„Brałem udział w durnych klipach” czyli cały rok propagandy
Rok 2011 stał pod znakiem wyborów parlamentarnych. Po raz pierwszy od 1989 r.
partia rządząca je wygrała. Zasiedziali na stołkach władzy politycy niestety
jeszcze bardziej przez ostatni rok upodobnili się do sprawujących władzę przed
rokiem 1989. Wszyscy myślący inaczej niż rządzący są już nie tylko wykpiwani,
ale i zastraszani demonstracją czy nawet stosowaniem siły wobec niepokornych. W
roku 2011 doświadczyliśmy również pierwszej prezydencji naszego kraju w Unii
Europejskiej. Jej prowadzenie przez ekipę Donalda Tuska było kwintesencją
realizowanej przez aktualnie rządzącą koalicję polityki zagranicznej, która
sprowadza się do zgadywania, czego oczekują od nas silniejsi, uprzedzającego
działania w spełnianiu ich życzeń, a później – nadstawiania pleców do poklepania
i uszu do słuchania pochwał.
Styczeń
Początek 2011 r. to czas gaszenia pożaru przez premiera Donalda Tuska. Na
początku stycznia Sejm głosował nad wnioskiem SLD o wotum nieufności dla
ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka. Szef resortu infrastruktury
naraził się całej opozycji m.in. niedopilnowaniem sytuacji na kolei. Pod koniec
2010 r. byliśmy świadkami ogromnego bałaganu w związku z wprowadzaniem nowego
rozkładu jazdy pociągów. Do braku należytej informacji dla pasażerów o nowym
rozkładzie doszła kompletna porażka kolei w starciu z zimą: podróżni zostali
uraczeni wątpliwą przyjemnością jazdy w zamarzających i nieoświetlonych
wagonach, a żeby dostać się do za krótkich – w stosunku do potrzeb – składów,
zdesperowani pasażerowie próbowali wepchnąć się do wagonów przez okna. Rządząca
koalicja ministra obroniła. Przy tej okazji nastąpiło jednak wydarzenie, które
urosło już do rangi symbolu arogancji ekipy Donalda Tuska. Po pomyślnym dla
siebie głosowaniu nad wotum nieufności w Sejmie Grabarczyk otrzymał bukiet róż.
Wręczającej ministrowi kwiaty posłance Magdalenie Gąsior-Marek taki gest
najwyraźniej się opłacił. W jesiennych wyborach parlamentarnych awansowała
bowiem na "jedynkę" na liście Platformy Obywatelskiej w Lublinie.
W połowie stycznia premiera Tuska spotkała też niemiła, acz oczekiwana – ze
względu na prowadzoną politykę zagraniczną zmierzającą do przytakiwania
silniejszym – niespodzianka. Rosyjski MAK przedstawił upokarzający Polaków
raport dotyczący katastrofy smoleńskiej i nie uwzględnił uwag polskiej strony. W
czasie gdy Rosjanie raport ogłaszali, premier bawił na urlopie. Zbyt dużo czasu
minęło, zanim szef rządu na rosyjski raport zareagował. W styczniu otrzymaliśmy
również kolejny sygnał, że polityka prowadzona przez Platformę bankrutuje.
Donald Tusk zapowiedział sięgnięcie po część pieniędzy odkładanych na emerytury
w wyniku ograniczenia wysokości składki emerytalnej kierowanej do otwartych
funduszy emerytalnych.
Luty
Koalicja Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego obroniła
kolejnego ministra przed odwołaniem. Prawo i Sprawiedliwość wnioskiem o
wyrażenie przez Sejm wotum nieufności dla ministra obrony narodowej próbowało
wyciągnąć konsekwencje wobec Bogdana Klicha, m.in. w związku z ciążącą na szefie
MON odpowiedzialnością za organizację lotu prezydenta RP do Smoleńska.
