Pokrzyżowany plan rekonesansu
Z ppłk. Krzysztofem Dacewiczem, funkcjonariuszem Biura Ochrony Rządu,
który 10 kwietnia 2010 r. był na służbie w Smoleńsku, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
Kiedy dowiedział się Pan, że będzie zabezpieczał wizytę prezydenta
Lecha Kaczyńskiego w Katyniu?
– Jestem funkcjonariuszem, który służbę w Biurze Ochrony Rządu pełni od 1998
roku, wcześniej służyłem w innej formacji. Od paru lat pracuję w oddziale, który
zajmuje się zabezpieczaniem miejsc czasowego pobytu osób ochranianych, również
delegacji zagranicznych. Mam dość duże doświadczenie, przez wiele lat
wypracowałem sobie jakąś pozycję, jeżeli chodzi o te zabezpieczenia,
wielokrotnie byłem przez swoich przełożonych i współpracowników wyróżniany,
doceniany i wysoko oceniany. O sprawie Smoleńska było już wiadomo pod koniec
stycznia 2010 roku. Wtedy przez zastępcę szefa BOR, ówczesnego pułkownika, a
obecnie gen. Pawła Bielawnego zostałem wyznaczony jako osoba, która ma się zająć
przygotowaniem i wziąć udział we wszystkich spotkaniach dotyczących przygotowań
do tych wizyt.
Jak wyglądały przygotowania do wyjazdu?
– Wielokrotnie brałem udział w różnego rodzaju ustaleniach u pana Andrzeja
Przewoźnika w Radzie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. W pierwszym takim
spotkaniu uczestniczył także zastępca szefa BOR i mój kolega z oddziału.
Następne spotkania, z inicjatywy pana Przewoźnika, odbywały się cyklicznie w
każdy wtorek tygodnia. Uczestniczył w nich śp. płk Jarosław Florczak, który
został przez moje szefostwo wyznaczony jako osoba wiodąca na etapie przygotowań.
Z Jarkiem i Czarkiem braliśmy udział w takich spotkaniach u pana ministra
Przewoźnika przynajmniej jeszcze trzy, cztery razy. Rozmawialiśmy na tematy
związane z przygotowaniem uroczystości w Smoleńsku i Katyniu. Wtedy brany był
pod uwagę nasz wyjazd z grupą rekonesansową, w której miały wziąć udział:
Kancelaria Prezydenta, Kancelaria Premiera, Ministerstwo Spraw Zagranicznych,
wojsko, duszpasterstwo, przedstawiciele rodzin katyńskich. Termin wyjazdu co
jakiś czas był przekładany, chyba ze względu na jakieś problemy logistyczne.
Najpierw planowano, żebyśmy polecieli delegacją samolotem Jak-40, potem była
wersja, że mamy jechać pociągiem z noclegiem.
Na czym w końcu stanęło?
– Polecieliśmy do Moskwy rejsowym samolotem. Było to pod koniec marca 2010
roku. Odebrali nas ludzie z ambasady. Następnego dnia, w bardzo wczesnych
godzinach porannych, wsiedliśmy w trzy podstawione busy i w towarzystwie pana
ambasadora i jego pracowników udaliśmy się do Smoleńska, gdzie mieliśmy się
spotkać z naszymi odpowiednikami rosyjskimi z m.in. Protokołu Dyplomatycznego,
służb prezydenta i premiera Federacji Rosyjskiej. Gdy dojechaliśmy do Smoleńska,
bodajże śp. pan Mariusz Kazana poinformował nas po jakimś czasie, że niestety
strona rosyjska – ta, która miała przybyć do nas z Moskwy – ze względu na złe
warunki atmosferyczne nie przyleci. Oczywiście z wyjątkiem lotniska mogliśmy
wtedy obejrzeć wszystkie punkty w Smoleńsku oraz w Katyniu, które związane były
zarówno z jedną, jak i z drugą wizytą polskich władz państwowych.
Dlaczego Rosjanie nie wpuścili Panów na lotnisko? Jak argumentowali
odmowę?
