Węgrzy wciąż za Orbánem
Setki tysięcy Węgrów manifestowało w Budapeszcie poparcie dla rządu Viktora
Orbána. Prasa pisze, że nad Dunajem nie widziano takich tłumów od czasu
rewolucji w 1848 roku. "Orbán ma rację", "Unijni najeźdźcy, wracajcie do domu" – z takimi hasłami
wymalowanymi na transparentach szli manifestanci; wielu z flagami narodowymi,
świecami i pochodniami. Demonstranci przeszli od placu Bohaterów pod budynek
parlamentu.
Marsz pokoju – jak formalnie nazwano zgromadzenie – był największym
od czasu zwycięstwa Fideszu i objęcia władzy przez rząd Viktora Orbána w 2010
roku. – Ludzie, którzy popierają politykę Fideszu, czekali już od dłuższego
czasu, aby pokazać swoją solidarność z rządem. Atmosfera, jaka tu panuje, jest w
moim odczuciu taka sama jak wówczas, gdy zwyciężyło ugrupowanie Viktora Orbána –
mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Gabor Takacs, analityk Nezopont Institute
w Budapeszcie. Jak podkreśla, sobotnia demonstracja jest wyrazem solidarności
nie tylko z rządem, ale też wyrazem dezaprobaty wobec przekazu lansowanego przez
część zagranicznych mediów, widzących w Orbánie faszystę i akuszera dyktatury.
Dlatego większość napisów na transparentach była w języku angielskim. Ich treść
jest jednoznaczna. Obok typowo patriotycznych haseł, jak: "Boże, chroń Węgrów"
czy "Niech żyją Węgry", można było dostrzec te adresowane bezpośrednio do
unijnych urzędników. "Unijni szkodnicy", "Unio – umiemy zarządzać się sami", "To
my mamy dwie trzecie w parlamencie – nie wy". To ostanie – wyraźne nawiązanie do
stanu posiadania przez Fidesz zdecydowanej większości w parlamencie przez Fidesz
– było lejtmotywem demonstracji. Nie bez kozery tłum skandował: "Dwie trzecie!
Dwie trzecie!". – W odczuciu wielu obywateli to właśnie Fidesz reprezentuje dziś
Węgry. Lewica jest podzielona i wpisując się w identyczne ataki, jakie
przeprowadzają jej ideowi koledzy z Europy, jawi się jako grupa reprezentująca
interes zagraniczny – dodaje Takacs.
To, co najbardziej rzucało się w oczy, to jednak las węgierskich flag
narodowych, zupełnie jak podczas Marszu Niepodległości w Polsce. Były też
sztandary z barwami narodowymi Polski i Litwy. Nasi rodacy i sąsiedzi z
północnego wschodu przyjechali do Budapesztu wyrazić solidarność z Węgrami. Ci
ostatni nie pozostali im dłużni, przygotowując wielki transparent z napisem
"Dziękujemy, Polsko. Dziękujemy, Litwo". – W tym marszu chodzi przede wszystkim
o samą obecność i pokazanie, że Węgrzy nie są osamotnieni. Nie chodzi w nim o
domaganie się czegoś czy protestowanie przeciwko czemuś. Chodzi o solidarność –
tłumaczy pan Andrzej, który na manifestację przyjechał z Warszawy. Wśród rozmów
uczestników marszu przewijał się często motyw samorządności i agresywnych prób
forsowania przez Brukselę arbitralnych projektów. – W moim odczuciu wszystkie
ostatnie zarzuty, jakoby Węgry naruszały wolność sędziów czy suwerenność banku
centralnego, wynikają po prostu z niezrozumienia nowego prawa. Media mają w
zwyczaju traktować sprawy bardzo pobieżnie, wyrywając sprawy z kontekstu. I
dlatego zwykłemu odbiorcy mogą się one jawić jako naruszenie zasad
demokratycznego państwa. Na szczęście w oficjalnej debacie pomiędzy Komisją
Europejską i Węgrami wszystko odbywa się na poziomie technicznym i prawnym, na
którym to Węgry nie powinny mieć problemu z obroną swoich racji – podkreśla
Takacs. Organizatorzy demonstracji zapewniają, że miała ona pokazać instytucjom
unijnym, iż Węgrzy nie będą się kłaniać Zachodowi w pas. – Nie chcemy być
dominium ani kolonią – mówił wydawca tygodnika "Demokrata" Andras Bencsik,
zwracając się do ludzi, którzy zatrzymali się przed parlamentem. O potędze
zgromadzenia świadczy fakt, że od momentu, w którym czoło pochodu dotarło przed
budynek parlamentu i po przemówieniach organizatorów ludzie zaczęli rozchodzić
się do domów, do czasu, w którym ostatni uczestnicy marszu dotarli w to miejsce,
musiały minąć dwie godziny. Według prorządowych mediów, w stolicy mogło zebrać
się nawet 500 tys. sympatyków Fideszu. – Ludzie, którzy popierają Fidesz, mogą
mieć poczucie, że nie są sami. Były obawy, że zwolennicy rządu nie będą
wystarczająco zmotywowani, aby zebrać się w takiej dużej liczbie. Albo że wiele
osób będzie zwyczajnie rozczarowanych posunięciami, które musiał zaordynować
rząd, a które w pewien sposób uderzyły w zwykłych obywateli. Dzisiaj widzimy
doskonale – i potwierdzają to badania opinii publicznej – że Wiktor Orbán wciąż
cieszy się ogromnym poparciem – podsumowuje Takacs.
Łukasz Sianożęcki Budapeszt