Platforma Obywatelska robiła natomiast przymiarki do zbliżających się
wielkimi krokami wyborów parlamentarnych, imając się przy tym sprzecznych z
prawem sposobów na uniemożliwienie opozycji równej rywalizacji. Pod płaszczykiem
nośnego hasła, czyli ograniczania wydatków partii politycznych, politycy PO
zaproponowali m.in. wprowadzenie zakazu reklamowania się polityków na
billboardach i w płatnych spotach w radiu i telewizji. Raban podniosła opozycja
w obawie, że w takiej sytuacji nie będzie miała przebicia w mediach. A kampanię
sobie zrobi ten, kto ma telewizje. Albo w nich przyjaciół.
Do koncepcji zakazu płatnych reklam polityków dorzucono jeszcze koncepcję
wyborów parlamentarnych rozłożonych na dwa dni. Na wniosek Prawa i
Sprawiedliwości uchwalony z tymi rozwiązaniami kodeks wyborczy zbadał Trybunał
Konstytucyjny. W lipcu TK zakwestionował zarówno zakaz używania billboardów w
czasie kampanii wyborczej, jak i dwudniowe głosowanie w wyborach do Sejmu i
Senatu.
Marzec
W 2011 rok weszliśmy z podwyżką podatku VAT, która odbiła się wzrostem cen
podstawowych towarów i usług. W górę poszły ceny energii elektrycznej i paliw. W
marcu podwyżek mógł doświadczyć na własnej skórze już każdy przeciętny
mieszkaniec kraju. Aby zwrócić uwagę na problem drożyzny, na zakupy postanowił
udać się Jarosław Kaczyński. Po dokonaniu – w asyście kamer telewizyjnych i
aparatów fotograficznych – zakupu podstawowych artykułów żywnościowych i
sprawdzeniu paragonu prezes PiS orzekł, iż jest "dwa razy drożej" niż wtedy, gdy
podczas pamiętnej debaty telewizyjnej Tusk – Kaczyński obecny premier
przepytywał ówczesnego premiera z cen jabłek. Kaczyńskiego natychmiast
zaatakowały sprzyjające rządowi media, zarzucając, iż umyślnie zrobił zakupy w
drogim, osiedlowym sklepie. Premier Tusk zachwalał natomiast w tym kontekście
zakupy w Biedronce, określonej przez prezesa PiS "sklepem dla najbiedniejszych".
Jeszcze kilka lat rządów Platformy Obywatelskiej i już tylko starsi wiekiem będą
pamiętać, że zanim do władzy doszedł Tusk, to przeciętnego człowieka stać było
na zakupy w "spożywczym" obok domu i nie było się zmuszonym drożyzną jechać na
zakupy do dyskontu spożywczego.
Pod koniec marca rządząca koalicja sfinalizowała pomysł na zorganizowanie
dodatkowego strumienia środków do pustego budżetu państwa. Sejm uchwalił ustawę
ograniczającą z 7,3 proc. podstawy wymiaru do 2,3 proc. składkę emerytalną,
która trafia do otwartych funduszy emerytalnych. Po zmianach przepisów środki ze
składki, które nie trafią do OFE, lecz do ZUS, nie są odkładane na przyszłe
emerytury, lecz przeznaczone na wypłatę bieżących świadczeń. Aby przekonać
społeczeństwo do tej koncepcji, rząd wytykał towarzystwom emerytalnym, że za
dużo zarabiają na inwestowaniu składek. Choć o wysokości ich zarobków decydują
rząd i Sejm, to przy okazji nowelizacji ustawy ich wynagrodzenia nie
ograniczono. Dlatego też przed tak istotnymi zmianami te głośno nie
protestowały. I towarzystwa emerytalne pozostały zadowolone – mogąc nadal
godziwie zarabiać na naszych składkach, i rząd – kładąc rękę na części naszych
składek emerytalnych. Kilka miesięcy później premier Tusk postanowił
potencjalnym emerytom ulżyć, ogłaszając podwyższenie wieku emerytalnego do 67
lat. Dzięki temu mniej osób dożyje upokarzającego świadczenia emerytalnego.