– Gdy kończyliśmy oglądanie punktów, które były związane ze Smoleńskiem i
Katyniem, Mariusz Kazana i Andrzej Przewoźnik poinformowali nas już w drodze do
Moskwy, że na teren lotniska się nie udajemy. Raz, że nie ma przedstawicieli
Federalnej Służby Ochrony i innych służb. Dwa, że jest to teren wojskowy i
strona rosyjska powiedziała, iż nie życzy sobie tam naszej obecności.
Nie zaniepokoiło to Panów? Przecież to było jedno z najważniejszych
miejsc, które należało sprawdzić.
– Bardzo ważne, wszystkie miejsca związane z pobytem osób ochranianych są
bardzo ważne. Przy czym my też przyjęliśmy, że to lotnisko w Smoleńsku było
przez ostatnich parę lat lotniskiem dość często wykorzystywanym przez naszych
oficjeli, którzy przylatywali tam na różnego rodzaju uroczystości państwowe.
Więc jego stan był nam znany, podobnie jak wykonującym lot i 36. SPLT. Wie pan,
my jako BOR nie byliśmy grupą osobno ustalającą pewne rzeczy. Biorąc udział w
takim rekonesansie, musieliśmy brać pod uwagę to, co ustala Protokół
Dyplomatyczny i jedna, i druga kancelaria.
Ale to funkcjonariusze BOR, nie przedstawiciele kancelarii,
zabezpieczają lotnisko.
– Tak, ale my jako funkcjonariusze BOR mogliśmy pojechać do Smoleńska i za
wszelką cenę starać się wejść na to lotnisko, a na przykład Kancelaria
Prezydenta czy Kancelaria Premiera mogła podjąć taką decyzję, że jednak tupolew
będzie lądował w Moskwie. My jesteśmy od nich uzależnieni. Jeżeli szef Protokołu
Dyplomatycznego śp. Mariusz Kazana i śp. pan Andrzej Przewoźnik przekazali nam
taką, a nie inną informację, że Rosjanie nie chcą, żebyśmy się spotykali na tym
lotnisku i takiego spotkania nie będzie – to my nie mieliśmy na to żadnego
wpływu. Mogliśmy podjechać pod tę bramę, wyszedłby jakiś żołnierz i powiedział
"do swidania" i byłoby "do swidania", i nic byśmy tam nie zrobili. A oglądanie
płyty lotniska zza wysokiego płotu i tak nic by nie dało.
Przed wylotem do Katynia była odprawa z szefostwem BOR, dostaliście
jakieś koordynaty?
– W trakcie przygotowań do tych uroczystości wielokrotnie spotykaliśmy się z
naszymi przełożonymi – z panem gen. Bielawnym i płk. Florczakiem, informując ich
o podjętych krokach, decyzjach, spotkaniach i ustaleniach. Widocznie nie było
takiej potrzeby zbierania nas w jednym miejscu i informowania nas, za co tam
jesteśmy odpowiedzialni. To było zwyczajowo przyjęte, że skoro chodzimy na
spotkania, jesteśmy zorientowani, to wszystko wiemy i tak przełożeni do tego w
ten sposób podchodzili. Przy czym na realizację zadania 7 kwietnia poleciały
tylko trzy osoby: ja i dwie od tzw. miejsc czasowego pobytu, czyli spraw
związanych z tym, kto przyjeżdża, gdzie się zatrzymuje, kto go wita, gdzie
wysiada, gdzie ma kolumnę, jaka kolumna, gdzie przejazd etc. Te dwie osoby
pochodzą z wydziału, który na co dzień realizuje tego typu zadania na terytorium
naszego kraju i poza jego granicami. Oprócz mnie byli tam: mjr Cezary K. i mjr
Andrzej R. Z tymi dwoma funkcjonariuszami byłem wcześniej na rekonesansie. Ja z
kolei byłem funkcjonariuszem do współpracy i kontaktów z mediami. To nie jest
funkcja tożsama z rzecznikiem prasowym. Jestem od zabezpieczenia spraw
technicznych, jak kwestie ustawienia dziennikarzy, kostek dziennikarskich,
przejść, puli, list dziennikarskich, akredytacji etc. Zajmowałem się tymi
sprawami przez osiem lat. Tu jest teraz pańska rola. Niech pan oceni, czy facet,
który pracuje osiem lat z dziennikarzami i wypracował sobie jakąś pozycję, musi
być informowany przez przełożonego, co ma robić w Smoleńsku i Katyniu. On
wiedział, że tam byłem, co ustalałem, na jakim etapie jest to wszystko
przygotowane.
