Unia Europejska: od kryzysu do kryzysu
Permanentny kryzys Unii Europejskiej, szczególnie strefy euro, w ostatnich
trzech latach świadczy dobitnie o zapaści systemu decyzyjnego tej organizacji.
Spektakularnymi znamionami najpoważniejszego kryzysu Wspólnoty od chwili jej
powstania w 1957 r. są: załamanie finansów publicznych wielu tzw. starych
członków UE należących do strefy euro (Portugalia, Irlandia, Grecja, Hiszpania,
Włochy); kryzys decyzyjny polegający na zwoływaniu improwizowanych szczytów
europejskich celem gaszenia doraźnych pożarów politycznych i finansowych, a
także brak skutecznej dyplomacji unijnej – mimo wydania wielu milionów euro na
jej powołanie i pomimo deklaracji baronessy Catherine Ashton, że UE zbuduje
kiedyś silną dyplomację. Dodajmy jeszcze do tego niewydolność socjalną
społeczeństwa Unii Europejskiej wyrażającą się stałym i wysokim bezrobociem,
również wśród młodych i wykształconych obywateli.
Tego rodzaju kryzys, dotykający wszystkich sfer działania organizacji,
określa się mianem strukturalnego. Oznacza to, że przyczyn braku zdolności
poradzenia sobie z objawami tegoż kryzysu należy szukać wewnątrz złego systemu
decyzyjnego i błędnego sposobu zarządzania, a nie w tzw. przyczynach
zewnętrznych.
Permanentny kryzys systemu polityczno-urzędniczego o nazwie Unia Europejska
przypomina walkę o przetrwanie, w której liczą się tylko najsilniejsi. Nikt już
nawet nie protestuje, gdy najważniejsze decyzje są obecnie podejmowane w UE w
nielegalnym (z punktu widzenia obowiązujących traktatów) trybie dwustronnych
spotkań szefa państwa francuskiego i niemieckiej kanclerz. Unią nie rządzą już
Herman Van Rompuy ani José Manuel Barroso. Unią rządzi "Merkozy". Unia wyciąga
rękę po wielomiliardową pomoc finansową do Chin i Rosji, kierując prośbę do
Moskwy i Pekinu o udział w systemie gwarancji dla banków UE. Rzecz nie do
wyobrażenia jeszcze kila lat temu. W zamian za rosyjskie i chińskie wsparcie
finansowe UE gotowa jest oddać część swojej niezależności ekonomicznej i
energetycznej. Europejscy liderzy nie potrafią od dwóch lat wydobyć z zapaści
finansowej małego państwa, jakim jest Grecja. Organizacja międzynarodowa o
nazwie Unia Europejska jest najwyraźniej niezdolna do zarządzania obecnym
kryzysem, nie potrafi nakreślić jakiejkolwiek konkretnej drogi i perspektywy
czasowej wyjścia z tegoż kryzysu. Nie ma przecież żadnej mapy drogowej
wychodzenia z zapaści finansowej, nie padają żadne terminy. UE działa doraźnie:
od kryzysu do kryzysu. Przecież jedynym klarownym zapewnieniem przywódców UE w
ostatnich miesiącach dotyczącym kryzysu jest deklaracja, że… wkrótce nadejdzie
druga fala kryzysu.
Zakończony 9 grudnia szczyt UE w Brukseli był już kolejnym, który zapewniał o
wyjściu na prostą. Tymczasem obywatele UE dowiedzieli się jedynie o konieczności
prac nad następnym traktatem, oddaniem jeszcze większej władzy urzędnikom w
Brukseli w dziedzinie kontroli finansów krajowych. Potwierdzono supremację
Berlina i Paryża. Nic nowego. Unia brnie przez utarte ścieżki polityczne i
decyzyjne od lat.
