Wiata nad wrakiem
Po 21 miesiącach od katastrofy szczątki samolotu są przynajmniej częściowo
chronione od wiatru i opadów. Profesjonalne zabezpieczenie tego, co zostało z
tupolewa, od dawna było postulatem strony polskiej. Wygląda jednak na to, że
wrak długo jeszcze pozostanie na placu na terenie lotniska wojskowego w
Smoleńsku.
Na początku października 2010 roku, przed wizytą grupy rodzin ofiar w
towarzystwie Anny Komorowskiej, Rosjanie ogrodzili wrak blaszanym płotem i
przykryli brezentem. To zabezpieczenie było niewiele warte. Płot żadnej istotnej
roli nie spełniał, ponieważ plac i tak znajduje się na zamkniętym terenie
wojskowym, a plandekę wkrótce zniszczyły wiatr i mrozy. Po kilku miesiącach
otoczenie przedstawiało widok jeszcze bardziej żałosny, niż gdyby przykrycia w
ogóle nie było. Resztki mokrego materiału walały się wokół i zwisały z części
kadłuba. Przed pracami grupy biegłych na zlecenie polskiej prokuratury brezent
ponownie rozciągnięto i trochę naprawiono. Oczywiście kolejna zima, deszcze i
śnieg nie dały za wygraną.
Wrak stanowi dowód rzeczowy w podjętym przez Komitet Śledczy Federacji
Rosyjskiej śledztwie w sprawie katastrofy i podobno Rosjanie prowadzą na nim
wciąż jakieś badania. A przynajmniej jest to oficjalny powód przetrzymywania
należącej do Polski maszyny. Oczywiście niszczejące części stanowią coraz mniej
wartościowy materiał dowodowy. Stronie rosyjskiej to nie przeszkadza, ponieważ
biegli Komitetu nie mają żadnego czasu na przygotowanie ekspertyzy, nikt w
Moskwie ani Smoleńsku nie jest w stanie podać daty zwrotu tupolewa.
Wiata nad wrakiem to prosta konstrukcja z desek. Ściany i dach pokryto
ceratą, która zdążyła już w kilku miejscach popękać. To nowe przykrycie nie
chroni oczywiście przed zimnem i wilgocią. Co więcej, drzwi w wiacie co chwilę
zamykają się i znowu otwierają. Niestety, to nie rosyjski ekspert pracuje przy
wraku, tylko wiatr targa drzwiami i hula po wnętrzu wiaty, nanosząc do środka
tony śniegu.
Jak zapewnia rzecznik gubernatora obwodu smoleńskiego Andriej Jewsiejenkow,
koszty budowy konstrukcji pokryły po części budżet federalny i obwodowy.
Urzędnik przyznaje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem", że zainteresowanie
miejscem katastrofy i wrakiem nie ustaje. Administracja oczekuje też na decyzje
z Moskwy i Warszawy dotyczące zagospodarowania terenu przy lotnisku. Zaraz po 10
kwietnia 2010 roku pojawił się tam krzyż i pamiątkowy obelisk, wkrótce grupa
rodzin ofiar umieściła na nim tablicę informacyjną. Kwiaty i znicze płoną też
przy jednym z drzew, w którym utknął niewielki kawałek samolotu. Miejscowe
władze w kwietniu 2011 roku zamieniły po kryjomu tablicę na własną – nie
wspominającą o Katyniu jako celu tragicznie zakończonej wizyty polskiej
delegacji. Wtedy prezydenci Bronisław Komorowski i Dmitrij Miedwiediew ogłosili
konkurs na pomnik i zagospodarowanie miejsca katastrofy. Zanim ministerstwa
kultury Polski i Rosji porozumiały się w tej sprawie, minęło trochę czasu.
Dopiero 16 stycznia upłynął termin nadsyłania prac, a 30 marca komisja złożona z
polskich i rosyjskich artystów (należy do niej także Ewa Komorowska, wdowa po
poległym w Smoleńsku wiceministrze obrony narodowej) ogłosi zwycięzcę. Całość
założenia memorialnego ma objąć obszar o powierzchni około 400 metrów
kwadratowych. Wysokość pomnika nie powinna przekraczać 5 metrów. Ma być wykonany
w trwałym, dobrym jakościowo materiale, a koncepcja zagospodarowania terenu
wokół pomnika "winna harmonijnie nawiązywać do otoczenia". Całkowity koszt
realizacji pomysłu nie może przekroczyć miliona euro.
Tymczasem smoleńska policja zaprzestała stałego patrolowania miejsca
katastrofy. Do niedawna o każdej porze dnia i nocy można było zastać tam
zaparkowany samochód i funkcjonariusza przynajmniej teoretycznie pilnującego
terenu. Dla wygody doprowadzono do tego miejsca prąd. Teraz samochodu nie ma,
chociaż ślady na śniegu wskazują, że od czasu do czasu służby porządkowe tu
zaglądają. Na skrzynce doprowadzającej zasilanie pozostała tabliczka Komitetu
Śledczego sprzed roku, informująca, że teren został zamknięty i ogrodzony w
związku z "czynnościami dochodzeniowymi". Teren poza wybetonowaną drogą
dojazdową "do kamienia" jest rzeczywiście ogrodzony drucianą siatką. Niestety,
nikt tu nie prowadzi żadnych czynności. Z jednym wyjątkiem. Śledczy pojawili się
tu w grudniu. Byli razem z polskimi prokuratorami i biegłymi.
Piotr Falkowski
Smoleńsk