Kwiecień
W kwietniu Donald Tusk pełną parą ruszył z kampanijną propagandą przed
jesiennymi wyborami parlamentarnymi, wychodząc naprzeciw potrzebom różnych grup
wyborców. Choć premier do tej pory powtarza, że nie zgodzi się na legalizację
narkotyków, to jednocześnie puszcza oko do zwolenników legalnego dostępu do
nich. 1 kwietnia rządzący uczynili pierwszy krok mogący prowadzić do ułatwienia
życia tak narkomanom, jak i dilerom narkotyków. Uchwalono rządową nowelizację
ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, na mocy której organa ścigania uzyskały
prawo – po zbadaniu okoliczności – do odstąpienia od ścigania posiadaczy
niewielkiej ilości substancji odurzających.
Doniesienia o podwyżkach podatków i cen mogły zdemobilizować, zwłaszcza
młodych wyborców Platformy, urządzono więc internetowy czat z premierem. Podczas
niego nie padło ani jedno pytanie o podwyżkę podatku VAT czy drożyznę w
sklepach. Szef rządu natomiast zrobił to, co mu – oprócz niedotrzymywania
obietnic – wychodzi najlepiej. Czyli postraszył internautów wizją powrotu do
władzy Jarosława Kaczyńskiego, sugerując podtrzymanie poparcia dla swojej
formacji jako jedynej słusznej alternatywy tej "strasznej" wizji. W kwietniu
zamknięto też sprawę afery hazardowej. Prokuratura zdecydowała o umorzeniu
prowadzonego śledztwa. Pod koniec tego miesiąca koalicja rządząca obroniła przed
odwołaniem kolejnych dwóch ministrów. Tym razem – z wniosku PiS – ministra
skarbu Aleksandra Grada, oskarżanego przez opozycję m.in. o niewłaściwy nadzór
nad spółkami Skarbu Państwa, jak również koncepcję prywatyzacji spółki Lotos
(premier nie wykluczał, iż spółka mogłaby zostać sprzedana Rosjanom) oraz – za
sprawą wniosku SLD – ministra finansów Jacka Rostowskiego, któremu przypisywano
odpowiedzialność m.in. za rosnące zadłużenie sektora finansów publicznych czy
doprowadzenie do dramatycznego wzrostu kosztów utrzymania i drożyznę w sklepach.
Sejmowe debaty towarzyszące rozpatrywaniu wniosków o wotum nieufności dla
ministrów stały się praktycznie jedynym sposobem, aby opozycja mogła w Sejmie
podyskutować z rządem o ważnych dla całego społeczeństwa sprawach.
Maj
Premier Donald Tusk z propagandą nie zwalniał. Na początku maja znalazł sobie
nowego wroga, z którym mógł toczyć bohaterskie boje – kibiców chodzących na
mecze piłkarskie. Pretekstem rozpoczęcia nowej kampanii stały się burdy
chuliganów po meczu o Puchar Polski w Bydgoszczy pomiędzy Legią Warszawa a
Lechem Poznań. W ramach represji za rozróby bandytów w Bydgoszczy zamknięto dla
kibiców stadiony w Warszawie i Poznaniu. Zamknięto też jedną z trybun stadionu w
Białymstoku. Kibice Jagiellonii Białystok niezadowoleni z takiego obrotu sprawy
demonstrowali przed urzędem wojewódzkim z transparentem: "Możecie zamykać nam
stadiony, lecz nigdy nie zamkniecie nam ust". Gdy zaczęli wznosić okrzyki:
"Donald, matole, twój rząd obalą kibole", do akcji wkroczyła policja. Zatrzymano
kilkadziesiąt osób, a kilkanaście ukarano 500-złotowymi mandatami. Wśród
postawionych im zarzutów znalazł się ten dotyczący "lekceważenia konstytucyjnych
organów RP poprzez wykrzykiwanie haseł z użyciem słów nieprzyzwoitych".