Świat ucieka Europie
Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy wbrew zapewnieniom przywódców UE
obecnie wcale nie mamy do czynienia z kryzysem ogólnoświatowym. To nieprawda, że
dotknął on całyą świat. Gospodarka większości krajów globu rozwija się
dynamicznie. Przykładem mogą być państwa Ameryki Łacińskiej, np. Brazylia,
kontynentu europejskiego, np. Rosja, azjatyckie, jak Indie i Chiny, czyli tzw.
kraje BRIC (od pierwszych liter nazw wymienionych krajów, co w jęz. ang. znaczy
"cegła"). Grupa czterech krajów BRIC pochodzących z różnych kontynentów, pomimo
że boryka się z różnymi problemami, rozwija się dużo szybciej niż gospodarki
państw unijnych. Kraje te zamieszkuje prawie połowa ludności świata. Brazylia i
Indie nawet zwiększyły tempo rozwoju w czasie tzw. kryzysu. Także państwa
graniczące z UE mają się dobrze. Turcja wykazuje w ostatnich latach wzrost
gospodarczy w skali 5 procent rocznie. Norwegia i Szwajcaria, a więc państwa
europejskie, są ostoją stabilizacji ekonomicznej, być może właśnie dlatego, że
nie należą do Unii Europejskiej. Jedynie przywódcy UE i USA od trzech lat
bezsilnie załamują ręce nad "światowym kryzysem". W największym stopniu dotyczy
to Portugalii, Włoch, Grecji i Hiszpanii. Kraje te otrzymały nawet nazwę PIGS
(od pierwszych liter angielskich nazw tych krajów UE: Portugal, Italy, Greece,
Spain, co w jęz. ang. znaczy "świnie"). W konkurencji gospodarczej światowe
pozaeuropejskie "cegły" okazały się o wiele mocniejsze niż europejskie "świnki".
Zbieg tych skrótowych nazw jest tutaj przypadkowy, ale jakże okrutny. Unia
Europejska przegrywa światowy pojedynek z Azją, a nawet częściowo z Ameryką
Łacińską. Dawniej unijni inżynierowie i finansiści jechali daleko poza granice
Europy, aby robić dobre interesy. Dzisiaj natomiast Rosjanie, Chińczycy i
Hindusi wykupują europejskie firmy i przedsiębiorstwa m.in. dlatego, że w Azji i
Ameryce Łacińskiej nie ma organizacji określającej, jakie są przepisowe wymiary
krzywizny banana, kiedy należy zaliczyć skorupiaka do ryb oraz nakazującej na
całym kontynencie wymianę w tym samym roku żarówek na bardziej ekologiczne. Były
komisarz unijny Gźnter Verheugen obliczył, że firmy europejskie tracą każdego
roku około 130 mld euro na sprawozdawczości przestrzegania przepisów unijnych,
które są zbędne i można w każdej chwili je zlikwidować. Ta zmarnotrawiona przez
ostatnich dziesięć lat istnienia euro kwota to dokładnie tyle samo, ile UE
potrzebowała – aby stworzyć Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej – 1,3 bln
euro. Europa te pieniądze zmarnowała na jałowe przepisy, a w tym czasie Azja
uwolniła te środki do produkcji tańszych produktów, które dziś eksportuje do
Europy.
Podczas gdy w Chinach likwiduje się kolejne bariery dawnej komunistycznej
gospodarki nakazowej, dzięki czemu wytwarza się coraz tańsze towary, w UE od
wielu lat "produkuje się" nowe normy i przepisy, które zwiększają koszty
produkcji. W wyniku takiego mechanizmu kryzys strukturalny, biurokratyczny UE
przemienia się w europejski kryzys finansowy napędzający azjatycką koniunkturę.
Do dziś Unia Europejska nie znalazła sposobu na wyjście z tego zaklętego
kręgu. Do znudzenia powtarzane hasło, że lekarstwem na kryzys będzie "więcej
Europy", przypomina raczej zaklęcie politycznego szamana niż realistyczną wizję
rozwiązania problemu.
Drenowanie peryferii UE
W czasie polskiej prezydencji w UE uwidoczniło się nowe ułożenie sił wewnątrz
Wspólnoty na czas kryzysu albo wyszły na jaw stare intencje unijnych
architektów. Nowe kraje członkowskie są drenowane finansowo i politycznie.
