Iluzja aneksu 13

Z prof. Karolem Karskim, prawnikiem z Uniwersytetu Warszawskiego,
rozmawia Anna Ambroziak

"Nasz Dziennik" ujawnił ekspertyzę dr. Piotra Kasprzyka, prawnika
specjalizującego się w prawie lotniczym i wypadkach lotniczych, sporządzoną
niecały miesiąc po katastrofie smoleńskiej. Z dokumentu wynika, że istniała
możliwość przejęcia i prowadzenia badania w całości przez stronę polską.

– Ekspert miał rację. W zakresie prawno-międzynarodowym wybrano jednak
rozwiązanie oddające całkowicie badanie przyczyn śmierci polskiego prezydenta i
katastrofy w ręce Rosji i uzależnionego od niej MAK. Zgodnie z porozumieniem z
1993 r. badania takie należało przeprowadzać wspólnie, a końcowy raport i
komunikat powinien być wspólnym stanowiskiem polskim i rosyjskim.

Ekspertyza mówi o powołaniu komisji wspólnej MAK i rosyjskiego
ministerstwa obrony, która miała prowadzić badania techniczne. Czy powołanie
przez władze Rosji własnego organu do technicznego zbadania przyczyn katastrofy
było uchyleniem porozumienia z 1993 roku?

– Porozumienia nie można uchylić jednostronnym działaniem niezgodnym z jego
treścią. W ten sposób można go tylko złamać. Należy jednak pamiętać, że rząd
Donalda Tuska miał wyrazić zgodę na przyjęcie innych reguł badania przyczyn
katastrofy niż te określone porozumieniem z 1993 roku. Pozostaje oczywiście
kwestia ewentualnego braku legalności takiego działania na gruncie polskich
przepisów o trybie zawierania i zmiany treści traktatów, w tym przepisów
konstytucyjnych oraz ustawy o umowach międzynarodowych. Z punktu widzenia prawa
międzynarodowego rząd rosyjski prawa jednak nie naruszył. Stało się tak, gdyż
otrzymał stosowną zgodę od strony polskiej.

Prawnik stawia tezę, że skoro strona polska zaakceptowała powołanie
takiej komisji, to mogłaby być ona "wypełnieniem" porozumienia z 1993 roku.

– Porozumienie z 1993 r. przesądza, że badanie musi być wspólne, to jest
prowadzone przez organ o składzie polsko-rosyjskim lub łącznie przez organ
polski i organ rosyjski. To, że strona rosyjska zdecydowała, iż będzie
prowadzone przez konglomerat instytucji rosyjskich lub działających z delegacji
państwa rosyjskiego (MAK), nie "wypełnia" treści porozumienia. To zrzeczenie się
polskiego uprawnienia na rzecz Rosji. Przecież żadnego z Rosjan badających
przyczyny katastrofy nie "mianowano" Polakiem.

Z ekspertyzy wynika też, że to strona polska zgodziła się na
zastosowanie feralnego załącznika 13. Ale strona rosyjska to zarządziła.

– W tej sprawie wiele rzeczy nastąpiło na życzenie władz Federacji
Rosyjskiej, a rząd Donalda Tuska się na to godził. Ekspertyza pokazuje nam, że
władze polskie od początku miały świadomość, że istnieją jeszcze inne niż
zaproponowane przez Rosjan rozwiązania, które były przy tym dla Polski
korzystniejsze.

Jakie prerogatywy mieliby polscy przedstawiciele wchodzący w skład
wspólnej komisji?

– Postępowanie to byłoby prowadzone wspólnie. Wszystkie decyzje, wszelkie
czynności musiałyby być uzgadniane i razem realizowane. Także raport i komunikat
końcowy, jak już wcześniej powiedziałem, byłyby wspólnym stanowiskiem.

W analizie pojawia się ważny wątek legalności, a właściwie
nielegalności działań Edmunda Klicha, polskiego akredytowanego przy MAK.

