Codziennie trzeba zrobić krok

Z prof. Ewą Thompson, specjalistką w zakresie literatury porównawczej
i slawistyki z Rice University w Houston (USA), publicystką i redaktorem
kwartalnika "Sarmatian Review", rozmawia Agnieszka Żurek

Ostatnie dni w polskich mediach zostały zdominowane przez domysły na
temat postrzelenia się pułkownika Przybyła oraz walki pomiędzy prokuraturą
wojskową a cywilną. W tle mamy tu oczywiście sprawę śledztwa smoleńskiego i
odsunięcie od niego prokuratora cywilnego Marka Pasionka. Pretekstem było jego
spotkanie z funkcjonariuszami służb amerykańskich.

– Jeżeli jest prawdą, że prokuratorowi Pasionkowi zostały postawione zarzuty
zdrady tajemnicy państwowej bądź udzielania jakichś informacji amerykańskiemu
wywiadowi, wydaje mi się to dziwne z kilku powodów. Po pierwsze, amerykański
wywiad przez pośrednictwo kilku związanych z nim wywiadów świetnie orientuje się
w sprawach niegermańskiej i nierosyjskiej Europy Środkowo-Wschodniej. Po drugie,
w Polsce w tej chwili nie ma czego szpiegować. Polska jest obecnie bardzo słabym
krajem i wywiad amerykański nie interesuje się nią. To jest zresztą wielkie
nieszczęście. Obama zupełnie odwrócił się od tej części Europy i stara się
prowadzić interesy z krajami Dalekiego Wschodu i z Rosją. Zarzuty postawione
prokuratorowi Pasionkowi byłyby zatem absurdalne – zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod
uwagę polskie uwarunkowania historyczne. Polska przez wiele lat była narażona
nie tylko na szpiegostwo, lecz także na agresję, ale raczej ze strony Rosji, a
nie Stanów Zjednoczonych.

Rząd Donalda Tuska deklaruje pełne zaufanie do prokuratorów
rosyjskich w sprawie prowadzenia śledztwa smoleńskiego.

– Wydaje mi się, że sprawa Smoleńska to olbrzymi wrzód. Na początku wydawał
się on rządowi względnie niewielką sprawą. Zamieciono ją pod dywan, a następnie
dywan zdeptano. Ta sprawa jednak nie umarła. Wrzód rośnie i wydaje się, że
zaczyna być groźbą dla niektórych przynajmniej osób sprawujących obecnie władzę.
Sądzę, że na różne nerwowe posunięcia ekipy rządzącej należy patrzeć przez ten
właśnie pryzmat. Te działania wynikają z obaw, żeby ktoś tego wrzodu przypadkiem
nie rozciął i żeby nic się z niego nie wylało.

Mamy do czynienia z próbami przerzucania się odpowiedzialnością za
sposób prowadzenia śledztwa smoleńskiego?

– To działo się od samego początku. Jak podkreślają opozycyjne media, zarówno
Rosjanie, jak i przedstawiciele polskiego rządu już kilka minut po katastrofie
"wiedzieli", co było jej przyczyną, i kolportowali tezę o winie polskich
pilotów. Nie została ona poparta żadnymi dowodami. Jest to jednak tylko część
tego wrzodu. On jest dużo głębszy. Można snuć przypuszczenia, jakie były
przyczyny takiego zachowania przedstawicieli polskiego rządu po katastrofie
smoleńskiej. Mogło się zdarzyć tak, iż delikatnie im zasugerowano, że jeśli nie
zachowają milczenia w sprawie śledztwa rosyjskiego, może spotkać ich coś
podobnego do tego, co spotkało Litwinienkę czy Politkowską. Z drugiej strony
przedstawiciele rządu mogli też być kuszeni "marchewką" w postaci obietnic
pomocy w otrzymaniu jakiejś prestiżowej posady na arenie międzynarodowej.
Podkreślam, że są to jedynie przypuszczenia. Zachowanie członków rządu mogło
wynikać także ze zwykłego tchórzostwa bądź nieudolności. Obecna ekipa rządząca
nie ma wielkiego doświadczenia politycznego, wystarczy prześledzić ich
życiorysy, żeby się o tym przekonać. Możliwe zatem, że to, co stało się w
Smoleńsku, tak ich oszołomiło, iż poszli "na sznurku" rządu rosyjskiego.
Rosjanie są wytrawnymi dyplomatami i łatwo im było wykorzystać słabość polskiego
rządu. Wrzód śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej wydaje się jednak
nabrzmiewać. Daleko jeszcze do rozwiązania tej sprawy.

