Linia obrony szefa BOR
Z mjr. rez. Robertem Terelą, byłym funkcjonariuszem BOR, rozmawia
Piotr Czartoryski-Sziler
Po publikacji wniosków w sprawie błędów Biura Ochrony Rządu przy
zabezpieczaniu wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu minister Cichocki
próbował podważyć kompetencje biegłych.
– Wnioski ekspertów w sprawie odpowiedzialności BOR za zabezpieczenie wizyty
prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu 10 kwietnia 2010 r. znam tylko z
przekazów medialnych. Treści oryginalnej ekspertyzy nie znam. Ale gdybym nawet
znał, nie próbowałbym się wypowiadać na jej temat. Uważam, że w tej kwestii
jakiekolwiek komentarze nie są wskazane. Podważanie kompetencji biegłych poprzez
osoby spoza prokuratury i wymiaru sprawiedliwości uważam za przejaw próby
nacisku na prokuraturę za pośrednictwem mediów i opinii społecznej. Jest to
zachowanie wielce niestosowne i działające na szkodę zarówno postępowania, jak i
stron biorących w nim udział. Co do kompetencji pana ppłk. Jarosława
Kaczyńskiego, to pomimo braku jakiejkolwiek sympatii do jego osoby w czasie
służby nie miałem nigdy zastrzeżeń w kwestiach służbowych.
Szef BOR gen. Marian Janicki uznał, że opinia biegłych jest krzywdząca.
Wtóruje mu prezydent, określając pracę biegłych mianem "hasania".
– Nie mam pojęcia, w jakiej roli obecnie występuje w postępowaniu prokuratorskim
pan gen. Marian Janicki i jaką posiada wiedzę co do materiałów dowodowych, więc
nie na miejscu byłoby komentowanie w chwili obecnej stanowiska pana generała.
Oczywiście pan gen. Janicki ma prawo do obrony swojej osoby i obowiązek obrony
wizerunku formacji. W jaki sposób to zrobi i jak skutecznie – czas pokaże.
Jeżeli pan generał nie dopełnił jakichkolwiek obowiązków, to powinno to znaleźć
odzwierciedlenie w działaniach prokuratury. Dotyczy to również innych osób
zaangażowanych w tę operację.
Szef BOR próbuje obarczać odpowiedzialnością płk. Jarosława Florczaka,
który zginął na Siewiernym.
– Zakres odpowiedzialności płk. Florczaka powinien wynikać z dokumentacji. Szef
BOR powinien w tym wypadku swoje wypowiedzi opierać na wnioskach pozyskanych z
materiału dowodowego, m.in. z postępowania wyjaśniającego, które winno być
przeprowadzone w BOR. Dalsze rozwijanie tego wątku w chwili obecnej nie jest na
miejscu. Poczekajmy na rezultaty pracy prokuratorów. Osobiście płk. Florczaka
wspominam pozytywnie.
Podczas wizyty Lecha Kaczyńskiego na Węgrzech w 2006 r., a więc za
czasów ppłk. Kaczyńskiego, BOR podobno zignorowało sygnał o zagrożeniu.
– 24 marca 2006 r. śp. prezydent RP Lech Kaczyński złożył wizytę oficjalną na
Węgrzech. Jeżeli funkcjonowała informacja o demonstracjach, to organizator,
czyli strona węgierska, musiał wstępnie zadeklarować możliwość zabezpieczenia
demonstracji swoimi środkami i służbami parapolicyjnymi. Również w zakresie
działań pirotechnicznych. W związku z ówczesną instrukcją działań ochronnych
odpowiedzialność spoczywa również na decydentach poszczególnych komórek
organizacyjnych BOR, w tym oddziału pirotechnicznego. Co do obecności
pirotechnika i innych wskazywanych przez funkcjonariuszy uchybień powstaje
pytanie: w takim razie gdzie byli i co zrobili ci funkcjonariusze, którzy byli
świadkami tych zaniechań i nieprawidłowości? Czy sporządzili na taką okoliczność
notatki służbowe? Czy ówczesny szef BOR płk Damian Jakubowski został
poinformowany o takim fakcie? Cóż, wydaje się, że jeśli wniosek, w zasadzie
doniesienie, zostanie złożony do prokuratury, to prokuratura będzie musiała go
rozpoznać. Ale nie spodziewałbym się sensacji co do rozstrzygnięć prokuratury,
chyba że medialnych.
Był Pan świadkiem tych zdarzeń?
– Z mojej wiedzy i z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że zabezpieczenia
pirotechniczno-radiologiczne zagranicznych wizyt osób ochranianych przyjmowały
prawidłowy obrót dzięki panu ppłk. Jarosławowi Kaczyńskiemu. To on był
inicjatorem potrzeby obowiązkowego udziału pirotechników na zabezpieczeniach
zagranicznych. Taki stan rzeczy zaczął funkcjonować, gdy ppłk Kaczyński został
szefem oddziału pirotechnicznego. Oczywiście również gdy pełnił obowiązki
zastępcy szefa BOR, pirotechnicy funkcjonowali "w normalnych ramach".
Wcześniejsze wyloty pirotechników i te od 2008 r. miały charakter nagrody i na
zasadzie – jak będzie wolne miejsce. Chodzi o fakt, że wyloty były dobrym
uzupełnieniem do uposażenia żołnierzy BOR i od 2001 r. funkcjonariuszy BOR,
poprzez wypłacane diety. Po wylocie ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim 16
czerwca 2007 r. na spotkanie z kanclerz Angelą Merkel w podberlińskim zamku
Meseberg nie odebrałem swojej diety do dziś, ponieważ zostałem wysłany przez
szefa wydziału "w nagrodę". Nie wykluczałem poinformowania szefa BOR o takim
podejściu do zabezpieczenia przez szefa wydziału pirotechnicznego.
Według relacji funkcjonariuszy BOR, jakie pojawiają się w mediach, w
2006 r. w trakcie rekonesansu na Węgrzech nie zbadano lotniska, nie przekazano
także Węgrom grupy krwi żony prezydenta i nie wyznaczono zadań dla pirotechnika.
To prawda?
– W 2006 r. BOR przechodziło dosyć drastyczne zmiany kadrowe, co było efektem
wprowadzenia rozporządzenia Pf-02 szefa MSWiA Ludwika Dorna. Z pewnością
niektóre zmiany mogły negatywnie wpłynąć na przepływ informacji i wykonywanie
działań BOR. Ale postrach w BOR siała postać jego szefa, nie zastępcy. Ponadto
zadania pirotechnika, jeśli brałby udział w zabezpieczeniu, wyznaczał szef
komórki organizacyjnej, czyli oddziału pirotechnicznego. Czy strona węgierska
zabezpieczyła wizytę, w tym lotnisko? To trzeba by sprawdzić w dokumentacji.
Wśród zarzutów przeciwko ppłk. Kaczyńskiemu podnoszony jest również ten,
że prezydenci lecieli do krajów objętych działaniami wojennymi.
– Tak było również przed ppłk. Kaczyńskim i po nim, i z pewnością nadal tak
będzie. Pozostaje tylko wyciągnięcie wniosków z dotychczasowych bolesnych
doświadczeń.
Dziękuję za rozmowę.