– Faktycznie, mamy do czynienia z sytuacją, w której to strona rosyjska
poprosiła Edmunda Klicha o przyjazd do Smoleńska. Uczyniła to jednostronnie, bez
porozumienia z władzami polskimi. Następnie rząd Donalda Tuska zgodził się
mianować polskim przedstawicielem przy MAK osobę wybraną i wskazaną przez
przedstawiciela FR w tej instytucji. To strona polska zaakceptowała wybór
takiego, a nie innego akredytowanego. Można się oczywiście zastanawiać, czy jest
to właściwe działanie, czy tak powinna wyglądać nominacja przedstawiciela
suwerennego państwa, który ma m.in. "patrzeć na ręce" osób badających przyczyny
katastrofy. Zastanówmy się też, czy chcielibyśmy, by w taki właśnie sposób
wybierano np. polskich ambasadorów.

Ekspert twierdzi, że polski akredytowany oraz jego doradcy nie mogą
uczestniczyć w pracach KBWLLP, wprowadza to dwuznaczność ich roli – nie mogą oni
– bez wyraźnej zgody strony rosyjskiej – ujawniać informacji o przebiegu i
wnioskach z prowadzonego badania. Stało się inaczej – w Moskwie pracowało 12
członków komisji Millera, współpracowników akredytowanego.

– Mamy w tej sytuacji do czynienia z potencjalnym konfliktem lojalności,
przed którym postawiono członków KBWLLP. Z jednej strony, jako członkowie
polskiej komisji mieli badać katastrofę, posługując się wszelkimi dostępnymi
informacjami. Z drugiej natomiast, jako doradcy osoby akredytowanej przy MAK nie
mogli przekazywać informacji uzyskanych w związku z pełnieniem tej funkcji
nikomu, w tym KBWLLP. Pytani, czy mieli lub nadal mają z tym jakiś problem,
odpowiadają, że nie. Należy się jednak zastanowić, czy mogą coś innego teraz
powiedzieć. Przyjęli, zapewne w dobrej wierze, funkcje kolidujące z ich statusem
w KWBLLP. Teraz muszą mówić, że nic się nie stało. Niezależność ekspertów z
pewnością powinna być zachowana, ale warto też zaznaczyć, że eksperci ci podczas
prac w Smoleńsku i Moskwie nie byli niezależni, podlegali Edmundowi Klichowi.
Wchodzili również w interakcje z Rosjanami, z MAK, i na tej podstawie wyrabiali
swoje opinie, swoje stanowisko, a nie tylko na podstawie dostępnej dokumentacji
i oględzin dowodów rzeczowych. Potem, już jako członkowie KWBLLP, musieli do
pewnego stopnia odnosić się do swoich wcześniejszych działań. Jeśli z czymś
zgodziliby się w Rosji, to później już nie badaliby obiektywnie takiego wątku.
Nie mieli do tej sprawy już odpowiedniego dystansu. Osoby te występowały w tej
sprawie w dwóch – bynajmniej nieuzupełniających się – rolach. Nie należy przy
tym zapominać, że ci z nich, którzy są wojskowymi, mieli jeszcze trzecią rolę:
byli podwładnymi ministra obrony narodowej Bogdana Klicha.

Autor ekspertyzy podnosi argument, że strona rosyjska mogłaby się nie
zgodzić na przekazanie badania stronie polskiej.

