Prezydentura za wizerunek
Wszystko wskazuje na to, że nowym prezydentem Niemiec zostanie Joachim
Gauck, pierwszy szef Instytutu ds. Akt Stasi, zwanego od jego nazwiska
Instytutem Gaucka. Nasi zachodni sąsiedzi zniesmaczeni skandalem korupcyjnym, z
powodu którego odchodzi dotychczasowy szef państwa Christian Wulff, chcą szybko
zatrzeć złe wrażenie, stawiając jednak przede wszystkim na… wizerunek Gaucka,
jako tego, który rozprawił się z postkomunistyczną przeszłością NRD i jest
odbierany jako uczciwy, odważny opozycjonista. Czy to wystarczy, by rządził
dłużej niż jego poprzednik?
Wybór 72-letniego opozycjonisty wywodzącego się z byłej NRD na stanowisko
prezydenta, co formalnie ma się dokonać najprawdopodobniej 18 marca, jest niemal
przesądzony. Popierają go właściwie wszystkie największe niemieckie partie. To
rzadki przypadek tłumaczony głównie chęcią przykrycia atmosfery skandalu, w
jakiej ustępuje ze stanowiska dotychczasowy szef państwa Christian Wulff. W
ostatni piątek podał się on do dymisji po zaledwie 20 miesiącach urzędowania,
gdy prokuratura w Hanowerze wystąpiła o uchylenie mu immunitetu z powodu
podejrzeń o przyjmowanie przez niego korzyści majątkowych w czasie, gdy był
premierem niemieckiego landu Dolna Saksonia.
Stefan Meetschen, niemiecki dziennikarz i pisarz mieszkający w Polsce,
ironizuje, że Niemcy, a zwłaszcza niemieckie media, po aferze wokół Wulffa
szukają obecnie "zbawcy" tamtejszej polityki, to znaczy prezydenta, który… nie
popełnił żadnego błędu. Publicysta podkreśla, że te wygórowane oczekiwania
przerastają właściwie każdego polityka, a zwłaszcza Gaucka. Doktor Meetschen
twardo demitologizuje postać byłego pastora. – Po pierwsze, jest w separacji ze
swoją żoną i żyje w związku z młodszą od siebie o ponad 20 lat dziennikarką. –
Dla Niemców to może być zaskoczenie, że "pierwsza dama" nie jest pierwsza –
dodaje z sarkazmem.
Publicysta zaznacza, że duża część Niemców sprzeciwia się też mitologizowaniu
jego roli w rozliczaniu komunistycznej przeszłości. – Jest też krytykowany m.in.
za to, że był "zbyt miękki", że nie doprowadził do odsunięcia współpracowników
komunistycznych służb od sprawowania władzy.
Doktor Meetschen wytyka też Gauckowi, że ma niesprecyzowane poglądy w bardzo
ważnych dla Niemców sferach gospodarki i polityki. – Sam określił się jako
"lewicowy liberalny konserwatysta" – podkreśla.
Publicysta przytacza także kolejne zarzuty kierowane jednak już głównie przez
środowiska związane z Partią Zielonych, która zaledwie 2 lata temu proponowała
jego kandydaturę w wyborach prezydenckich, a dziś krytykuje Gaucka. Dlaczego?
Ponieważ w jednym z wywiadów, w którym odniósł się do głośnej w RFN książki dr.
Tilo Sarrazina, stwierdził, że jest on odważną osobą. Ten niemiecki ekonomista
obarczył w swojej publikacji imigrantów z państw islamskich winą za wywoływanie
problemów ekonomicznych i społecznych w RFN. Za głoszenie tych niepoprawnych
politycznie poglądów musiał ustąpić z funkcji członka zarządu niemieckiego banku
centralnego. Zaś Gauck za swoją opinię stracił częściowo poparcie lewicy.
Profesor Zdzisław Krasnodębski, socjolog i politolog, wykładowca na
Uniwersytecie w Bremie, zwraca uwagę, że ta postawa może jednak przysporzyć
Gauckowi zwolenników w innych środowiskach. Bowiem niemiecka opinia publiczna
staje się, w przeciwieństwie do klasy politycznej, coraz mniej poprawna
politycznie i coraz głośniej mówi o kosztach ponoszonych przez państwo na
zasiłki socjalne dla rodzin imigrantów z krajów islamskich, którzy nie mają
najmniejszego zamiaru integrować się z niemieckim społeczeństwem.
Profesor Krasnodębski zaznacza też, że jednym z powodów popularności Gaucka w
RFN może być także jego stosunek do niemieckiej przeszłości, odróżniający go od
wielu niemieckich polityków. – Joachim Gauck symbolizowałby postawę, którą można
streścić w następujący sposób: nie wstydzić się bycia Niemcem – mówi prof.
Krasnodębski. Dodaje, że nie oznacza to akceptacji nazistowskiej przeszłości.
Ale zaznacza, że pewny kandydat na prezydenta wykazuje się także "zrozumieniem"
dla środowisk niemieckich przesiedleńców i pomysłów upamiętniania ich historii.
Mimo to prof. Zdzisław Krasnodębski twierdzi, że nie powinno to oznaczać dla nas
kłopotów. Dlaczego? – Gauck, podobnie jak inni opozycjoniści z czasów komunizmu
lepiej znają Polskę niż politycy zachodnioniemieccy. Może to być więc szansa, by
polski dialog z Niemcami stał się bardziej autentyczny. Dziś bowiem nastąpiła
totalna kapitulacja, bo obecnie rządzący Polską nie mają Niemcom nic ciekawego
do powiedzenia, prócz skwapliwego potakiwania – tłumaczy prof. Krasnodębski.
Podobną opinię i ostrożne nadzieje wyrażają także inni mieszkający za Odrą
Polacy. – Liczę na jego otwartość. Mam nadzieję, że ten prezydent będzie
rozmawiał ze wszystkimi przedstawicielami życia publicznego w Polsce, także z
opozycją, a nie tylko z ekipą rządzącą, i nie będą to rozmowy "koncesjonowane",
ograniczane tylko do niektórych tematów – wskazuje mecenas Stefan Hambura,
prowadzący kancelarię prawną w Berlinie, wspierający m.in. zabiegi Polaków
poszkodowanych przez III Rzeszę o uzyskanie zadośćuczynienia ze strony obecnych
władz RFN.
Także prof. Piotr Małoszewski, były szef Konwentu Organizacji Polskich w
Niemczech, ma nadzieję, że Gauck będzie lepiej rozumiał sytuację Polski i
Polaków, także tych mieszkających w Niemczech, niż jego poprzednik.
Czy w takim razie niejednoznaczny, niemający politycznego doświadczenia ani
zaplecza, ani też realnej władzy w niemieckim, kanclerskim systemie Joachim
Gauck przyniesie zmiany wizerunku Niemiec, zwłaszcza w oczach Polaków? Stefan
Meetschen zauważa, że politycy często kończą urząd z całkiem innym wizerunkiem,
niż go obejmują. Także dlatego Polacy mieszkający w Niemczech uważają, że warto
dać szansę byłemu opozycjoniście z czasów komunistycznych. Jego sprawdzianem
będą konkretne rozmowy z Polakami po obu stronach Odry, a przede wszystkim ich
wymierne efekty…
Mariusz Bober