O tym, czym grozi naśmiewanie się z władzy, przekonał się również właściciel
internetowego bloga AntyKomor.pl zawierającego – łagodnie mówiąc – mało
pochlebne treści dotyczące prezydenta Bronisława Komorowskiego. To już nie ten
prezydent, na lżenie i obrażanie którego dawano przyzwolenie. Do mieszkania
właściciela bloga funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wtargnęli
o godzinie 6.00. A wystarczyło założyć bloga AntyKaczor, wtedy może nawet jakaś
dotacja na działalność z ministerstwa by się znalazła. Każdy, kto nie zgadza się
z miłościwie nam panującymi, dostał jasny sygnał, iż obecnie obowiązuje zasada
analogiczna do wygłoszonej przed laty przez towarzysza Cyrankiewicza: "Kto
podniesie rękę na władzę ludową, niech wie, iż ręka ta będzie mu odcięta".
W maju premier Tusk dokonał spektakularnego transferu do swojej formacji.
Pozyskał dotychczasowego opozycjonistę i krytyka rządu Bartosza Arłukowicza. Ten
od razu otrzymał wysokie, nowo stworzone stanowisko. Jako minister w kancelarii
premiera "do spraw wykluczonych" miał się zająć problemami najuboższych. O tym,
jak bardzo to nowe stanowisko było potrzebne, świadczy fakt, iż gdy Arłukowicz
został ministrem zdrowia – nowego ministra "do spraw wykluczonych" już nie
powołano. Za radzenie, jak pomóc najbiedniejszym, przez pięć i pół miesiąca
ministrowania, Arłukowicz zainkasował z kancelarii premiera – co wynika z jego
oświadczenia majątkowego – ponad 61 tys. złotych.
Maj to też miesiąc wizyty w naszym kraju prezydenta Stanów Zjednoczonych
Baracka Obamy. Wizytę obwołano sukcesem, którego ukoronowaniem miał być
polsko-amerykański szczyt gospodarczy na jesieni. Nie wiadomo jednak, o jesień
którego roku chodzi. Jedna już bowiem minęła, a szczytu jak nie było, tak nie
ma.
Czerwiec
Czerwiec to kolejny miesiąc katastrofy w infrastrukturze. Z planu budowy
autostrady A2 między Łodzią a Warszawą zeszło chińskie konsorcjum COVEC, które
"za pół darmo" miało wybudować nam autostradę. W połowie czerwca Generalna
Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zerwała z Chińczykami kontrakt. Minister
Grabarczyk tłumaczył się w Sejmie z katastrofy w procesie budowy autostrad na
Euro 2012, zwłaszcza że obejmując stanowisko ministra, zdobywał punkty
obietnicami, ileż to nowych dróg będzie gotowych już na mistrzostwa Europy w
piłce nożnej. Z wyjaśnień szefa resortu infrastruktury wynikało, że sprzysięgły
się przeciw niemu chyba wszystkie możliwe plagi. Ogłosił, że autostrada A2 "ma
pecha", a opóźnienia w budowie autostrad tłumaczył również powodziami,
obarczając przy tym winą także poprzedni rząd. Obiecywał, że choć na Euro 2012
wprawdzie A2 gotowa nie będzie, to jednak będzie ona "przejezdna". Sytuację od
strony wizerunkowej starał się ratować premier Tusk. Udał się z gospodarską
wizytą na budowę Stadionu Narodowego, trochę pokręcił się po budowie w kasku na
głowie i ogłosił, że na Euro stadion ten będzie gotowy. Uff…
W kraju trwały przygotowania do objęcia od następnego miesiąca przez Polskę
przewodnictwa w Radzie Europejskiej. Przy okazji premier wpadł na pomysł, w jaki
sposób może próbować zamknąć usta opozycji. Podczas poświęconego nadchodzącej
prezydencji spotkania z reprezentantami klubów parlamentarnych Tusk postulował,
aby w okresie prezydencji nie były organizowane żadne wielkie manifestacje.