Mówi Pan o gen. Janickim czy o gen. Bielawnym?
– Bielawnym i o śp. płk. Florczaku. Generał Janicki w tej kwestii w ogóle się
z nami nie spotykał, ani przed 7, ani przed 10 kwietnia. Tu z czystym sumieniem
mogę powiedzieć, że takiej odprawy z szefem BOR nie było.
I z czystym sumieniem może Pan powiedzieć, że funkcjonariusze, którzy
mieli zabezpieczać wizyty premiera i prezydenta w Federacji Rosyjskiej,
wiedzieli, co mają robić?
– Tak. Nie musieli mieć żadnych dodatkowych dyrektyw.
Brak takich odpraw to norma w BOR?
– Jeżeli są jakieś duże zabezpieczenia i są brani do nich ludzie z obiektów –
mówię tu o terytorium naszego kraju – to takie odprawy zadaniowe oczywiście są.
A w Smoleńsku nie było operacji z kategorii "duże zabezpieczenie"?
Biegli wytknęli BOR, że poleciały tam osoby niekompetentne.
– Wie pan co, to mnie bardzo zabolało, że ppłk Jarosław Kaczyński – nasz były
przełożony – w ten sposób ocenił naszą działalność. To między innymi wtedy, gdy
on był zastępcą szefa BOR płk. Damiana Jakubowskiego, za ich czasów ta formacja
została oczyszczona z ludzi, którzy mieli duże doświadczenie, jeżeli chodzi o
przygotowania. Wtedy bardzo wielu ludzi musiało odejść z BOR.
Jeden wyjazd zagraniczny wystarczy, by funkcjonariusz BOR dobrze
umiał zabezpieczyć wizytę głowy państwa w obcym kraju?
– Tak. Schematy naszych działań w kraju i współpraca ze służbami obcymi
zbytnio się nie różnią. W Federacji Rosyjskiej też jest funkcjonariusz, który
zajmuje się sprawami związanymi z mediami, ja z tymi ludźmi bezpośrednio
współpracowałem, tak samo moi koledzy. Miejsce czasowego pobytu na terytorium
Federacji Rosyjskiej niczym się nie różni od miejsca czasowego pobytu na
terytorium naszego kraju. To są jakieś szablony, standardy, które pozwalają nam
na działanie. Jadąc w teren, gdy oglądamy np. jakiś budynek, patrzymy, gdzie
będzie spotkanie, którędy jest wejście, ilu funkcjonariuszy będzie
zaangażowanych w dane zadanie, jak ze sprawdzeniami pirotechnicznymi,
sanitarnymi. To jest nasze ABC, które realizujemy. Z tym tylko, że nasza
legitymacja BOR nie działa na terytorium obcego państwa.
To po co w ogóle jeździcie za granicę z VIP-ami, skoro "legitymacja
nie działa"? Biegli stwierdzili, że mogliście, a nawet powinniście pewnych
procedur dotrzymać, a nie dotrzymaliście.
– My po to pojechaliśmy na ten wcześniejszy, marcowy rekonesans, żeby
zobaczyć wszystkie punkty, które są związane z programem wizyt. Potem intencją
moich przełożonych było, by ta nasza trójka pojechała jeszcze raz z pewnym
wyprzedzeniem do Smoleńska i Katynia, żebyśmy mogli się jeszcze raz spotkać –
już w miejscu wydarzeń – ze służbami rosyjskimi i omówić wszystkie sprawy
związane z zabezpieczeniem. Wylecieliśmy z Warszawy 5 kwietnia, wieczorem
byliśmy w Moskwie. Na drugi dzień przemieściliśmy się do Smoleńska i o ile sobie
dobrze przypominam, Rosjanie już tam byli. Już wtedy wiedzieliśmy, że 7 kwietnia
na terenie cmentarza w Katyniu, jak również w Smoleńsku, będzie obecny premier
Federacji Rosyjskiej. Wiedzieliśmy więc, że zaangażowanie tych służb rosyjskich
będzie większe, że oni się do tego bardziej przyłożą. 10 kwietnia, decyzją moich
przełożonych, dojechało do nas jeszcze trzech kolegów. Jeden z nich, Kazimierz
S., był kierowcą samochodu, pirotechnik mjr Krzysztof P. i jeszcze jeden kolega
do zabezpieczenia miejsc czasowego pobytu – starszy sierżant Jarosław S.
