Pakt czy pat fiskalny?

Zakończony właśnie szczyt Unii Europejskiej został ogłoszony przez rządowe
media, po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy, jako sukces umożliwiający
wyjście Unii ze ślepej uliczki, w której znalazła się w czasie kryzysu
finansowego. Nie wystarczył zatem ponoć rewelacyjny traktat z Lizbony ani
szumnie reklamowany tzw. sześciopak, nie wystarczyły także kolejne szczyty, po
których Grecja miała już być uratowana.

Zamiast tego niczym z kapelusza iluzjonisty wyjmuje się kolejny pomysł na
zbawienie UE o nazwie "pakt fiskalny". W istocie oznacza on dalszy podział Unii
Europejskiej na strefy wpływów. Teraz będziemy już mieć aż trzy rodzaje szczytów
europejskich: zwykły szczyt UE odbywający się po dwa razy na każdą prezydencję,
ze wszystkimi 27 członkami UE; szczyt krajów paktu fiskalnego, a więc bez
Wielkiej Brytanii i Czech, które odmówiły podpisania paktu fiskalnego; szczyt
eurozony, tzn. krajów, które powołały nieroztropnie kiedyś wspólną walutę wbrew
prawom powszechnego planowania budżetowego. Członkowie paktu fiskalnego niekiedy
będą mogli posłuchać, na specjalne zaproszenie, o czym radzą kraje eurostrefy i
przynajmniej raz na rok być doproszeni, bez prawa głosowania oczywiście, na
posiedzenie eurozony. Tak więc mamy UE-27, UE-25 i UE-17. Dodatkowo
pozatraktatowe spotkania osi Paryż – Berlin, gdzie zapadają najważniejsze
decyzje dotyczące całej Unii Europejskiej. Ta nieformalna grupa UE-2, a więc
odbywające się już w sposób jak najbardziej oficjalny spotkania kanclerza
Niemiec i prezydenta Francji, to niejako jądro decyzyjne Unii.

Oddzielnym problemem pozostaje jeszcze kwestia ratyfikacji traktatu
fiskalnego. Francja zapowiedziała, że wystarczy jedynie12 krajów eurozony, aby
uznać całą strefę euro za popierającą pakt (a więc UE-12 w ramach UE-17). Istotą
paktu fiskalnego będzie możliwość nakładania kar na państwa odchodzące od
dyscypliny budżetowej.

Nad wszystkim czuwa oś Berlin – Paryż

Stare polskie przysłowie dobrze wyjaśnia ten stan: w mętnej wodzie najlepiej
łowi się ryby. System finansowy i decyzyjny UE został rozmyty przez traktat
lizboński, będzie dodatkowo rozmyty przez pakt fiskalny. W tej sytuacji
najważniejsze decyzje będą podejmowane na nieformalnym szczycie UE-2 (Paryż –
Berlin). Po takim spotkaniu decyzje będą komunikowane przywódcom krajów eurozony
UE-17, gdzie nikt nie zbuduje koalicji przeciwko Berlinowi i Paryżowi. Następnie
doproszone kraje spoza strefy euro w ramach paktu fiskalnego UE-25 będą
wysłuchiwały, co w sprawach finansów i budżetu, a więc najważniejszych
politycznie, zdecydowano na szczycie UE. Na samym końcu o decyzjach podjętych w
tym trybie dowie się cała UE-27 i będzie można ogłosić kolejny kompromis oraz
sukces szczytu UE. Dodajmy do tego fakt, że instytucje unijne planujące i
wykonujące codziennie najważniejsze decyzje dotyczące wprowadzania prawa
unijnego w życie są w ogromnym stopniu obsadzone przez biurokratów niemieckich i
francuskich. Nie można mieć już wątpliwości, kto najlepiej potrafi zadbać o
swoje interesy.