Czego polscy politycy mogliby uczyć się od amerykańskich?

– Koncentrowania się na tym, co ważne, i niepozwalania na wpychanie siebie w
ślepą uliczkę. Jeżeli weźmiemy przykład dowolnego polityka amerykańskiego i
prześledzimy, ile o nim powiedziano nieprawdy i ile wylano na niego pomyj,
miałby on oczywiście powód do oburzenia. Oburzenie jednak niczego nie zmienia.
Amerykańscy politycy nie tracą na to czasu, są zawsze uśmiechnięci. I prą
naprzód. Robią swoje. W polityce ważne jest także umiejętne podzielenie się
obowiązkami. W partii powinny istnieć różne grupy. Nie wszyscy politycy danej
partii muszą rozmawiać z mediami, ale powinna istnieć grupa, która tych mediów
szuka. Potrzeba także dużej odporności. Polityka jest bardzo trudnym polem
aktywności i trzeba być osobą świętą, żeby się w tym nie pogubić i żeby nie
odchodzić z polityki, zostawiając za sobą ofiary i mając na sumieniu
przewinienia wobec własnego narodu.

Premierowi Tuskowi hasło "liczy się tu i teraz" przysporzyło więcej
zwolenników niż przeciwników. Tymczasem powinno go raczej zdyskredytować jako
polityka. Czy tolerowanie kompletnej nieodpowiedzialności rządzących świadczy o
infantylizacji naszego społeczeństwa?

– W pewnym sensie tak. Politycy szukają sloganów, które pozwolą im utrzymać
się przy władzy. Dostosowują się w swoich publicznych wypowiedziach do tego,
czego dane społeczeństwo oczekuje. W Polsce widać to może bardziej jaskrawo niż
w innych krajach – z kilku względów. Przede wszystkim społeczeństwo jest tak
niesłychanie zmęczone i tak biedne, że może to "grillowanie", o którym tyle się
mówi, jest czymś nieuniknionym. Innym zagadnieniem jest fakt, że nie znamy
statystyk i nie wiemy, jaki procent ludności w czasach polskich powstań popierał
je. Nie wiem, czy nie jest przypadkiem tak, że we wszystkich społeczeństwach
większość ludzi woli się zająć "grillowaniem". Trzeba sobie jednak odpowiedzieć
na pytanie, w jaki sposób do tych ludzi dotrzeć. Nie da się tego zrobić poprzez
mówienie o tym, że coś jest sprawiedliwe, a coś innego nie.

Dla części osób wstrząsem była katastrofa smoleńska. Zryw narodowy,
jaki po niej nastąpił, został jednak natychmiast stłumiony poprzez całkowite
odwrócenie systemu wartości. Narzucono nam standardy nagradzania za kłamstwo i
za brak odpowiedzialności, a karania za dobro, za poszukiwanie prawdy i za
zachowywanie pamięci.

– Selekcja negatywna to zjawisko, które miało miejsce pod panowaniem
sowieckim, w PRL. To, co dzieje się teraz, stanowi do pewnego stopnia
kontynuację tego procesu. Nie można jednak zakładać, że jeśli wytłumaczymy to
ludziom, wtedy stwierdzą oni: "Ach, Palikot łamie tabu cywilizacyjne, więc
należy się od niego odwrócić". To było możliwe w wieku XIX, teraz niestety nie
jest. Palikot znalazł sposób na dotarcie do niższych warstw ludzkich instynktów
i na nich gra. Łączy się to z ogromną nienawiścią do katolicyzmu, która wciąż
jest aktywną siłą działającą w świecie. Są w Polsce i na świecie siły, które
chciałyby przerobić Polaków na bezwolną masę, zrobić z nich barbarzyńców.
Począwszy od Urbana, a kończąc na Palikocie – ich cel jest ten sam: schamienie i
ześwinienie polskiego społeczeństwa.

Czyli znowu bolszewia.