Apelował przy tym do opozycji, aby powstrzymała się od krytykowania tego, co się
dzieje w kraju, gdyż może tym szkodzić wizerunkowi Polski.
Lipiec
Donald Tusk przedstawił w Parlamencie Europejskim w Strasburgu priorytety
rozpoczętej w lipcu polskiej prezydencji w Radzie Europejskiej. Mówił m.in. o
konieczności przezwyciężenia kryzysu ekonomicznego oraz kryzysu zaufania do idei
zjednoczenia i dalszej integracji Europy. Wystąpienie premiera mocno krytykowało
Prawo i Sprawiedliwość, zarzucając mu m.in. mówienie samych ogólników i brak
jakiegokolwiek "polskiego" priorytetu sprawowanej prezydencji. Opozycja
zaznaczała, że poprzednio sprawujące prezydencję państwa potrafiły skutecznie
forsować również krajowe priorytety. Słów, aby nachwalić Tuska, brakowało
natomiast przewodniczącemu Komisji Europejskiej José Manuelowi Barroso.
Czując widmo bankructwa na plecach, rządząca koalicja przeprowadzała kolejne
"oszczędności". Senat zaakceptował uchwaloną w czerwcu przez Sejm ustawę
zakładającą wygaszenie z końcem 2012 r. programu "Rodzina na swoim", mającego na
celu wsparcie rodzin w spłacie kredytów mieszkaniowych. W zamian nie
zaproponowano żadnego programu zastępczego.
Pod koniec lipca Donald Tusk ogłosił, że przyjął dymisję złożoną przez ministra
obrony narodowej Bogdana Klicha. Dymisja ta nastąpiła dopiero w sytuacji, gdy
praktycznie nie można już było podjąć innej decyzji – po ogłoszeniu przez
komisję Millera miażdżącego dla szefa MON raportu komisji dotyczącego
okoliczności katastrofy smoleńskiej. Szef rządu ogłosił, iż decyzja Klicha o
podaniu się do dymisji świadczy o tym, że "jest on honorowym człowiekiem, a nie
o tym, że uznany został za odpowiedzialnego za katastrofę". Tusk nie
poinformował, czy szef kancelarii premiera Tomasz Arabski o czymś takim jak
honor w ogóle słyszał.
Sierpień
Kampania wyborcza przed październikowymi wyborami nabrała rozpędu. Wyborcy
nie doczekali się debaty pomiędzy liderami największych ugrupowań. Jarosław
Kaczyński tłumaczył, iż obawia się stronniczych prowadzących debaty dziennikarzy
i zapraszał ministrów rządu Tuska do siedziby PiS, aby "zdali sprawę" z czterech
lat rządów. Na taki dyktat nie zgodził się z kolei premier, zabraniając swoim
ludziom pojawienia się na "przesłuchaniach" w siedzibie politycznej konkurencji.
"Debatę" liderów zorganizował natomiast Polsat. Naprzeciw siebie usiedli Donald
Tusk i Waldemar Pawlak. Premierzy "zażarcie" debatowali i do końca nie zgodzili
się co do tego, czy Polska pod ich rządami jest zieloną wyspą, czy krainą
mlekiem i miodem płynącą. Kampania wkroczyła też na salę sądową. Politycy PiS
zakwestionowali zasługi ekipy Platformy przy realizacji 99 inwestycji, którymi
ta się chwaliła w wydanej z okazji wyborów broszurze "Polska w budowie". Wśród
tych 99 politycy PO znaleźli 4, w których jednak brali czynny udział – i
poskarżyli się na PiS do sądu. Ten, rozpatrując sprawę w trybie wyborczym,
stwierdził, iż PiS musi swoją informację sprostować. PO znowu wygrywa: 95 do 4.
Sierpień to także kolejny odcinek serialu z ministrem Grabarczykiem w roli
głównej. Po raz trzeci w mijającej kadencji Sejm obronił przed sejmowym wotum
nieufności szefa resortu infrastruktury nazwanego przez opozycję "wyjątkowym
wręcz nieudacznikiem". Kilka miesięcy później opozycji rację przyznał sam Tusk i
wyciągnął konsekwencje z powołania na ministra infrastruktury osoby, która –
zapewne oprócz dobrych chęci – nie legitymowała się odpowiednimi kompetencjami.
Premier doszedł zdaje się jednak do wniosku, że na uratowanie sytuacji w
infrastrukturze w sferze realnej jest już za późno. Drogami i kolejami zajął się
partyjny spec od propagandy Sławomir Nowak.
Wrzesień
Na kampanię wyborczą Platformy spadła poważna przeszkoda. Wyraźnie w górę, za
sprawą decyzji samorządów, poszybowały ceny pozostawiania dzieci w
przedszkolach. Umożliwiła to nowelizacja ustawy o systemie oświaty. Premier
"złe" samorządy upomniał i zagrał na czas, oświadczając, iż sprawa "pozostaje do
dyskusji" i będą poszukiwane sposoby rozwiązania jej. Nie zgodził się na
proponowaną przez PiS ponowną szybką nowelizację ustawy, odkręcającą możliwość
podnoszenia przez samorządy opłat za przedszkola. Platforma Obywatelska w
spotach wyborczych ogłosiła też, "o co tak naprawdę" chodzi w zbliżających się
wyborach parlamentarnych, a mianowicie – o 300 miliardów z Unii Europejskiej.
Politycy PO (Donald Tusk, Jerzy Buzek, Radosław Sikorski i Janusz Lewandowski)
przekonywali w spocie, iż to właśnie PO ma najbardziej odpowiednią drużynę, aby
te 300 miliardów z unijnego budżetu dla Polski wyrwać.
W grudniu media cytowały wypowiedź Lewandowskiego na temat tych 300 miliardów
ze spotkania z lubelskimi licealistami: "Brałem udział w tych nieco durnych
klipach, ale to była kampania (…) Nie oznacza to jednak, że obiecanych
pieniędzy nie ma. O ile Wspólnota się nie rozleci, to możemy zdobyć nawet
większe środki". Rząd skierował natomiast do Sejmu projekt budżetu państwa.
Tylko ekipa Donalda Tuska oficjalnie się upierała, że w projekcie nie przyjęto
zbyt optymistycznych założeń, które tuż po wyborach trzeba będzie zmienić.
Październik
Wybory parlamentarne zakończyły się spektakularnym sukcesem propagandy
Platformy Obywatelskiej. PO uzyskała po 4 latach rządzenia 39 proc. głosów i
jako pierwsza po 1989 r. partia rządząca wygrała wybory, całkowicie dystansując
opozycję. Na scenę polityczną, jako trzecia siła w Sejmie, wszedł Ruch Palikota,
konsumując elektorat SLD. Kontynuację rządów Donald Tusk rozpoczął od zrobienia
porządków na własnym podwórku, pokazując spiskującym za jego plecami marszałkowi
Sejmu Grzegorzowi Schetynie i prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, kto tak
naprawdę rządzi. Schetyna upokorzony został stanowiskiem szefa sejmowej Komisji
Spraw Zagranicznych, a Komorowskiemu premier zepsuł celebrację konstytucyjnych
uprawnień prezydenta związanych z powołaniem nowego rządu. To Tusk wskazał się
jako kandydat na premiera na kolejną kadencję i ubiegł prezydenta w
poinformowaniu społeczeństwa o kalendarzu powoływania nowego rządu.
W październiku szef rządu zajęty był również uczestnictwem w unijnym szczycie.
Pod koniec października w Brukseli ważyły się decyzje w sprawie działań, jakie
państwa Unii Europejskiej podejmą w związku z kryzysem gospodarczym. Szczyt
ogłoszono w Polsce wielkim sukcesem rządu Donalda Tuska. W chwili, gdy kanclerz
Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy omawiali ostatnie
ustalenia i około czwartej nad ranem ogłaszali, co postanowiono, polskiego
premiera już jednak od kilku godzin w Brukseli nie było. Nie był potrzebny, więc
wrócił do kraju.