Polska nie miała praktycznie nic do powiedzenia w najważniejszych decyzjach UE,
mimo formalnej rezydencji w Unii. Sześciopak dyscyplinujący budżety i gospodarkę
wszystkich krajów celem kontroli krajów skorumpowanych politycznie i finansowo w
strefie euro (PIGS) został przygotowany bez udziału polskich polityków. Rolą
naszej prezydencji było jedynie rozprowadzenie tego niekorzystnego dla nas
projektu po innych krajach. Nikt zresztą nie pytał Polaków, czy jest on dla nich
korzystny. Wystarczyło, że tak ustalono w Paryżu i Berlinie. Polski minister był
wypraszany ze spotkań strefy euro, nawet jako obserwator. Członkowie polskiego
rządu nie ukrywali frustracji z tego powodu, ale milczeli, jak przystało na kraj
peryferyjny. W sprawie projektu budżetu UE oddaliśmy interes rolników zarówno
polskich, jak i wschodnioeuropejskich bez najmniejszego sprzeciwu. Na koniec
wreszcie polski minister poprosił w Berlinie niemiecką kanclerz, aby
poprowadziła Unię w kierunku przez siebie wybranym. Skoro w Warszawie nie może
prowadzić prezydencji, niechaj chociaż w Berlinie wygląda, że ktoś troszczy się
o Wspólnotę Europejską.
Ta filozofia drenowania politycznego Wschodu przez Zachód Europy pojawiła się
już na sławetnym spotkaniu przewodniczących frakcji Parlamentu Europejskiego z
prezydentem Vaclavem Klausem na Hradczanach podczas czeskiej prezydencji w 2009
roku. W czasie tego spotkania przywódca europejskich Zielonych,
niemiecko-francuski eurodeputowany Daniel Cohn-Bendit (posiada dwa obywatelstwa:
francuskie i niemieckie) oraz sam ówczesny niemiecki przewodniczący PE Hans-Gert
Poettering w sposób niekulturalny pouczali prezydenta Czech, co ma zrobić z
traktatem lizbońskim. Dokładnie mówiąc, krzyczeli, nakazując podpisanie
traktatu. Prezydent Klaus stwierdził, że na Hradczanach do tego typu scen
dochodziło ostatnio w czasach systemu sowieckiego. Minęły dwa lata i nikt już
nie musi krzyczeć na rząd w Warszawie. Polski minister sam prosi w Berlinie o
polityczne przywództwo Niemców w Europie. Najwidoczniej został wprowadzony w
życie model zarysowany w 2001 roku przez prezydenta Jacques´a Chiraca dla Europy
Wschodniej. Wówczas w Paryżu kazano nowym członkom NATO i przyszłym członkom UE
milczeć i nie przegapiać okazji do milczenia. Gdy nasz kraj ogłosił poparcie dla
amerykańskiej koalicji w Iraku – z Paryża popłynęły słynne słowa o tym, że
"Polska straciła okazję, aby milczeć". Nauka nie poszła w las. Teraz nie tylko
milczymy, lecz także sami prosimy prezydenta Merkel-Sarkozy´ego, aby wskazywał
nam świetlaną przyszłość, którą mają podążać kraje Europy peryferyjnej,
niezdolne do prowadzenia własnej polityki. Finansowym symbolem tego drenażu
peryferii jest transfer finansów krajów uboższych na rzecz bogatszych. Na
Słowację nałożono rok temu obowiązek zapłaty 7 mld euro na rzecz dofinansowania
banków zachodnich ze strefy euro (Słowacja niestety jest członkiem tej strefy).
Polski rząd poparł bez żadnych warunków i komentarzy transfer 6 mld euro z
Polski na rzecz funduszu wspomagającego strefę euro poprzez Międzynarodowy
Fundusz Walutowy, na czele którego stoi Francuzka Christine Lagarde – była
minister finansów w rządzie Sarkozy´ego. Koło się zamyka.
Kilka sposobów na wyjście z kryzysu
Mimo tego stanu rzeczy poczynienie kilku obserwacji wskazuje na ewentualne
kierunki naprawy sytuacji w Europie i w poszczególnych krajach członkowskich UE.
Mogą one stać się najważniejszymi punktami naprawy polityki europejskiej
niezależnego polskiego rządu, o ile taki w bliskiej perspektywie powstanie.
Obserwacja pierwsza: kraje posiadające waluty narodowe szybciej dostosowały
się w UE do obecnego kryzysu niż kraje strefy euro. Własne banki centralne
krajów spoza strefy euro wymuszają bezpośrednią odpowiedzialność rządu za
pozycję waluty krajowej. Zależność budżetu od własnej waluty lepiej motywuje do
lepszego zarządzania finansami. Nawet niezależny od rządu, centralny bank danego
kraju, lepiej dba o swojego obywatela niż bank europejski. Dziesięć lat po
powstaniu strefy euro państwa, które do niej nie przystąpiły, mają się lepiej w
sferze finansów publicznych i samodzielnie szukają dróg wyjścia z kryzysu niż
te, które przyjęły wspólną walutę. Znajdują one rozwiązania w ramach stymulacji
gospodarki narodowej i nie spoglądają jedynie na decyzje europejskiej elity z
Brukseli i Frankfurtu, gdzie mieści się Europejski Bank Centralny. Nawet
skrajnie uległy wobec Brukseli obecny rząd w Polsce zaprzestał mówienia o dacie
wejścia Polski do strefy euro. W rządzie naszych słowackich sąsiadów odbyła się
kilka miesięcy temu dyskusja na temat ewentualnego wyjścia ze strefy euro.
Niestety zostały opracowane procedury wchodzenia do tej strefy, ale nie ma
procedur szybkiego z niej wychodzenia. Finanse Czech mają się o wiele lepiej niż
sąsiedniej Słowacji. Czesi nie weszli do strefy euro i korona czeska jest jedną
z najbardziej stabilnych walut. Porównanie kondycji finansowej Słowacji i
sąsiednich Czech jest wymowne.
Fakt, że w UE mamy dziś jeszcze 10 państw posiadających waluty narodowe,
stymuluje konkurencję i rozwój. W przeciwnym razie doszlibyśmy do absurdu, gdzie
dość uboga Słowacja musi dopłacić 7 mld euro na fundusz ratowania banków
zachodnich, które pompowały dawniej ogromne kwoty do bogatszych stosunkowo
Grecji czy Hiszpanii. Ochrona waluty narodowej i prawa do planowania własnego
budżetu powinny być dziś celem niezależnego rządu kraju członkowskiego UE i
kryterium jego niezależności. Wielka Brytania jest tego najbardziej jaskrawym
przykładem. W naszym rejonie Europy polityka czeska i brytyjska w sferze
finansów powinna być wzorem. Skoro nie potrafimy sami, przynajmniej bierzmy
dobry przykład z innych.
Uwaga druga: wspomniany komisarz Gźnter Verheugen zalecał likwidację
bezsensownych przepisów europejskich. Powstał nawet specjalny akt legislacyjny
mający służyć likwidacji barier administracyjnych (tzw. dossier better
regulation). Brakuje jednak przełożenia tego programu na szczebel najwyższy w UE,
tzn. szczebel Komisji Europejskiej. Biorąc pod uwagę fakt, że większość
przepisów normatywnych tworzy się dziś w Brukseli, a nie w stolicach państw UE,
należałoby zacząć rozliczać Komisję Europejską z liczby uchylonych i anulowanych
dyrektyw i rozporządzeń. Zamiast mówić o Komisji "Przyjazne państwo", czas
najwyższy pomyśleć o Komisji "Przyjazna Unia Europejska". Na jedną dyrektywę
uchwalaną powinno uchylać się dwie zbędne dyrektywy. Postulat możliwy do
osiągnięcia, choć w tak skostniałej jak brukselska biurokracji trudny do
przeprowadzenia. Wydaje się, że 25 lat po sowieckiej pierestrojce przyjdzie
zgłosić postulat pierestrojki europejskiej. Chcąc ograniczyć radosną twórczość
przerośniętego aparatu biurokratycznego we Francji, tamtejszy rząd wprowadził
zasadę, że na dwóch urzędników odchodzących na emeryturę przyjmuje się tylko
jednego. Gdy nie można poprawić jakości, ograniczmy chociaż ilość. Przypomnijmy,
że w samym tylko samorządzie miasta Warszawy rocznie wydaje się okrągły miliard
złotych na armię urzędników. W skali całego państwa są to dziesiątki miliardów.
W Unii Europejskiej jest niestety podobnie. Być może dlatego właśnie cały
postpeerelowski aparat urzędniczy tak ochoczo popierał wejście Polski do UE.
Postulatem jest więc redukcja aparatu urzędniczego i redukcja aktów
legislacyjnych zaśmiecających prawo iduszących europejską gospodarkę.
Ograniczmy tę listę postulatów na razie do dwóch wymienionych: obrony waluty
i budżetu narodowego oraz redukcji radosnej twórczości urzędniczej wraz z
redukcją aparatu administracyjnego. Obydwa postulaty są niepoprawne politycznie
wśród europejskiej lewicy. Obydwa te postulaty nie będą też realizowane przez
obecny rząd Donalda Tuska. Przykład Wielkiej Brytanii i Czech pokazuje jednak,
że można je realizować w UE, by naprawić finanse państwa.
Skorzystajmy z polskich doświadczeń
W chwili wchodzenia krajów Europy Wschodniej do UE liczyliśmy na utrwalenie u
nas demokracji i wzrost bogactwa wynikającego z wolnego rynku. Kraje UE liczyły
na zwiększenie handlu i zbytu. Europa Zachodnia swoje uzyskała, a Europa
Wschodnia odczuwa, mówiąc najdelikatniej, duży niedosyt. Czas sięgnąć po nasze
doświadczenia i przypomnieć, że system ekonomiczny oparty na nadmiernych
regulacjach zabija wolność, a w dłuższej perspektywie bogactwo. Komunizm jest
tego najbardziej smutnym przykładem. Poprzez chęć regulowania wszystkiego – od
chwili kupna surowca, aż po zużycie gazów cieplarnianych w czasie jego obróbki –
UE zaczyna coraz bardziej przypominać kraje starego sowieckiego Sojuzu. Warto
przypomnieć, jako rodzaj przestrogi, że w języku rosyjskim Unia Europejska brzmi
Jewropiejskij Sojuz. Opacznie z jednego molocha biurokratycznego wpadliśmy w
ręce innego, tym razem jednak bardziej kolorowego. Nawet wielu urzędników z
czasów głębokiego PRL znalazło dzisiaj pracę w urzędach UE. Polska w tzw. bloku
komunistycznym stanowiła jednak swego rodzaju oazę reglamentowanej, ale jednak
minimalnej wolności słowa, masowych praktyk religijnych, małych rodzinnych
zakładów. Na europejski kryzys można więc odpowiedzieć lokalną
przedsiębiorczością. Na próbę zastąpienia socjalizmu sowieckiego poprzez
socjalizm europejski należy odpowiedzieć obroną własnej odrębności. Polska
złotówka powinna być tego symbolem. Polaków nie złamał komunizm, nie powinien
więc złamać ideologiczny europeizm. Słowacy już dziś mają dosyć strefy euro.
Niemcy żałują utraty swojej marki. Brytyjczycy będą bronić funta jak
niepodległości. To nie jest tylko przypadek, że kraje spoza strefy euro mają się
lepiej. Jednym z symboli niepodległości w schyłkowej PRL, która funkcjonowała
jako permanentny kryzys polityczno-gospodarczy, była nostalgia za II
Rzecząpospolitą. Idealizacja Polski przedwojennej, która w porównaniu z PRL
jawiła się jako kraina wolności i niepodległości, była powszechna. Przy obecnym
kryzysie finansów europejskich dobrze już teraz przypomnieć, że naprawa finansów
II RP zaczęła się od naprawy waluty i ustanowienia złotówki w 1924 roku.
Komunizm rozpadł się sam pod ciężarem swojej nieudolności i ideologicznych
absurdów. Kiedy i jak zacznie się reformować obecny system europejski, nie
potrafi przewidzieć żaden wizjoner. Noblista Milton Friedman w 2000 roku
przewidywał upadek strefy euro po 10 latach. Niewiele się pomylił. Postulatem
możliwym do zrealizowania na dziś jest obrona naszej złotówki. Obrona walut
narodowych to sposób na naprawę Unii Europejskiej, wzrost konkurencyjności
zpozostałymi kontynentami dzisiejszego świata. Złotówka wygrała z tzw. rublem
transferowym. W oczekiwaniu na drugą falę kryzysu warto przypomnieć, że
określenie ad Calendas Graecas oznacza odłożenie sprawy na zawsze. Polska w
czasie negocjacji o członkostwo w UE w 2002 roku zobowiązała się nieopatrznie
wprowadzić w przyszłości, bez podania terminu, kiedy to nastąpi, wspólną walutę
euro do Polski. W związku z kryzysem greckim strefy euro, gdyby ktoś zadał
pytanie, na jak długo Polska odłożyła sprawę euro, wypada dzisiaj nam
odpowiedzieć: sprawę euro odłóżmy ad Calendas Graecas. Oprócz wspomnianej walki
z nadprodukcją przepisów unijnych obrona narodowej waluty jest programem minimum
do wyjścia z kryzysu.
Dariusz Sobków były ambasador tytularny w Stałym
Przedstawicielstwie Polski przy Unii Europejskiej w latach 2006-2008.
Autor jest pracownikiem Sekretariatu Generalnego Rady Unii
Europejskiej.