W takiej sytuacji bardzo rozsądne wydaje się stanowisko Wielkiej Brytanii i
Republiki Czeskiej, które zdecydowały się pozostać poza paktem fiskalnym. Należy
zwrócić uwagę na fakt, że funt brytyjski i korona czeska mają bardzo wysokie
notowania na rynkach międzynarodowych, czego, niestety, nie można powiedzieć w
ostatnich latach o polskiej złotówce. Jedno z praw finansowych odkrytych przez
naszego rodaka Mikołaja Kopernika, który oprócz astronomii zajmował się również
ekonomią, mówiło, że pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy. Można więc
zrozumieć, że Brytyjczycy i Czesi bronią swojej lepszej waluty, aby nie popsuła
się zbytnio w kontaktach z euro. Polski rząd, zamiast podążyć śladami czeskich i
brytyjskich polityków oraz według zasady naszego wielkiego astronoma z Torunia,
okazał się niezdolny do tak dalekiej niezależności politycznej. Ostatecznie
kilka tygodni temu sami prosiliśmy Niemcy o przywództwo w UE. Można więc
powiedzieć, że mamy to, czego chcieliśmy. Gdyby bowiem wniknąć w istotę
stosunków niemiecko-francuskich, to okazałoby się, że w tym duecie zdecydowaną
przewagę mają Niemcy. Najważniejsze europejskie decyzje finansowe podejmowane są
w Berlinie. Europejski Bank Centralny znajduje się we Frankfurcie nad Renem.

Polska na peryferiach politycznych UE

Przy okazji negocjowania paktu fiskalnego wyszła na jaw zupełna bezradność
polskiej dyplomacji. Nie potrafiliśmy zbudować żadnego bloku państw domagających
się wspólnych posiedzeń sygnatariuszy paktu fiskalnego jako jedynego gremium
podejmującego decyzje budżetowe i fiskalne UE-25. Podnosząc wysoko poprzeczkę
negocjacyjną, w imię uświęconej ponoć zasady jedności europejskiej, poprzez
groźbę wyjścia całej grupy państw z paktu fiskalnego, gdyby nie udało się
utworzyć porozumienia budżetowego w ramach prawa unijnego, uzyskalibyśmy mocną
pozycję negocjacyjną. Takie stanowisko na pewno poparłyby Wielka Brytania oraz
Czechy. Świadczy o tym obecny stan negocjacji. Do koalicji Wielka Brytania,
Czechy, Polska dołączyłyby inne państwa. Taka jest logika negocjacji w ramach UE.
Zamiast tego mamy dyktat fiskalny Berlina, pogorszenie relacji dyplomatycznych z
potencjalnymi sojusznikami. Po raz kolejny potwierdziła się słaba kondycja
międzynarodowa Polski. Jeszcze parę lat temu rząd Silvio Berlusconiego zapraszał
Polskę do utworzenia grupy największych sześciu państw UE jako przeciwwagi dla
osi Paryż – Berlin. Rok temu rząd Viktora Orbána zapraszał polski rząd do
zacieśnionej współpracy politycznej. Zamiast tych różnych opcji politycznych
trzymamy się sojuszu z Berlinem, z którego nie ma żadnych – ani politycznych,
ani gospodarczych – korzyści dla Polski. W istocie nie jest to sojusz, ale
uznanie peryferyjnej roli naszego kraju.

Zmarnowana prezydencja

Ostatni szczyt ukazał także, w jak dużym stopniu zmarnowaliśmy polską
prezydencję w UE. Mogliśmy przecież wypracować ogólne ramy porozumienia
politycznego uwzględniające interesy wszystkich członków UE. Tak wiele mówi się
w oficjalnych mediach, że polski rząd jest proeuropejski. W istocie przecież
nasza prezydencja zapoczątkowała procesy prowadzące do pozatraktatowego, czyli
pozaunijnego porozumienia, z którego narodził się pakt fiskalny. Unia Europejska
dzisiaj funkcjonuje na kilku poziomach decyzyjnych w oparciu o kilka porozumień.
Za ten bałagan ogromną odpowiedzialność ponosi kraj, który nie skorzystał z
prezydencji i swojego potencjału politycznego, aby zadbać o jedność Unii. Do
rangi symbolu urasta spotkanie polskiego premiera z niemieckim przewodniczącym
Parlamentu Europejskiego Martinem Schultzem tuż przed szczytem, na którym Donald
Tusk prosił go o poparcie. Przecież jeszcze miesiąc temu szefem Parlamentu
Europejskiego był kolega partyjny z PO. Mając ten atut i dodatkowo przewodnicząc
pracom UE, daliśmy sprowadzić się po raz kolejny do roli podwykonawcy projektów
politycznych tworzonych w Berlinie i Paryżu. Odwołując się do porównania: czy
Polska jest dzisiaj tylko przystawką w spisie dań UE, czy też aspiruje do
konsumowania jej dobrodziejstw, należy powiedzieć, że najwidoczniej zadawala nas
rola przyglądającego się, jak inni korzystają z dóbr UE. Euforyczna radość
polskich dyplomatów i polityków Platformy – np. Hanny Gronkiewicz-Waltz – na
koniec szczytu fiskalnego z tego, że Francja zgodziła się, abyśmy niekiedy
przyglądali się obradom eurostrefy, stawia nas raczej w niechlubnej roli kelnera
polityki unijnej. Szefem kuchni unijnej i głównym konsumentem jej potraw,
niestety, nie jest Polska.

Dariusz Sobków

 

***

Jest pakt, będą
strajki


Nasz Dziennik, 2012-02-01

Szefowie dwudziestu pięciu państw europejskich, w tym Polski i
siedmiu innych krajów spoza strefy euro, zgodzili się podpisać międzyrządową
umowę pod egidą Niemiec, tzw. pakt fiskalny. Podpisania paktu odmówił nasz
południowy sąsiad – Czechy, a także nie podpisała go Wielka Brytania. Tuż po
zamknięciu unijnego szczytu w sprawie paktu Grecja ogłosiła, że zadeklarowana
dotychczas dla niej pomoc oraz redukcja długu przez banki może nie wystarczyć do
wyprowadzenia z kryzysu zadłużenia.

Państwa porozumiały się na szczycie w sprawie wzmocnienia w eurostrefie
dyscypliny fiskalnej. W kwestii zaszłości, a więc istniejących już w bilansach
krajów euro gigantycznych zadłużeń, nie zrobiły jednak ani kroku naprzód.
Dlatego tuż po zamknięciu szczytu, we wtorek nad ranem, premier Grecji Lukas
Papademos zdecydował się ogłosić, że wart 130 mld euro drugi pakiet ratunkowy
dla tego kraju wraz z redukcją jej 350-miliardowego długu o 100 mld euro przez
banki to za mało, aby wyciągnąć Ateny z kryzysu zadłużenia. Ta wiadomość
zelektryzowała rynki, zwłaszcza że owych 130 mld euro i redukcji zadłużenia
Grecja jeszcze nie uzyskała. Na razie otrzymała 73 mld pomocy z pierwszego
pakietu ratunkowego, który opiewa na 110 mld euro. Po enuncjacjach premiera
Papademosa pod znakiem zapytania stoi sens przyznawania Grecji kolejnej transzy
pomocy, skoro i tak nie zapobiegnie to niewypłacalności kraju. Podobnie banki
będą jeszcze mniej skore do dobrowolnej redukcji zadłużenia Grecji, przy której
nie mogą powetować sobie strat za pomocą instrumentów ubezpieczających – CDS-ów.
Rynki mogą więc teraz wzmocnić presję na niekontrolowane bankructwo tego
państwa, co dla pozostałych krajów euro oznacza gigantyczne wydatki na ratowanie
sektora bankowego oraz wzrost kosztów obsługi długu. Dla społeczeństw krajów
będących sygnatariuszami paktu fiskalnego to zdecydowanie zła wiadomość: będą
spłacać długi kosztem poziomu życia społecznego i rozwoju gospodarczego.

Cięcia i kary

Pakt zobowiązuje sygnatariuszy do wprowadzenia do prawa narodowego nowej
reguły wydatkowej, która nakazuje utrzymywać deficyt strukturalny w granicach
0,5 proc. PKB pod rygorem wysokich kar finansowych – do 0,1 proc. PKB – za jego
przekroczenie. Oznacza to, że państwa sygnatariusze będą musiały ciąć wydatki na
sprawy społeczne i inwestycje rozwojowe. Kary będzie nakładał Europejski
Trybunał Sprawiedliwości, do którego państwa będą składać skargi na siebie
nawzajem. W przyjętej wersji paktu zrezygnowano natomiast z karania za nadmierne
zadłużenie, przekraczające 60 proc. PKB, ponieważ ten warunek automatycznie
eliminowałby z paktu faktycznych bankrutów, jak Grecja i Portugalia, oraz kraje
na drodze do bankructwa (Hiszpania, Irlandia, Belgia, możliwe, że także Włochy).
Wzmocniona dyscyplina fiskalna ma służyć temu, aby kraje strefy euro przestały
się zadłużać, a zaciągnięte wcześniej długi spłacały w pierwszej kolejności,
przed innymi wydatkami z budżetów. Kary płacone przez członków eurostrefy będą
zasilały Europejski Mechanizm Stabilności (EMS). Z kolei pomoc z EMS będą mogły
otrzymać tylko te państwa, które przyjęły i wdrożyły pakt. Kraje spoza strefy
euro, które dobrowolnie zgłosiły akces do paktu, będą zobligowane wdrożyć w
pełni jego postanowienia z chwilą przyjęcia euro, ale mogą zrobić to wcześniej w
odniesieniu do całości lub części postanowień paktu fiskalnego. Jeśli wcześniej
przyjmą na siebie zobowiązania, kary nakładane na nie będą wpływać do budżetu
unijnego.