Listopad
Na pierwszym posiedzeniu zebrał się nowy Sejm. W listopadzie powołano także
nowy rząd, który otrzymał od Sejmu wotum zaufania. Premier z wewnętrznymi
sprawami w partii uporał się najprawdopodobniej dużo wcześniej, niż sam
oczekiwał, gdyż wbrew wcześniejszym zapowiedziom o grudniowym terminie
wygłoszenia w Sejmie exposé, przedłużające się prace nad kształtem nowego rządu
przyspieszył. Tusk w exposé zapowiedział m.in. podniesienie wieku emerytalnego
do 67 lat, wprowadzenie rachunkowości dla rolników, podwyżkę kosztów pracy w
wyniku podwyższenia składki rentowej, a także częściową likwidację przywilejów
emerytalnych niektórych grup.
Podczas pierwszego posiedzenia nowego rządu zatwierdzono podwyżkę podatków. Rząd
przyjął projekt ustawy okołobudżetowej przewidującej podwyższenie akcyzy na olej
napędowy i wyroby tytoniowe, a także wprowadzenie przepisów mających
uniemożliwić unikanie płacenia podatku od zysków z lokat bankowych i zamrożenie
płac w sferze budżetowej. Do zmiany projektu budżetu państwa zabrał się również
minister finansów Jacek Rostowski. Zaproponował trzy wersje budżetu. Żadna
optymizmem co do wysokości wzrostu gospodarczego nie dorównywała tej wersji
budżetu, którą rząd przesłał do Sejmu we wrześniu. Dobre wieści dla premiera
nadeszły z obozu opozycyjnego. Liżące rany po wyborczej porażce Prawo i
Sprawiedliwość znowu się dzieliło. Domagający się rzetelnego rozliczenia
kampanii wyborczej i zastanowienia, jak należy działać dalej, by po kolejnej
porażce w wyborach wreszcie móc wygrać – czołowi politycy tej partii: Zbigniew
Ziobro, Jacek Kurski i Tadeusz Cymański, zostali z PiS wyrzuceni.
Grudzień
Sejm rozpoczął intensywne prace nad przyszłorocznym budżetem państwa. Z
4-procentowego wzrostu gospodarczego, który ekipa Tuska zapowiadała tuż przed
wyborami, pozostała prognoza zaledwie 2,5 proc. wzrostu produktu krajowego
brutto. Ustawa budżetowa podporządkowana została wymogowi, jaki Polsce postawiła
Komisja Europejska, ograniczenia deficytu sektora finansów publicznych do 3
proc. PKB.
W Brukseli odbył się natomiast kolejny "szczyt ostatniej szansy" ratowania
bankrutujących państw UE. Zaprojektowano nową umowę międzyrządową mającą
obowiązywać państwa członkowskie Unii.
Zaczęliśmy się również dowiadywać, że to my mamy także wpłacić miliardy
złotych na ratowanie nieporównywalnie bogatszych od Polski państw strefy euro. W
czasie szczytu Polska zobowiązała się udzielić Międzynarodowemu Funduszowi
Walutowemu pożyczki z naszych rezerw walutowych. Sami ministrowie rządu Tuska
chyba nie bardzo orientowali się, do czego się zobowiązali, gdyż konkretna kwota
pożyczki długo nie padała. Minister Rostowski opowiadał o 6 miliardach euro
pożyczki, co jednak niekoniecznie musi odpowiadać rzeczywistości.
Końcówka roku przyniosła zamieszanie związane z listą leków refundowanych. Ekipa
Donalda Tuska ewidentnie testuje, ile jeszcze polskie społeczeństwo jest w
stanie wytrzymać i na ile rząd może sobie pozwolić w sięganiu do kieszeni
najniżej uposażonych. Po protestach chorych z cofnięcia refundacji niektórych
specyfików rząd się wycofał.
Artur Kowalski