– Owszem, strona rosyjska mogła się na to nie zgodzić. Mogła też zrobić wiele
innych rzeczy, np. złamać prawo międzynarodowe i w ogóle nie badać przyczyn
katastrofy. Jednak badania rozpoczęła. Gdyby mimo polskiego wniosku władze
rosyjskie nie zgodziły się na badanie przyczyn katastrofy zgodnie z
polsko-rosyjskim porozumieniem z 1993 r., tj. wspólnie, to Rosja znalazłaby się
jednak pod sporą presją międzynarodową. Miałoby to miejsce także w przypadku
braku zgody na polski wniosek o przekazanie Polsce prowadzenia całości lub
części postępowania na podstawie załącznika 13 do konwencji chicagowskiej. Nawet
mniej demokratyczne państwa nie pozwoliłyby sobie na pokazanie w takiej sytuacji
międzynarodowej, że mają coś do ukrycia. Wiarygodność Rosji w tej sprawie
spadłaby do zera bezpośrednio po tragicznej śmierci polskiego prezydenta i
towarzyszących mu osób. Nikt by wówczas, niezależnie od tego, co miało wówczas
miejsce w Smoleńsku, nie uwierzył, że był to wypadek. Państwo to nie mogło sobie
na to pozwolić. Jedyną nadzieją dla władz Rosji było to, że polski rząd nie
wystąpi o wspólne badanie lub przekazanie postępowania i sceduje wszystko na
Rosjan. Z perspektywy czasu wydaje się to wręcz nieprawdopodobne. Tak się jednak
stało.

Zalecenia załącznika 13 nie mają charakteru wiążącego – organa
rosyjskie nie są więc naprawdę związane jego postanowieniami, tylko prawem
rosyjskim. Tym ograniczeniom ekspertyza przeciwstawia argument, że z uwagi na
fakt wskazania załącznika 13 jako podstawy prawnej do badania katastrofy przez
władze Federacji Rosyjskiej wszystkie jego postanowienia stają się
obligatoryjne.

– Chciałbym tu zaznaczyć, że Rosja ma specyficzny stosunek do prawa
międzynarodowego. W przeciwieństwie np. do Polski i innych państw, w których
obowiązują rządy prawa, ratyfikowana przez FR umowa międzynarodowa, np.
konwencja chicagowska, nie staje się częścią rosyjskiego prawa wewnętrznego.
Ponadto Władimir Putin odebrał prowadzenie sprawy rosyjskim siłom zbrojnym, a
przekazał je MAK, które jest formalnie instytucją międzypaństwową – organem
branżowym Wspólnoty Niepodległych Państw. Tam, co do zasady, nie obowiązują
przepisy rosyjskie. Jak w praktyce wyglądało wypełnianie załącznika 13 do
konwencji chicagowskiej przez Rosję, widać po tym, że Polska – wbrew jego treści
– nie została dopuszczona do wielu czynności, m.in. do oblotu lotniska w
Smoleńsku.

Ekspertyzę zamówił zaraz po katastrofie płk Edmund Klich, analiza
trafiła do szuflady.

– Widać, że pewne jej elementy były niewygodne. Ekspertyza ta przecież
wskazywała wprost, że mieliśmy do czynienia z lotem państwowym i wojskowym, a
nie cywilnym. Konwencja chicagowska wyklucza zaś w takim przypadku swoje
zastosowanie. Przypomnijmy, że w tamtym czasie specjaliści od propagandy i ich
zleceniodawcy wmawiali nam, iż był to lot cywilny. Niektórzy prawniczy
iluzjoniści sugerowali zaś, że w najgorszej dla rządów Donalda Tuska i Władimira
Putina sytuacji wojskowy Tu-154M z polskim prezydentem na pokładzie wystartował
jako samolot państwowy, ale rozbił się już jako samolot cywilny. W czasie, gdy
powstała ta ekspertyza, z ogromnym natężeniem przekazywano opinii publicznej
rzekomo jedyną możliwą wersję wydarzeń: Rząd Donalda Tuska miał nie mieć dla
wszelkich swoich działań w tym zakresie żadnej alternatywy. Rozważania dr.
Piotra Kasprzyka, który wskazywał, że można było uczynić tak lub inaczej,
zburzyłyby ten propagandowy obraz. Przypomnijmy też, że w przypadku lotu
państwowego to na rosyjskich kontrolerach spoczywał obowiązek wydania wprost
zakazu lądowania. Polscy wojskowi piloci mieli świadomość, że kierują państwowym
statkiem powietrznym. Rosyjscy wojskowi kontrolerzy wiedzieli to samo. Jednak
już po katastrofie postanowiono zmienić reguły gry.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj