Nie chcemy pracować do śmierci

Pracuję m.in. jako pielęgniarka. Zapraszam premiera Tuska do zabiegu
cewnikowania lub innych zabiegów pielęgnacyjnych, gdy będziemy już w wieku 67
lat – mówi z przekąsem Ewa Kulik, przewodnicząca NSZZ "Solidarność" w
Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym w Zabrzu, członek Rady Sekretariatu
Ochrony Zdrowia Regionu Śląsko-Dąbrowskiego "S". W ten sposób komentuje pomysły
rządu dotyczące podniesienia wieku emerytalnego do 67 lat.

Wraz z koleżanką ze związku i kilkoma pracownikami Śląsko-Dąbrowskiej "S"
pani Ewa pomaga zwijać obóz, który związkowcy rozbili w poniedziałek przed
kancelarią premiera w warszawskim Śródmieściu. W ten sposób próbowali skłonić
szefa rządu do wycofania się z planów podniesienia wieku emerytalnego do 67 lat.
Ale w środę rano związkowcy przenieśli się przed budynek Sejmu. Do środowego
popołudnia "dyżur" przed nim pełnił Region Śląsko-Dąbrowski "S", który następnie
został zmieniony przez Region Mazowiecki, a potem przez kolejne. Protest
przeniósł się pod Sejm, bo to tam posłowie mają zdecydować dziś o losach
złożonego przez związek wniosku o przeprowadzenie ogólnokrajowego referendum w
sprawie podniesienia wieku emerytalnego, pod którym podpisało się aż 2 mln
Polaków.

Kryzys zaufania
Związkowcy liczą, że parlamentarzyści rządzącej koalicji usłyszą ich argumenty.
Co jakiś czas odpalają petardy i grają na wuwuzeli. Gdy mija godz. 11.00,
związkowcy na hasło prowadzącego protest zdejmują białe kaski z logo "S" i
stukając nimi o bruk, wznoszą okrzyk: "Donald Tusk, gdzie twój mózg?". – My temu
rządowi po prostu nie ufamy. Przed wyborami zapewniał on, że nie ma potrzeby
podnoszenia wieku emerytalnego, a zaraz po wyborach zapowiada się jego
podniesienie, to znaczy, że oszukano nas. Nie ufamy też umiejętności władz
skutecznego przeprowadzenia dużych, skomplikowanych zmian, takich jak reforma
systemu emerytalnego. O kompetencjach władz świadczy zły nadzór nad budową
stadionów, dróg czy zamieszanie wokół umowy ACTA – wyjaśnia stanowisko
związkowców Marek Lewandowski, rzecznik Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność".
Oszukane czują się zwłaszcza kobiety. – Już teraz nasza praca jest niedoceniana
i mało płatna. Przed kilkoma laty władze już podniosły nam, kobietom, wiek
emerytalny. Przyjęłyśmy tę decyzję ze zrozumieniem. Kolejne podniesienie wieku,
i to do 67 lat, jest nie do przyjęcia. A do jakiego wieku rządzący przesuną wiek
emerytalny za kilka czy kilkanaście lat, gdy będziemy przechodzić na emerytury?
Po prostu nie doczekamy tej emerytury – wskazuje rozżalona Ewa Kulik.

Kto doczeka?
Związkowcy wskazują, że zwłaszcza w firmach, gdzie pracuje się w warunkach
szkodliwych dla zdrowia, zatrudnieni przeciętnie nie dożywają nawet 65 lat.
Dotyczy to nie tylko górników, ale też hutników i wielu innych pracowników
fizycznych.
– Przedłużenie wieku emerytalnego do 67 lat oznacza dla nas pracę do śmierci –
mówi wprost Wojciech Bujak z Sekretariatu Ochrony Zdrowia Śląsko-Dąbrowskiej
"Solidarności".
Związkowcy zwracają też uwagę, że praca fizyczna w tym wieku na wielu
stanowiskach jest już praktycznie niemożliwa. – W Sejmie, Senacie czy rządzie,
jeśli ktoś chce – proszę bardzo, niech pracuje nawet do 80 lat – podkreśla
Ireneusz Płocha, przewodniczący "S" grupy serwisowej ArcelorMittal Poland. Ale –
zwraca uwagę – na wielu stanowiskach pracy, m.in. w przemyśle ciężkim, jest to
nierealne. – Praca prawie do 70. roku życia w takich zawodach jak np. tokarz czy
suwnicowy jest praktycznie niemożliwa z powodów zdrowotnych. Nawet lekarze nie
dopuszczą takich pracowników do wykonywania zawodu – zaznacza. – Jestem
elektrykiem z orzeczoną grupą niepełnosprawności. Nie wyobrażam sobie, abym do
67. roku życia skakał po słupach wysokiego napięcia czy drabinie, by
przeprowadzać prace remontowe w wysokich obiektach – wskazuje Wojciech Bujak.

Kto da pracę po 50?
Związkowcy z "S" zwracają też uwagę, że nawet jeśli rząd wydłuży wiek emerytalny
do 67 lat, to dziś pracodawcy nie chcą zatrudniać ludzi po ukończeniu 50. roku
życia. – My zgadzamy się, że system trzeba reformować, ale cały. Trzeba stworzyć
ludziom możliwość pracy. Przecież dziś 25 proc. kobiet po ukończeniu 50. roku
życia nie ma pracy – wskazuje Marek Lewandowski. Dodaje, że obecnie system
emerytalny jest tak naprawdę utrzymywany przez połowę ludzi zatrudnionych na
etatach. To, jego zdaniem, pokazuje, że trzeba zreformować cały system
emerytalny, a nie najpierw zabierać się za wydłużenie wieku emerytalnego. – Cała
zabawa o wydłużenie wieku emerytalnego ma się nijak do wysokości emerytur, które
będą wypłacane w przyszłości. Chodzi tylko o to, by zapchać dziurę w budżecie
ZUS, która jest spowodowana przez Skarb Państwa – podkreśla Lewandowski.
Związkowcy zwracają też uwagę, że wydłużenie pracy dla Polaków po 50 utrudni
zdobywanie jej przez tych, którzy szukają… pierwszej pracy. – Jeśli przedłużą
nam wiek emerytalny, młodym będzie jeszcze trudniej znaleźć pracę. Już teraz w
wielu zakładach chętnie zatrudnia się emerytów, bo pracodawcy nie chcą płacić
składek ZUS – zwraca uwagę Jan Czerw, wiceprzewodniczący Komisji Wydziałowej
byłej Huty Katowice, obecnie Arcelor-Mittal.
Z kolei rzecznik "S" zwraca uwagę, że rządzący porównują sytuację Polaków do
Niemców. – Ale ci pracują statystycznie ponad 1300 godzin rocznie, Polak – ponad
2 tysiące. Tymczasem długość życia Polaków należy do najniższych w Europie. To
dlaczego ludziom żyjącym najkrócej każe się pracować najdłużej? – pyta.

Bez dyskusji
Związkowcy mają do rządu również pretensje o to, że w tak ważnej sprawie
dotyczącej przyszłości pracujących Polaków faktycznie nie przeprowadził
konsultacji społecznych. – Chcemy rozpoczęcia ogólnopolskiej debaty o reformie
emerytalnej, ale także o tzw. śmieciowych umowach, uszczelnieniu systemu
ubezpieczeń, w tym o tych pracownikach, którzy płacą minimalne składki, a mają
milionowe dochody w skali roku. Jest wiele takich ważnych tematów. My chcemy o
tym rozmawiać, ale nie mamy z kim. Dlatego tu jesteśmy – wyjaśnia Tadeusz
Majchrowicz, zastępca przewodniczącego Komisji Krajowej "S".
Także rzecznik "Solidarności" zapewnia, że rząd nie pozwolił na żadne
konsultacje. – Nie było żadnych rozmów z rządem. 14 lutego dostaliśmy do
konsultacji projekt ustawy podnoszącej wiek emerytalny do 67 lat dla mężczyzn i
kobiet. Ale po miesiącu, na konsultacjach w ramach Komisji Trójstronnej,
dowiedzieliśmy się, że koalicjanci pracują nad czymś zupełnie innym i tego
zupełnie nowego projektu nie zobaczymy. My nie godzimy się na takie traktowanie
– grzmi Marek Lewandowski.
Dlatego związkowcy zapowiadają dalsze protesty, i to dużo większe niż te
ostatnie. Rzecznik "S" zaznacza, że na dziś związek ma potwierdzony udział 25
tys. osób w proteście przed Sejmem, i to tylko z "S". – A przyjadą też
związkowcy z OPZZ, Forum Związków Zawodowych. Więc będzie co najmniej 30 tys.
osób – dodaje.
Debata w Sejmie ma być transmitowana na telebimie, dlatego związkowcy będą
niemal dosłownie patrzeć posłom na ręce. Zapowiadają, że dzisiejsze protesty to
będzie tylko "drobna przygrywka". – Jeśli głosowanie będzie niekorzystne dla
nas, czyli Sejm odrzuci wniosek o referendum, to zaczniemy kolejne protesty –
zapowiada Lewandowski. Jakie? Wyjaśnia, że będą liczne, uciążliwe i nie zakończą
się nawet do organizowanych w Polsce i na Ukrainie Mistrzostw Europy w Piłce
Nożnej Euro 2012. Przerwę zrobią jedynie na Wielki Tydzień. Po świętach akcje
mają być wznowione.

Mariusz Bober

 

drukuj