BOR sprawdzało oświetlenie pasa na Okęciu
Z mjr. rez. Robertem Terelą, pirotechnikiem, byłym funkcjonariuszem
Biura Ochrony Rządu, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Zna Pan treść wywiadu udzielonego przez gen. Mirosława Gawora, byłego
szefa BOR, w którym posunął się do przeprosin za wypowiedzi Pana i ppłk. rez.
Tomasza Grudzińskiego? Padły one podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu
smoleńskiego.
– Tak. Mam wrażenie, że pan generał w swojej wypowiedzi sam sobie przeczy.
Najpierw mówi jedno, później drugie. To nie jest osoba kompetentna, żeby za mnie
przepraszać. Pan generał nie odniósł się do moich wniosków w żaden merytoryczny
sposób, tylko do tego, że wystąpiłem w Sejmie. Niesmaczne jest stwierdzenie, że
przeprasza za swoje błędy kadrowe. Szkoda, że wcześniej takich wniosków nie
wysnuwał, a tym bardziej w momencie, kiedy mnie awansował na wyższe stopnie
oficerskie za określone sytuacje. Ja bardzo krótko byłem podporucznikiem, w 1998
roku za działania w jednym z miejsc czasowego pobytu, związane z osobą pani
prezydentowej, dostałem wcześniejszy awans. Jego wypowiedzi nie traktuję jednak
poważnie. Co innego, gdyby padła ona z ust płk. Andrzeja Pawlikowskiego czy
innych osób, które cenię.
Gawor twierdzi, że BOR nie stać na dobrą ochronę.
– Dziwią mnie oświadczenia pana Gawora, jakoby BOR nie było stać na ochronę
albo że środki finansowe Biura są niskie. Skąd pan gen. Gawor ma w tej chwili
takie informacje o kłopotach finansowych BOR? Takie oświadczenie brzmi jak słowa
szefa BOR, który byłby w służbie. Na jakiej podstawie informuje społeczeństwo,
że gdyby była większa ochrona, lepsze siły i środki, to budżet BOR skończyłby
się w maju? To jest bardzo poważny zarzut, przede wszystkim świadczy o jakichś
wyciekach tych informacji. Niedorzecznością jest twierdzenie, że finanse BOR są
zagrożone z powodu aktywności działań ochronnych.
Nie dziwi Pana aktywność gen. Gawora w odsuwaniu podejrzeń od
obecnego kierownictwa tej formacji?
– Odnoszę wrażenie, że pan gen. Gawor stał się rzecznikiem politycznym BOR.
Po tej wypowiedzi, w której pan generał dał upust swoim emocjom, wydaje mi się,
że ktoś z szefostwa BOR poprosił go o interwencję. Wydaje mi się, że w czasie
gdy zabierałem głos na posiedzeniu zespołu parlamentarnego, badającego przyczyny
katastrofy smoleńskiej, unikałem oskarżania funkcjonariuszy. Nie przypominam
sobie, żebym kogokolwiek oskarżał. Z pewnością nie zarzucałem niczego również
panu gen. Marianowi Janickiemu ani panu gen. Pawłowi Bielawnemu. Zwróciłem za to
uwagę, że powinno się zbadać kwestię, czy funkcjonariusze BOR mają instrumenty
do wykonywania swoich ustawowych zadań.
Powiedział Pan, że Gawor zaprzeczał sam sobie.
– Najpierw stwierdził, że winien być nadzór ze strony BOR nad działaniami
ochronnymi gospodarza, co jest prawdą. Jeśli te działania miały miejsce, BOR
powinno je nadzorować, a gospodarze powinni nam ten nadzór ułatwić. Tak jednak
nie było 10 kwietnia 2010 roku, a generał twierdzi, że nie ma przesłanek, by BOR
coś mogło zaniedbać. Istotną sprawą jest to, że gdyby oficerowie BOR byli w
Smoleńsku, mogliby zadziałać, chociażby z tego względu, że nie było kolumny dla
pana prezydenta. Brak funkcjonariuszy na Siewiernym to w jakimś stopniu też
"zasługa" ambasadora, który również powinien koordynować działania ochronne,
jest bowiem odpowiedzialny za działania BOR z Federalną Służbą Ochrony.
W Sejmie podkreślał Pan, że BOR sprawdza wszystko, począwszy od
samolotu po termosy cateringu. Gawor twierdzi z kolei, że BOR nie ma ani
uprawnień, ani wiedzy fachowej na temat jakości i sprawności urządzeń na
lotnisku.
– Przepraszam, co ma fachowa wiedza do funkcjonowania urządzeń?! W takim
razie niech pan generał odpowie, dlaczego my sprawdzamy oświetlenie pasa na
Okęciu? Sprawdzamy tam wszystko, a przecież na Okęciu jest to dobrze
zorganizowane. Dlaczego więc mielibyśmy w Smoleńsku odpuścić nadzór nad
działaniami służb? Tym bardziej że to lotnisko wojskowe praktycznie nie działa.
To jest jakaś niedorzeczność. Nie wiem, czy pan generał zdaje sobie sprawę z
tego, co mówi. Jak najbardziej za wszystkie procedury, przyjęcie wizyty i jej
organizację odpowiada gospodarz, czyli w tym wypadku Federalna Służba Ochrony,
co – powtarzam – nie wyklucza istnienia służby ochronnej i nadzoru ze strony
grupy przygotowawczej. Mamy prawo wiedzieć, czy gospodarze wywiązują się z
wcześniejszych ustaleń. Pan gen. Gawor powiedział, że nie dziwi się, że Rosjanie
nie wpuścili funkcjonariuszy BOR na lotnisko wojskowe. Czy w takim razie pan
generał wyobraża sobie, że ochrona osobista to jakaś inna część BOR?
Gawor powiedział również, że gdyby w BOR były procedury przy tego
typu wylotach, to do tej tragedii by nie doszło. Przez lata brakowało procedur
dotyczących lotów z VIP-ami?
– Są instrukcje działań ochronnych, instrukcje działań grupy pirotechnicznej,
są obowiązki funkcjonariuszy i inne instrukcje, o których nie można się
wypowiadać, procedury jako takie miały wejść w 2007 roku. Był problem z
niektórymi przełożonymi, żeby pewne procedury przepchnąć. Sam zaproponowałem
określone procedury ówczesnemu szefowi BOR płk. Andrzejowi Pawlikowskiemu,
rozmawialiśmy na ten temat. Zaakceptował wiele procedur, tych obowiązujących w
pirotechnice. Był pomysł stworzenia dodatkowej grupy ratunkowej w BOR. Było więc
wiele takich elementów, które miały wejść. One przepadły wraz z przyjściem gen.
Janickiego w 2008 roku. Do kogo więc dziś pan gen. Gawor ma żal, za kogo on
przeprasza? Wystarczy zapytać, jakie pan Janicki wprowadził procedury po Gruzji?
Nie znam dokumentów, w których byłyby uwzględnione procedury awaryjne na wypadek
incydentu. Są po prostu wypracowane pewne działania niepisane, które nakładają
na nas określone działania.
Dziękuję za rozmowę.