Wyjeżdżali z Warszawy bodajże 7 kwietnia.
W dniu wizyty premiera Tuska? To znaczy, że w Smoleńsku nie było
pirotechnika?
– Nie. Strona rosyjska dokonywała wszelkich sprawdzeń pirotechnicznych.
A polskie BOR jak weryfikowało te sprawdzenia?
– Jest jedna podstawowa zasada: każde państwo podejmujące ponosi pełną
odpowiedzialność, i to należy też do naszej oceny. Jeżeli bierzemy udział w
takim rekonesansie, patrzymy, czy ta strona podejmująca jest stroną wiarygodną i
czy dokona wszelkiego rodzaju zabezpieczeń. Mój przełożony Jarosław Florczak po
naszym rekonesansie w Smoleńsku – gdy nie było przedstawicieli służb rosyjskich
– następnego dnia wziął udział w spotkaniu w "Białym Domu" u premiera Putina.
Doszedł on do wniosku, że 7 kwietnia udział naszego pirotechnika jest zbędny.
Dlaczego? Tego się już nie dowiemy, bo Jarka nie ma wśród żywych.
I dlatego próbuje Pan obarczyć odpowiedzialnością człowieka, który
już bronić się nie może? Dlaczego płk Florczak wyjechał ze Smoleńska po
uroczystościach 7 kwietnia, kto wyraził na to zgodę?
– Nikogo nie obarczam. Spotkałem się z Jarkiem jeszcze przed naszym wylotem 5
kwietnia do Federacji Rosyjskiej, bo mieszkaliśmy na tym samym osiedlu i żyliśmy
na stopie koleżeńskiej, mimo że był moim przełożonym. To była jego decyzja. Miał
do nas pełne zaufanie i mogliśmy rzeczywiście według jego oceny sami pojechać,
wiedział, że wszystko będzie dobrze przygotowane. Dlaczego po 7 kwietnia nie
został z nami? Teoretycznie mógł zostać, ale widocznie jakieś obowiązki służbowe
albo zadania wyznaczone przez wyższych przełożonych – gen. Bielawnego lub gen.
Janickiego – sprawiły, że musiał pozostać w Warszawie. Nam tylko przekazał
informację, że do nas 7 i 10 kwietnia przyleci i będzie nadzorował nasze
działania. Zgodę na wyjazd ze Smoleńska po uroczystościach 7 kwietnia dał mu na
pewno pan gen. Janicki albo przynajmniej pan gen. Bielawny. To nie jest tak, że
ktoś, kto za krótko pracuje w BOR lub się nie sprawdza, mógłby być na taką misję
wysłany. Generałowie mieli do nas zaufanie, bo wiedzą, jak my pracujemy. My
naprawdę bardzo dużo różnego rodzaju takich przedsięwzięć, zabezpieczeń
realizowaliśmy na terenie naszego kraju. Jarek też nam w pełni zaufał, że jak my
tam pojedziemy, to się wszystkiego dowiemy.
I dowiedzieliście się?
– 6 kwietnia spotkaliśmy się z Rosjanami w hotelu Nowyj w Smoleńsku.
Zadawaliśmy im pytania odnośnie do kolumny i samego lotniska. Jeden z
odpowiedzialnych ze strony Federalnej Służby Ochrony powiedział nam, że lotnisko
w Smoleńsku jest bardzo specyficznym rejonem, że tutaj warunki atmosferyczne
dość często tak się zmieniają, że jest piękna pogoda, a za 15 minut może być
taka mgła, że nie ma możliwości lądowania. Pamiętam, że Czarek K. zapytał go: "A
jeżeli nie będzie takich warunków i możliwości lądowania, to co w związku z
tym?". Odpowiedział, że mają przygotowane lotniska zapasowe. Takie zapewnienie
ustne uzyskaliśmy.
Nie miał Pan wiedzy, o które konkretnie lotniska chodziło?
– Ja nie. Jako funkcjonariusz zajmujący się sprawami związanymi z obsługą
prasową nie interesowałem się takimi rzeczami.
Generał Janicki stwierdził, że 10 kwietnia 2010 r. na lotnisku było
dwóch funkcjonariuszy BOR. Kierowca ambasadora nie mógł przecież zabezpieczać
lotniska.
– Podejrzewam, że intencje pana generała nie były złe. Rzeczywiście, z tego,
co wiem, ten Gerard K., który był kierowcą pana ambasadora, od samego początku
uczestniczył we wszystkich przygotowaniach. Był z nami w tej grupie
przygotowawczej, gdzieś nas podwoził, tłumaczył pewne sprawy. Gerard sam mi
powiedział, że został poproszony przez Jarka Florczaka o to, by – jak wyląduje
nasz tupolew -wszedł na pokład i rozdał kolegom specjalne identyfikatory, które
umożliwiłyby im poruszanie się. Był tam także drugi kierowca ambasadora Artur G.
Ale to byli tylko kierowcy, ostatecznie żadnego z funkcjonariuszy BOR
nie było na płycie Siewiernego 10 kwietnia, tak?
– Funkcjonariuszy stricte z grupy przygotowawczej nie było, bo Rosjanie nas
nie wpuścili.
I nie staraliście się wpłynąć na zmianę ich decyzji, były jakieś
próby negocjacji?
– Jak one wyglądały, ja teraz panu nie powiem, z prostej przyczyny, bo – jak
wspomniałem – w rozmowach w Moskwie u premiera Putina z grupą przygotowawczą
Federacji Rosyjskiej uczestniczył tylko śp. Jarosław Florczak.
Florczak poinformował gen. Janickiego albo gen. Bielawnego o
kłopotach z wejściem na płytę?
– Tego nie wiem, podejrzewam, że tak. Po powrocie grupy przygotowawczej do
Warszawy, po konsultacji naszej osobistej w gabinecie Jarosława Florczaka mjr
Cezary K. został poproszony przez niego o sporządzenie notatki z ustaleń. Czyli
to, co się Jarosław Florczak dowiedział na spotkaniu w tzw. Białym Domu w
Moskwie, zostało przekazane Czarkowi i dostał on polecenie sporządzenia notatki
służbowej. Była w niej informacja, że nas na tym lotnisku nie będzie, bo strona
rosyjska nie wyraża na to zgody.
Jaka była reakcja szefostwa?
– Nie wiem. Myślę, że to jest pytanie, które należałoby zadać panu gen.
Janickiemu lub spytać przez rzecznika prasowego, co oni z tą sprawą dalej
zrobili.
Z jakimi służbami rosyjskimi współpracowaliście w Smoleńsku?
– Z Federalną Służbą Ochrony. Milicja rosyjska nie zrobiła nic bez decyzji
FSO. Jak wjechaliśmy na to lotnisko w dniu katastrofy, bo byliśmy tam zaraz, jak
tylko się dowiedzieliśmy, że coś się tam wydarzyło, staliśmy ze wszystkimi do
momentu, w którym ktoś z FSO do nas nie podszedł i nie powiedział wojskowym, że
nasz samochód ma przejechać przez pas startowy i jechać na miejsce zdarzenia.
Była kolumna samochodowa na lotnisku?
– Była. Jest nieprawdą, że jej nie było, mogę to panu potwierdzić z pełną
świadomością. Mieliśmy kolumnę na 7 kwietnia na wizytę pana premiera. Był
kierowca, samochody ochronne, główny opancerzony samochód mercedes. Cały czas ta
kolumna jeździła, nie było żadnych zastrzeżeń. Ktoś podał informację, już po
katastrofie, że 10 kwietnia na pokładzie samolotu Ił-76 była właśnie kolumna
specjalna. Nieprawda. Ja, rzeczywiście, jak wjechałem na to lotnisko, to nie
szukałem tej kolumny, myślałem wtedy o innych sprawach. Nie widziałem jej, bo
tam była mgła.