– Bolszewia była antychrześcijańska, a właściwie antykatolicka. Była
wulgarna, ale niespecjalnie starała się zwulgaryzować innych. To, z czym mamy do
czynienia dzisiaj, to jeszcze inna siła, której chodzi o to, żeby z Polaków
zrobić naród chamów. Wiele razy się z tym spotkałam, istnieją ludzie, którym
niszczenie innych po prostu sprawia przyjemność.

Członkowie rządu uważają swoje działania za "nowoczesne" i budujące
silną pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Jak ich działania po katastrofie
smoleńskiej zostały odebrane w Stanach Zjednoczonych?

– Zdecydowana większość mieszkańców Stanów Zjednoczonych nie jest
zainteresowana tym, co dzieje się w niegermańskiej Europie. Ta jednak część
społeczeństwa, która zajmuje się zawodowo tymi zagadnieniami, przekazała władzom
amerykańskim informacje o polityce rządu Donalda Tuska. Ocena takich działań,
jak brak dymisji ministrów po katastrofie smoleńskiej, a wręcz nagradzanie czy
awansowanie niektórych urzędników państwowych odpowiedzialnych za poważne
zaniedbania odnośnie do zapewnienia bezpieczeństwa prezydentowi RP i lecącej z
nim delegacji, jest jednoznacznie negatywna. W wyniku takich działań prestiż
Polski na arenie międzynarodowej poważnie się obniżył. Polska nie jest teraz
brana pod uwagę w polityce międzynarodowej. Nie w wyniku samej katastrofy, ale
tego, co stało się potem – takich działań jak na przykład brak natychmiastowej
dymisji ministra obrony narodowej.

Ludzie, którym na Polsce zależy, są teraz bardzo przybici.

– W Stanach Zjednoczonych zamiast lamentować – a tego widzę dużo w polskiej
prasie opozycyjnej – ludzie od razu zabierają się do pracy z myślą o przyszłych
wyborach. Codziennie trzeba zrobić coś, żeby pozyskać chociaż jednego wyborcę.

Ten podział na "narzekających", okopanych w swoich twierdzach i
czekających na to, aż władza sama się zmieni, i na popierających ślepo każde
działanie władzy, jest efektem tego, że Polska jest krajem postkomunistycznym,
czyli postkolonialnym? Węgry też są przecież krajem postkomunistycznym, a jednak
wydają się iść obecnie zupełnie inną drogą niż Polska. Z czego to wynika?

– Z kilku przyczyn. Po pierwsze – Polska wciąż jest krajem katolickim. Jak
już mówiłam, na świecie istnieją bardzo zdecydowane siły, które za wszelką cenę
chciałyby zniszczyć katolicyzm. W pewnej mierze są one wycelowane w Polskę.
Druga przyczyna to rzeczywiście postkolonializm, który widzimy zarówno w
pasywności mas, jak i w gotowości do podążania rządzących za obcym "panem".
Trzecim wreszcie powodem takiego stanu rzeczy jest degeneracja tego, co kiedyś
nazywało się sarmatyzmem. Sarmatyzm oznaczał przekonanie o tym, że człowiek
powinien być wolny. Powinien szanować wolność innych, ale samemu także nie dać
się zjeść w kaszy. Łączyło się to również z gotowością do obrony wolności,
niezależności i spokoju. Wojowniczość została jednak w Polakach stłumiona. Nie
widać w Polsce obecnie zdolności do postawienia się władzy. Przyczyną jest tutaj
niesamowite wykrwawienie Narodu nie tylko w czasie wojny, ale i w czasie
powojennym. Na Węgrzech nie istniał natomiast ideał życia sielskiego, był to
zawsze naród wojowniczy. Ten gen wojowniczości pozostał u Węgrów do tej pory.

W jaki sposób obudzić go ponownie w Polakach?

– Trzeba przełamać bierność, organizując spotkania, wykłady, rozmawiając z
ludźmi. Przed ostatnimi wyborami w Polsce pojawiały się głosy, że działacze
Prawa i Sprawiedliwości niedostatecznie docierali do ludzi. Czasem trzeba to
robić na własną rękę. Na portalach społecznościowych widać wyraźnie, jak bardzo
ludzie lubią narzekać. A tymczasem mogliby tę energię spożytkować inaczej. Można
ich zapytać: ilu wyborców uzyskałeś? Trzeba myśleć o strategii wyborczej, mimo
że wybory są jeszcze bardzo daleko. Słyszałam, że partia Palikota już ruszyła do
małych miasteczek.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj