Pomagali wszyscy

Dom Anny Kwiecień, sołtys wsi Chałupki, stoi kilkadziesiąt metrów od
miejsca katastrofy. – Było słychać huk i widać błysk. Zadzwoniłam pod numer 112,
a później zaczęliśmy z mężem dzwonić po znajomych, organizować transport dla
ludzi, którzy ewakuowali się z pociągu, robić, co było w naszej mocy – opowiada
kobieta.

Mieszkańcy wsi Chałupki i Goleniowy w czasie tragedii, do której doszło w
sobotę pod Szczekocinami, dali świadectwo wielkiego serca, odwagi i
solidarności.
Pan Adam Warot ze wsi Sprowa był na miejscu tragedii już 15 minut po czołowym
zderzeniu dwóch pociągów. Równocześnie ze strażakami. – Mieszkam dwa kilometry
stąd. Kiedy zadzwoniła do mnie siostra i powiedziała o tym, co się stało, od
razu przyjechałem i zacząłem pomagać. Wyglądało to makabrycznie. Ludzie
uwięzieni w środku wagonu wzywali pomocy. Jak się dało, to pomagałem. Dobrze, że
wziąłem ze sobą latarkę, bez niej nie udałoby mi się nic zrobić – opowiada.
Podczas ratowania pasażerów pan Adam zranił się w rękę. – Przeciąłem ją
kawałkiem blachy czy szkła, nawet nie pamiętam – mężczyzna nie chce rozwodzić
się nad swoim cierpieniem. W akcji ratowania rannych uczestniczył, kto tylko
mógł. – Kolega przyniósł siekierkę, którą przecinaliśmy blachę. Nikt się na nic
nie oglądał, to był odruch – podsumowuje pan Adam.

Poszkodowani pasażerowie obu pociągów, które zderzyły się czołowo, byli w
szoku. Potrzebowali nie tylko pomocy medycznej, ale także zwykłego ludzkiego
wsparcia. Prowizoryczny punkt pomocy został otwarty w Zespole Szkół im.
Wespazjana Kochowskiego w Chałupkach.

– Otworzyłam szkołę o godz. 21.30, praktycznie od razu po tym, kiedy doszło
do tragedii – opowiada dyrektor placówki Jolanta Uramowska. Od razu ujawniła się
ludzka solidarność i pełna mobilizacja. – Wszystko działo się spontanicznie.
Nikogo nie trzeba było do niczego namawiać. Stawili się wszyscy – uczniowie,
rodzice, woźna, kucharka… – wylicza pani dyrektor. Szkoła była otwarta całą
noc i stanowiła punkt wsparcia dla osób lżej rannych, ale wymagających pomocy.
Na miejscu został zorganizowany prowizoryczny punkt lekarski. Pomoc medyczna
okazała się konieczna, wiele osób mdlało w wyniku szoku.
We wsparcie w zorganizowanym na terenie szkoły punkcie włączyły się całe
rodziny. – Dorośli przychodzili pomóc, a że nie mieli z kim zostawić dzieci,
zabierali je ze sobą. Okazało się, że pomoc tych małych dziewczynek, które
rozdawały ludziom napoje, była na wagę złota – opowiada pani dyrektor.



Dyrektor Jolanta Uramowska otworzyła w szkole w Chałupkach punkt pomocy dla
poszkodowanych

Praca trwała całą noc, we współpracy z władzami gminy i PKP organizowano
transport do szpitali bądź do domów. – Kiedy działaliśmy, nie było czasu na
emocje. Dopiero dziś, kiedy na apelu ogłosiłam minutę ciszy w intencji ofiar,
wielu uczniów zaczęło płakać. Mnie samej trudno było ukryć emocje – przyznaje
pani dyrektor.

Pani Jolanta Uramowska może być dumna ze swoich uczniów. Okazali prawdziwe
bohaterstwo i dojrzałość, kiedy nie zastanawiając się nad niczym, natychmiast
pospieszyli na ratunek ofiarom tragedii.

W akcję pomocy włączył się także ks. Władysław Banik, proboszcz parafii
Goleniowy. Przybył od razu na miejsce tragedii z posługą sakramentalną,
udzielając rannym sakramentu namaszczenia chorych. W niedzielę została
odprawiona Msza Święta w intencji ofiar. – Tradycyjnie niedzielna Suma
odprawiana jest za parafian, w tę niedzielę było jednak inaczej, modliliśmy się
za ofiary tragedii – mówi Mirosław Molenda z Chałupek. Katarzyna Molenda
wystąpiła z kolei z inicjatywą odnowienia zabytkowego krzyża znajdującego się
naprzeciwko miejsca tragedii i oczyszczenia tamtejszej kapliczki z 1913 roku –
tak aby mogła ona służyć jako miejsce modlitwy za ofiary i aby można było
stawiać tam znicze i przynosić kwiaty.

Natychmiast po katastrofie punkt pomocy uruchomiła w swoim domu także pani
sołtys Anna Kwiecień. – Pomagali wszyscy, mieszkańcy spisali się na medal. Każdy
robił to, co mógł – jedni uwalniali ludzi z pociągu, inni przynosili im napoje,
jeszcze inni robili kanapki czy dostarczali koce – relacjonuje.

 



Podczas ratowania pasażerów pan Adam Warot zranił się w rękę

 

Część poszkodowanych to cudzoziemcy. Wśród nich jest grupa Hiszpanów, którą
zaopiekował się ktoś hiszpańskojęzyczny. Z Ukraińcami stosunkowo łatwo było się
skomunikować. – Trudniej było nam porozumieć się z Francuzami – mówi pani
sołtys. Ale wiele da się zrozumieć na migi. Czasem ludzie w takich tragicznych
sytuacjach potrzebują po prostu przytulenia, obecności, poczucia, że nie są
sami. W akcję pomocy ofiarom katastrofy walnie włączyła się młodzież. – Chcę to
bardzo mocno podkreślić: młodzież zachowała się wspaniale – opowiada Anna
Kwiecień.

Gimnazjaliści z trzeciej klasy: Sławek Molenda, Marcin Sobieraj i Krystian
Kania, byli na miejscu tragedii natychmiast. Wiadomość o katastrofie zastała ich
w… miejscowej remizie strażackiej, gdzie uczestniczyli w zebraniu
informacyjnym dla młodzieży zainteresowanej zawodem strażaka. Dzielni
szesnastolatkowie od razu po przybyciu na miejsce tragedii przystąpili do
uwalniania uwięzionych. – Razem ze strażakami wynosiliśmy ludzi z pociągu – mówi
Sławek. Takim osobom najbardziej potrzebne było wsparcie psychiczne. – Z tymi,
których nie dało się wynieść, po prostu rozmawialiśmy – opowiada Krystian.
Chłopcom nikt nie kazał włączać się w pomoc. – Sami chcieliśmy pomagać – mówią
zgodnie gimnazjaliści. – Łatwo nie było, ale nie zwracaliśmy na to uwagi,
myśleliśmy o tym, żeby pomóc – podsumowuje Sławek Molenda.

Agnieszka Żurek, Chałupki

drukuj