerów na podstawie lakonicznej informacji ambasadora, który – jak
sam to wielokrotnie mówił – stał, i to krótko, w dosyć dużej odległości od
miejsca tragedii.
Bahr: Nie widziałem ciał
– Nie widziałem żadnych ciał ani śladów ludzi, gdyż to wszystko znajdowało się
dalej od miejsca, gdzie dotarłem – w ten sposób Jerzy Bahr relacjonował w
autoryzowanej rozmowie z "Naszym Dziennikiem" sytuację na Siewiernym 10 kwietnia
2010 roku. Na jakiej więc podstawie Radosław Sikorski wnioskował, że wszystkie
osoby zginęły? I czy miał prawo do tego typu deklaracji, opierając się tylko na
ustnym przekazie od ambasadora? W rozmowie z "Naszym Dziennikiem" z 4 czerwca
2010 r. "Pozwólcie nam podejść. Tam jest nasz prezydent!" ambasador
relacjonował, że na miejscu katastrofy był już kilka minut po niej. Nie widział
ani szczątków maszyny, ani ciał. "Znaleźliśmy się w miejscu, gdzie leżał tył
samolotu Tu-154M. Zaczęliśmy więc biec do przodu – tak jak każdy, kto chce
pomóc. (…) Po chwili dobiegliśmy do takiej odległości, która była już
niebezpieczna, gdyż było to zaledwie kilkadziesiąt metrów od palących się części
maszyny. Tam też bardzo szybko pojawili się jacyś ludzie – myślę, że to byli
przedstawiciele organów milicji. (…) nie podjechaliśmy na sam przód, gdzie był
ten najstraszliwszy widok, ale z tyłu" – mówił Bahr. Dodał też, że wszystko, co
widział, to były jedynie odłamki samolotu znajdujące się z tyłu. Nie było w
ogóle mowy o winie pilotów. Bahr przyznaje natomiast, że nie starał się
zweryfikować informacji o tym, że być może katastrofę przeżyły trzy osoby, bo
nie był za to odpowiedzialny. "Osobiście (…) zdecydowałem się nie iść dalej,
głównie z tego względu, że domyślałem się, iż jest tam już coraz więcej ludzi,
gdyż co chwilę było słychać dzwoniące telefony i wyjaśnienia. Zatrzymał mnie
także sam widok tego miejsca. Nikt bowiem z nas nigdy nie przeżył ani też nie
widział niczego podobnego" – relacjonował ambasador, tłumacząc w ten sposób,
dlaczego nie starał się dotrzeć na samo miejsce katastrofy.
– A jednak tuż po tej tragedii szef polskiej dyplomacji poinformował prezesa
Jarosława Kaczyńskiego, że wszyscy pasażerowie Tu-154 zginęli. I że zawinili
piloci. Skąd miał tę wiedzę? Czy poinformował go o tym ambasador Bahr? Tak
twierdzi teraz minister Sikorski. Jak więc właściwie było? – zastanawia się
Joachim Brudziński (PiS). Kwestię tę Jarosław Kaczyński poruszył podczas
wysłuchania publicznego w Parlamencie Europejskim. – Chciałbym wiedzieć,
dlaczego minister spraw zagranicznych Polski już niewiele po [godz. 9.00 10
kwietnia 2010 roku – przyp. red.] wiedział, że wszyscy zginęli. Skąd wiedział? –
pytał.
MSZ publikuje rozmowy
W reakcji w czwartek MSZ opublikowało zapis rozmowy Centrum Operacyjnego z
ambasadorem Jerzym Bahrem. Na pytanie: "Coś wiemy więcej w tej chwili?",
ambasador Bahr odpowiedział: "No w tej chwili ja stoję, samolot jest całkowicie
rozbity, stoimy w odległości 150 metrów, nie ma żadnego śladu życia, ugasili
pożar, który był w przedniej części, i to jest wszystko. Otoczone to jest już
przez straż pożarną". Dalej Bahr potwierdza, że nie widać żadnych śladów życia i
samolot jest całkowicie zniszczony. Rozmowa trwała od godz. 9.07.53 do 9.10.35,
a więc niespełna trzy minuty. Bahr nie kontaktował się wcześniej z Sikorskim,
Centrum udało się połączyć obu rozmówców dopiero po godz. 9.10. Z późniejszych
deklaracji Sikorskiego wynikało, że informacje o śmierci całej delegacji
prezydenckiej otrzymał właśnie podczas owej rozmowy z Bahrem. MSZ przyznaje, że
nie dysponuje jej nagraniem, gdyż – jak tłumaczy resort – nagrywane są tylko
rozmowy prowadzone z udziałem Centrum Operacyjnego, a nie te prowadzone przez
służbowe telefony komórkowe. Ambasador miał powtórzyć Sikorskiemu informacje,
które przekazało Centrum.
Nagrania niczego nie wyjaśniają
Jarosław Kaczyński, prezes PiS, ocenił natomiast, że opublikowane przez MSZ
nagrania rozmów Sikorskiego przeprowadzonych 10 kwietnia 2010 r. niczego nie
wyjaśniają. Powiedział ponadto dziennikarzom, że te materiały nie odpowiadają
także na pytanie, skąd minister wiedział kilka minut po katastrofie, że jej
przyczyną był błąd pilotów. Zaznaczył jednocześnie, że stwierdzenie
czyjejkolwiek śmierci nie może nastąpić na podstawie ustnego przekazu osoby
stojącej 150 metrów od miejsca katastrofy. – A to jest ta podstawowa przesłanka,
tak mówił ambasador Bahr, a już w żadnym wypadku nie można w ten sposób
stwierdzić śmierci prezydenta RP. (…) Krótko mówiąc, to jest strzał kulą w
płot – mówił Kaczyński. Wyraził przekonanie, że z całą pewnością nie można było
kilka minut po katastrofie powiedzieć, co było przyczyną wypadku. Jego zdaniem,
we fragmentach rozbitego samolotu mogli znajdować się jeszcze żywi ludzie,
którzy byliby z pewnością nieprzytomni i nie dawaliby żadnych oznak życia.
Wiedział, zanim zadzwonił Bahr
Wczoraj resort ujawnił kolejne nagrania z 10 kwietnia 2010 r. razem z informacją
o rozmowach ministra przez telefon komórkowy z najważniejszymi osobami w
państwie. I tak o godz. 8.48 dzwoni dyrektor Departamentu Wschodniego MSZ
Jarosław Bratkiewicz, mówiąc, że na lotnisku w Smoleńsku zdarzył się
najprawdopodobniej jakiś wypadek. Informację taką Bratkiewicz otrzymał chwilę
wcześniej przez telefon od naczelnika Departamentu Wschodniego Dariusza
Górczyńskiego, który czekał na samolot na lotnisku. Resort nie ujawnia treści
rozmów szefa polskiej dyplomacji z ministrem obrony narodowej Bogdanem Klichem,
marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim, premierem Donaldem Tuskiem i
Jarosławem Kaczyńskim. Upubliczniono jedynie treść połączeń między Centrum a
Sikorskim. Wynika z nich, że o godz. 8.52 MSZ nie dysponowało jeszcze dokładnymi
informacjami o tym, co się wydarzyło. Sikorski każe to sprawdzić, nawiązać
kontakt, nie podaje jednak z kim. Z rozmów z pracownikiem Centrum Operacyjnego
wynika, że Sikorski wiedział o wypadku wcześniej, jeszcze przed rozmową z Bahrem
– o godz. 9.02 Centrum Operacyjne informuje ministra, że doszło do wypadku,
deklaruje, że ma tę informację od przedstawicieli polskiego konsulatu, a ci z
wieży kontrolnej. Relacja z wieży była taka: samolot zaczepił o drzewa i spadł.
Centrum łączy Sikorskiego z Bahrem o godz. 9.10. O 9.31 szef MSZ zostaje
poinformowany, że na liście pasażerów do Smoleńska jest 89 nazwisk. Sikorski
prosi o tę listę. Nie może jej dostać, bo w budynku jest potężna awaria
internetu.
– Nie ma żadnego stwierdzenia o śmierci wszystkich obecnych na pokładzie. Bahr
mówił o braku śladów życia. To nie jest tożsame z tym, że wszyscy nie żyją –
ocenia Karol Karski, były wiceminister spraw zagranicznych. – Jest rzeczą
niepokojącą, że w kwestii tak poważnej jak śmierć załogi i pasażerów zwracamy
głównie uwagę na to, co minister Sikorski stwierdził w związku ze swoją rozmową
z ambasadorem Bahrem – ocenia z kolei Mariusz Łopiński, były współpracownik
prezydenta Lecha Kaczyńskiego. – Sam Bahr tego nie potwierdza. Notabene, nie
wiem, który z panów mija się z prawdą. Pan ambasador Bahr najwidoczniej ma pewne
luki w pamięci, bo twierdzi też, że o planach pana prezydenta dowiedział się w
marcu 2010 roku, kiedy ja pamiętam, że śp. minister Handzlik rozesłał pisma
informujące o zamiarach prezydenta, który chciał pokłonić się przed grobami
polskich oficerów pomordowanych w Katyniu, w grudniu 2009 roku – wyjaśnia
Łopiński, dodając, że jednym z adresatów tego pisma był właśnie ambasador Bahr.
Sam ambasador stwierdził kilka dni po katastrofie w "Kontrwywiadzie" w RMF FM,
że Sikorski, "zapewne też był – trudno mi jest powiedzieć – pierwszą czy też
jedną z pierwszych osób w Polsce, które się o tym dowiedziały".
Ambulanse stały
– Był to jednak tylko ustny przekaz Bahra. Strona polska nie dysponowała tuż po
katastrofie żadnymi dokumentami oficjalnie potwierdzającymi śmierć załogi i
pasażerów. Na jakiej więc podstawie polski ambasador był pewien, że wszyscy nie
żyją? Szczątki samolotu i ofiar były rozrzucone na odcinku o długości blisko pół
kilometra. Bahr nie był wiarygodnym źródłem informacji. Jak wynika z nagrania,
które udostępniło MSZ, stał on w odległości 150 metrów od wraku, nie widział
pasażerów, rannych. Byłem na miejscu katastrofy około godziny po rozbiciu się
samolotu, czyli około pół godziny po rozmowie Bahra z Sikorskim (było to około
godz. 10.00 czasu warszawskiego) i nie widziałem, by była podejmowana
jakakolwiek akcja ratunkowa. Skąd więc ta pewność, że wszyscy nie żyją? Minister
Sikorski nie miał prawa z tej rozmowy niczego domniemywać – komentuje Andrzej
Duda, poseł PiS, były podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha
Kaczyńskiego.
– Kiedy przybyłem na miejsce katastrofy, karetki stały, obok nich ludzie w
białych kitlach. W mojej obecności nie podejmowali żadnej akcji ratunkowej. Tym
bardziej sądzę, że wcześniej tej akcji też nie było – tłumaczy Duda. Według
raportu MAK, już o godz. 9.40 (czasu warszawskiego) stwierdzono śmierć
wszystkich obecnych na pokładzie (strona 103 raportu MAK). Warto też zaznaczyć,
że w ujawnionej przez MSZ rozmowie Bahr nie wspomina w ogóle o jakiejkolwiek
akcji ratunkowej, jest mowa tylko o straży pożarnej.
Czy Ministerstwo Spraw Zagranicznych miało prawo zamieścić na swej stronie
internetowej rozmowę między Centrum Operacyjnym resortu a ambasadorem Bahrem?
Zapytaliśmy o to płk. Zbigniewa Rzepę, rzecznika prasowego Naczelnego
Prokuratora Wojskowego. Ten jednak odesłał nas do rzecznika resortu Marcina
Bosackiego. – Najpierw musi pani pytać MSZ, na jakiej podstawie to zrobiło –
stwierdził Rzepa.
O treść rozmowy między Bahrem a Sikorskim posłowie pytali już wcześniej, zanim
szef MSZ wydał oświadczenie, że o śmierci wszystkich osób dowiedział się od
ambasadora. Pytania takie padały w kontekście ustaleń Najwyższej Izby Kontroli
dotyczących lotów VIP w latach 2005-2010, a konkretnie w kontekście pozytywnej
oceny, jaką Izba wystawiła MSZ. Raport NIK był dwukrotnie omawiany w tym
tygodniu na posiedzeniu sejmowych komisji: do spraw Kontroli Państwowej oraz
Administracji i Spraw Wewnętrznych. Za każdym razem ze strony posłów padały
pytania, czy NIK badała noty MSZ, jakie resort wystosował do innych państw w
związku z katastrofą, czy szef MSZ wystąpił o ekspertów NATO. A także czy
kontrolerzy NIK mieli dostęp do dokumentów, które pokazywały, jak przebiegał
proces rozdzielenia wizyt 7 i 10 kwietnia i kto o tym decydował? Padły też
pytania o sposób, w jaki szef MSZ wszedł w posiadanie informacji, że wszyscy nie
żyją oraz że katastrofa była winą pilotów. – Dlaczego pan ambasador Bahr opuścił
miejsce tragedii smoleńskiej i pojechał na Mszę św. w Katyniu w sytuacji, gdy
był jedynym wyposażonym w immunitet dyplomatyczny przedstawicielem RP w tamtym
miejscu? Czy konsultował to ze swoimi przełożonymi? – dopytywał Duda. Prezes NIK
Jacek Jezierski odpowiadał, że Izba nie badała tego, co działo się po
katastrofie, a jedynie wątki związane z przygotowaniem wizyt. Obecny na
posiedzeniu komisji wiceminister spraw zagranicznych Jacek Najder tłumaczył, że
Sikorski dowiedział się o katastrofie i śmierci wszystkich obecnych na pokładzie
od "jakiegoś koordynatora".
Anna Ambroziak
Współpraca Jacek Dytkowski