Skoro Pan nie widział tej kolumny, to skąd domniemanie, że tam była?
– Była na sto procent.
Gdzie był Pan w chwili katastrofy, kto Pana o niej powiadomił?
– Byłem w Katyniu, tak jak wszyscy pozostali moi koledzy z grupy
przygotowawczej. Nikogo, oprócz Gerarda K. i Artura G. nie było w Smoleńsku.
Gerard K. miał nam przekazywać informacje telefoniczne, że np. wylądowali,
wręczyć im te identyfikatory i wyjechać z nimi z lotniska. Tak samo było 7
kwietnia.
Gerard K. miał też jakiś kontakt na smoleńskim lotnisku ze służbami
rosyjskimi?
– Tak, miał. Chodziło chociażby o kwestię ustalenia kolumny.
Ale ta procedura jest niezgodna z ustawą o BOR. On nie był
funkcjonariuszem BOR, nie miał żadnej plakietki czy broni.
– My też nie posiadaliśmy broni służbowej, bo taka była decyzja strony
rosyjskiej.
Dlaczego zgodziliście się na taki warunek, pozbawiając się broni? Jak
chronilibyście premiera czy prezydenta w przypadku choćby ataku
terrorystycznego?
– My jej się nie pozbawiliśmy, taka była decyzja naszych przełożonych, że
lecimy bez tej broni. Uznali, że broń w tym momencie jest nam tam niepotrzebna.
A Rosjanie w trakcie zabezpieczenia wizyty Władimira Putina na
Westerplatte też nie mieli broni?
– Mieli. Ale są państwa, które przylatują do naszego kraju i mają zgodę na
wszystko. Tu nawet nie chodzi o takie mocarstwa, jak Stany Zjednoczone, Izrael
czy Rosja. Są mniejsze państwa, a nie ma zasady wzajemności. Mamy takie państwa,
nawet w naszym regionie, gdzie nie uzyskujemy zgody na wwóz i posiadanie broni
służbowej. I to jest zwyczajowo działające od wielu lat.
O której godzinie dowiedział się Pan o katastrofie?
– Około godz. 9.00 naszego czasu podeszła do mnie w Katyniu polska
dziennikarka, która zwróciła się do mnie z pytaniem, czy słyszałem, że samolot z
prezydentem ma jakieś kłopoty. Odpowiedziałem, że nic nie wiem, nie słyszałem,
ale zaraz pójdę i postaram się czegoś więcej dowiedzieć. Poszedłem od razu do
pana ministra Jacka Sasina i mówię: "Panie ministrze, czy pan coś wie na temat
jakichś problemów z samolotem?". Odpowiedział: "Pan też coś słyszał? Ja też coś
słyszałem, ale nie znam szczegółów". Wtedy próbowaliśmy wykonywać telefony.
Gerard K. skontaktował się z Panem?
– Nie, bo wystąpiły jakieś zakłócenia telefoniczne. Gerard K. próbował się z
nami połączyć, ale żaden z telefonów nie dzwonił. Dopiero po paru minutach
dodzwonił się do swojej żony, która też z nami była w Katyniu, i poinformował ją
o katastrofie, a ta nam tę informację przekazała.
Dlaczego Rosjanie zakłócali łączność telefoniczną?
– Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. Każdy z nas był wyposażony w
telefon służbowy i do żadnego z nas Gerard się nie dodzwonił. Gdy – po relacji
żony Gerarda – powiadomiłem o tym, co się stało, ministra Sasina, poprosiliśmy o
pilotaż milicyjnym radiowozem i pojechaliśmy na lotnisko. Czy kolumna była, tego
panu nie powiem, bo – jak mówiłem – była mgła. Ale stał Jak-40, widziałem załogę
stojącą przy nim.
Dziękuję za rozmowę.