Sygnatariusze paktu spoza strefy euro będą mogli uczestniczyć w szczytach
euro dotyczących konkurencyjności i reform eurostrefy, nie będą natomiast brali
udziału w posiedzeniach, na których omawiane będą wewnętrzne problemy eurostrefy,
takie jak pomoc Grecji. Każdy ze szczytów euro ma być poprzedzony szczytem całej
Unii Europejskiej, co teoretycznie ma zapobiegać rozsadzaniu Wspólnoty od
wewnątrz przez sterowaną z Berlina strukturę międzyrządową, jaką jest pakt
fiskalny.

Finansowe pułapki

– Rodzi się pytanie: czy przesunięcie funduszy strukturalnych z budżetu UE do
Europejskiego Mechanizmu Stabilności to wewnętrzna sprawa strefy euro, czy też
nie? Czy działania ratunkowe dla strefy euro będzie podejmowała sama
siedemnastka, czy też wszyscy inni członkowie paktu będą mieli kolejny wybór,
czy przyłączyć się ze swoimi pieniędzmi? – zwraca uwagę Robert Gwiazdowski z
Centrum im. Adama Smitha. Problem jest niezwykle istotny w kontekście pożyczek z
rezerw walutowych banków centralnych krajów UE, które mają za pośrednictwem
Międzynarodowego Funduszu Walutowego trafić na ratowanie eurostrefy. Narodowy
Bank Polski rozważa przeznaczenie na ten cel 6 mld euro z rezerw walutowych.
Niechęć do naruszenia rezerw banku centralnego jest jednym z powodów, dla
których Czechy nie zdecydowały się na podpisanie paktu fiskalnego.

– Bardzo chcielibyśmy pomóc Grecji i innym krajom, ale nie bierzemy
bezpośredniego udziału w tej pomocy i nie ponosimy obciążeń finansowych –
zapewniał w TVP Info eurodeputowany Jerzy Buzek (PO).

Najbardziej tajemniczą częścią porozumienia w sprawie paktu jest przyjęta na
szczycie deklaracja o wzroście gospodarczym i zatrudnieniu. Kraje UE zobowiązały
się wypracować do marca plan na rzecz wzrostu PKB na kontynencie i zwalczania
bezrobocia, które w pewnych krajach, np. w Hiszpanii, przybrało rozmiary klęski
i sięgnęło 23 proc., w tym ponad 50 proc. wśród ludzi młodych. We Francji
bezrobocie także wzrosło do prawie 10 procent. Tylko Niemcy notują spadek
bezrobocia, które wynosi według ostatnich danych zaledwie 6,7 procent. W
deklaracji znajduje się gołosłowna zapowiedź, że celem działań będzie, aby…
każdy młody człowiek po skończeniu nauki w ciągu trzech miesięcy znalazł pracę.
Tymczasem cięcia budżetowe przewidziane w pakcie fiskalnym całkowicie
przekreślają te intencje, a główny beneficjent wspólnej waluty – Niemcy – nie
kwapi się z wyasygnowaniem dodatkowych środków do unijnego budżetu na zwalczanie
bezrobocia generowanego przez wadliwe funkcjonowanie eurostrefy. Komisja
Europejska zapowiada wprawdzie gotowość przesunięcia niewykorzystanych środków z
Funduszu Spójności na cele wzrostu i zatrudnienia, ale istnieją poważne
rozbieżności pomiędzy komisarzami co do wysokości dostępnych niewykorzystanych
funduszy. Prawdopodobnie wolnych środków jest zaledwie kilkadziesiąt milionów
euro, reszta znajduje się w dyspozycji konkretnych krajów z przeznaczeniem na
konkretne przedsięwzięcia.

Pakt fiskalny ma być podpisany na szczycie UE w marcu br., a wejść w życie 1
stycznia 2013 r. pod warunkiem ratyfikacji przez co najmniej dwanaście krajów
euro. Z ratyfikacją paktu w poszczególnych państwach i wprowadzeniem złotej
reguły deficytu do wewnętrznego ustawodawstwa mogą być jednak poważne problemy i
może to wywołać w Europie protesty społeczne na dużą skalę – oceniają brukselscy
eksperci.

Małgorzata Goss

 

 

drukuj